ZIMBABWE - W gościnie. Wierzyć tylko własnemu sercu.

Dodane dnia 2011.09.24 -- Zaktualizowano dnia 2014.04.15

Wpis dotyczy kraju: ZIMBABWE

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: ZIMBABWE

24.09.2011, Gdzieś w buszu pomiędzy Mutare a Maronderą
Już od 4 dni jesteśmy w Zimbabwe. Póki co, wrażenia nadal fantastyczne! Pierwsze dwa dni spędziliśmy w Mutare, dochodząc do siebie z pozytywnego szoku, którego doświadczyliśmy po wjeździe do tego miasta. Głównie łaziliśmy po pięknych ulicach delektując się brytyjską kolonialną architekturą, sielską atmosferą i przyjaznymi ludźmi. Oczywiście nadal też zachowywaliśmy pewną ostrożność z powodu rzeczy jakich się naczytaliśmy w internecie i np. oboje bardzo żałujemy, że nie porobiliśmy w Mutare więcej zdjęć. Z obawy oczywiście. Z obawy, że sfotografujemy coś czego nie powinniśmy, albo, że policji się coś nie spodoba. Bo rzeczywiście policji było tyle na ulicach, że nawet zrobienie tych pięciu fotek na krzyż, które udało nam się pstryknąć, wymagało trochę akrobatyki, aby w kadrze nie uchwycić mundurowego. Obawialiśmy się tym bardziej,  że jeszcze rano doczytaliśmy historię z Gazety Wyborczej, z lutego tego roku, o grupie Polaków wsadzonych do ciupy za robienie zdjęć w wiosce gdzie następnego dnia miał przemawiać prezydent. Zostali podejrzani o szpiegowanie a fakt, że byli z nimi miejscowi, tylko pogorszył ich sytuację. W świetle tutejszego „prawa”, mogli być w areszcie przetrzymywani do 90 dni. Udało im się wyjść w miarę szybko tylko dlatego, że pomogli im Polacy od lat mieszkający w Zimbabwe i mający dobre układy „na górze”.  

MUNDURY
Policjanci w mieście odziani są w wyglądające na staro brytyjskie uniformy. Dużo po ulicach Mutare chodziło pań policjantek ze śmiesznym kapelusikiem na głowie, który nie wiem czy jeszcze obowiązuje na wyspach, czy został wycofany w ubiegłym wieku. Szkolne mundurki, też są ewidentnie spuścizną po czasach kolonialnych – uczniowie wyglądają jak jacyś mali traperzy, trochę jak biali z filmu „Pożegnanie z Afryką.” Koszula na guziki z krótkim rękawkiem i krótkie szorty, szmaciany kapelusz z dużym rondem – wszystko w kolorze khaki. Do tego krawat, pastowane brązowe półbuty oraz skarpety wysoko podciągnięte pod same kolana. Dziewczynki tak samo, tylko spódnica za kolano zamiast szortów.

NIEBEZPIECZNI CZARNI
Gdy już wytaczaliśmy się spod kościoła, przed którym spaliśmy 2 noce, zaczepił nas biały, dziwnie wyglądający, starszy gościu w słomianym, a la kowbojskim kapeluszu. Powiedział, że jest białym Zimbabweńczykiem, że stracił wszystko w wyniku znacjonalizowania jego farmy, i że teraz jest bezdomnym,  szukającym pomocy od kościoła, do kościoła. Niezwykłe! Aż trudno uwierzyć, że w Afryce może istnieć coś takiego jak ubogi biały! A do tego jeszcze bezdomny i żebrak!? Wszyscy biali (oraz czarni księża), których spotkaliśmy do tej pory na tym kontynencie, żyją jak za czasów kolonialnych. Mieszkają przeważnie w strzeżonych willach, z basenem, służbą, kierowcą i ogrodnikiem. Myśleliśmy, że wszędzie tak jest...Hm... ciekawe to Zimbabwe. Trzeba będzie sprawę zgłębić. Starszy pan bardzo się o nas martwił, niemal błagał, żebyśmy nie jechali do Harare. Przestrzegał bardzo przed czarnymi i mówił, że wszystko mu ukradli. Że całe życie mu rozkradli. W sumie nie miał ze sobą nic, poza typowym zapachem oraz ekwipunkiem bezdomnego – szmacianym plecaczkiem i jakimiś torbami. Opowiadał, że zarówno w Harare jak i Bulawayo, wielokrotnie łapało go kilku murzynów, przystawiali nóż do gardła albo zakładali na gardło łańcuch, wciągali go do buszu, bili i rabowali. Zdarzało się to też w biały dzień, ponoć na oczach przechodniów. Opowieść skończyła się stwierdzeniem „Whites are O.K. You don't need to worry about whites. Blacks only, be careful about blacks! In one second the will still from you or robb you!” - Biali są w porządku, nie musicie się  obawiać białych. Tylko czarni, uważajcie na czarnuchów! W jedną sekundę was okradną albo obrabują! Na koniec mężczyzna jeszcze się za nas pomodlił i poszedł szukać czarnego księdza aby wyżebrać od niego jałmużnę. Co za ironia losu!
Trochę nas zbiły z tropu te opowieści i przestrogi. Właściwie już wytaczaliśmy nasze rowery, gotowi do dalszej drogi a tu taki strzał nagle! Mi trochę odebrało to animuszu. Wyobraziłam sobie bandę murzynów napadają na nas, na przedmieściach, z nożami i pałkami. Bezlitosnych, nienawidzących białych. Schowałam piterek z podręcznymi pieniędzmi, telefonem i aparatem, do sakwy i zaczęła się znów zastanawiać, czy ten kraj to był dobry pomysł. Potem zaczęłam przekładać piterek do kolejnych sakw, przykrywać ubraniami, zastanawiać się co gdzie ukryć. W pewnym momencie stwierdziłam, że to jakaś paranoja! Przecież widziałam tyle przyjaznych twarzy, tyle uśmiechów, tylu pozytywnych, sympatycznych ludzi! Przecież przyjechałam do Zimbabwe przekonać się na własnej skórze jak jest, i miałam nie dać się zastraszać tego typu opowieściami! Wzięłam głęboki wdech, zapięłam piterek z powrotem na pasie i uznałam, że jak mnie mają napaść i okraść, to napadną i okradną, ale zanim się to stanie, chcę jechać spokojnie, pozytywnie nastawiona, nie myśląc cały czas o tym czy w dobrym miejscu mam schowane pieniądze i aparat! Poza tym, to że kogoś spotkało coś złego w danym miejscu, nie znaczy, że i mnie spotka! O.K., słyszę, rozumiem, współczuję, ale to nie jest MOJA historia! To jest jego historia, a moja może być całkiem inna! My chodząc po ulicach Mutare, odczuliśmy, że pomimo iż w niektórych kwestiach powinniśmy zachować czujność, to tak naprawdę nie ma się czego w tym Zimbabwe bać. Pomimo smutnych i zatrważających opowieść bezdomnego białego oraz  mimo doniesień, że w lutym gang weteranów wojennych spustoszył centru Harare i mimo tego, że ponoć w Harare powszechne są rabunki i napady z bronią, postanowiliśmy nie omijać dużych miast i właśnie do Harare się skierować.
 
Wczoraj ruszyliśmy w dalszą drogę. Pierwsze wrażenia z pierwszego dnia jazdy po Zimbabwe były niesamowicie przyjemne! Ciepło, słonko przyjemnie grzało wPiękne, jesienne kolory buszu plecy, do tego fajna droga, czyste, przystrzyżone zielone trawniki i wystrzyżone w fikuśne figury żywopłoty i krzewy zdobiące wyjazd z miasta. Busz, który w Mozambiku był suchy, bezlistny i kolczasty, tu mienił się jakby jesiennymi kolorami. Och, jak człowiek docenia choć odrobinę zieleni po miesiącu w klaustrofobicznym, wypalonym buszu! Wciąż jeszcze nie dostrzegliśmy nigdzie zapowiadanych dziurawych, rozpadających się dróg. Ruch samochodowy niewielki, cisza i spokój. Cisza i spokój wynikające głównie z tego, że wreszcie skończył się pieszy ruch wzdłuż pobocza. Ten nieprzerwany, kolorowy korowód, który ciągnął się w Mozambiku niemal bez końca! Tam całe życie toczy się wokół drogi a ponieważ mało kto ma samochód, ruch pieszy jest niezwykle intensywny. Na targ, z targu, do sąsiedniej wioski, z sąsiedniej wioski, po wodę, z wodą, po chrust, w pole, z pola - wszędzie chodzi się piechotą! Piechurzy prawie zawsze z pustymi rękami, ponieważ wszystko w Mozambiku nosi się na głowie, nawet biblię w drodze do kościoła, czy podręczniki szkolne:-) Taki ruch pieszy charakteryzuje większą część przebytej przez nas Afryki, choć im biedniejszy kraj, tym ruch gęstszy. Zmęczeni stałą obecnością ludzi, z ulgą pedałowaliśmy pierwszy dzień w Zimbabwe, nie widząc przy drodze prawie nikogo. Jest to wynikiem zagospodarowania przestrzennego kraju, a właściwie sposobu w jaki biali osiedleńcy podzielili między siebie ziemię. Tu, nie ma tak charakterystycznych dla reszty Afryki wiosek, skupiających od kilku do kilkudziesięciu domów, oddzielonych od siebie buszem czy polami. Tu, nie ma też tak charakterystycznych dla reszty Afryki domków, glinianych chat z małym ogródkiem i pasącą się przed chatą kozą i piejącym kogutem. Biali podzielili Zimbabwe na wielkie farmy przemysłowe, nierzadko liczące sobie od tysiąca hektarów wzwyż. Głównymi uprawami były kukurydza, bawełna, pszenica i tytoń. Zaledwie 2% populacja białych karmiła cały kraj a do tego jeszcze olbrzymie nadwyżki żywności wysyłane były na eksport. W tamtych, nie tak odległych czasach (jeszcze w latach 80-tych), Zimbabwe zwane było „The bread basket of Africa” czyli koszyk z pieczywem Afryki. Żyzna ziemia i dobrze zaplanowana gospodarka. Dziś wszystko wygląda inaczej ale o tym później, może w następnym wpisie.
Wracając do struktury przestrzennej kraju, skupiska ludności wiejskiej nie stworzyły się tak jak w innych krajach wzdłuż rzek, przy źródłach z wodą czy późnej wzdłuż wybudoMozambik. Kobiety wracające z pola.wanej przez Chińczyków szosy. W Zimbabwe nie powstały typowe dla reszty Afryki wioski, bowiem murzyni wraz z całymi rodzinami, skupiali się wokół domów białych farmerów, często gdzieś w głębi lądu, tworząc tam swego rodzaju komuny – wioski pracownicze. Biały kopał studnię, dawał chleb, pracę i możliwość wykarmienia rodziny. Wszystko co do życia potrzebne (o tym więcej też później). No więc wzdłuż drogi nie powstały wioski i nikt nie chodzi nigdzie piechotą z chrustem na głowie, ponieważ wzdłuż drogi ciągną się dziesiątki kilometrów ogrodzeń z drutów kolczastych i metalowych siatek. Kilometr za kilometrem, jak okiem sięgnąć nie ma nic, poza hektarami buszu i suchych ogrodzonych traw – pozostałości po farmach odebranych białym. Gdyby był to pierwszy kraj na naszej trasie, może ogarniały by nas nuda. Po Mozambiku jednak, delektowaliśmy się tym pogrodzonym terenem, pozbawianym wiosek, wrzeszczącej, biegnącej za nami dzieciarni oraz wiecznie towarzyszącej nam na każdym postoju publiki. Co jakiś czas jedynie, gdzieś przez gąszcz prześwitywały „squaterskie” chatki. Domy wybudowane samozwańczo na odebranych przez reżim Mugabego farmach, należących wcześniej do białych.
Choć z powodu samozwańczych osad, gdzieniegdzie ogrodzenia z drutów były poprzerywane, pod wieczór zaczęliśmy martwić się trochę gdzie będziemy spać. Przeważnie gdy zaczyna zmierzchać, odbijamy po prostu kilkadziesiąt"Squatterskie" chaty, kilkaset metrów w busz i rozbijamy się bez większych zmartwień. Prawdopodobnie większość nocy spędzamy na czyimś terenie ale nie przejmujemy się tym. Tu pojawił się jednak pewien problem. Wszystko jest pogrodzone, a więc ewidentnie czyjeś! W większości miejsc, czyli na odcinkach dziesięcio-, dwudziesto-, trzydziestokilometrowych drut kolczasty ciągnie się nieprzerwanie (z rowerem nie do przeprawienia), a tam gdzie ogrodzenie jest zniszczone, zza krzaków widać „squaterskie” domy. Czyli nigdzie wolnego kawałka buszu, w który moglibyśmy się wbić i zniknąć w nim niepostrzeżenie. Powoli zaczęło robić się naprawdę ciemno a my nadal nie mieliśmy perspektywy miejsca na nocleg. W akcie desperacji uznaliśmy, że jeśli jeszcze przez 10 min nie znajdziemy jakiegoś przesmyku w busz, będziemy musieli spytać się, w którymś z domów, czy możemy rozbić się na „ich” terenie. Ale jak tu pytać miejscowych, którzy według doniesień widniejących na stronach zachodnich ambasad, prawdopodobnie uczestniczyli w wywalaniu białego farmera z tej ziemi przemocą...Czy będą chcieli nas ugościć? Czy nie uznają za intruzów? Czy nie zareagują agresywnie? Albo czy nie okradną nas w nocy? Przecież spotkany biały wyraźnie ostrzegał – biały O.K., czarny to groźny! Nagle naszym oczom ukazały się murowane budynki, siatka a na niej widniejący napis: Road maintenance station. Goverment of Zimbabwe and Ministry of Road and Transportation – czyli państwowa stacja naprawcza dróg. Po chwili wahania, postanowiliśmy zajechać. Jeszcze w mojej głowie zaiskrzyła myśl – „a co jak to też rozgrabione budynki, przejęte przez murzynów? Może rządowe to były tylko za czasów rodezyjskich?” No ale cóż, lepszej opcji w okolicy nie było. Zajechaliśmy na podwórze i zobaczyliśmy postawnego murzyna, zbliżającego się do nas z taczką. Im był nas bliżej, tym jego uśmiech rósł. Gdy w końcu do nas podszedł na wyciągnięcie dłoni, jego twarz promieniała szczerą radością. Zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, wytłumaczyć naszą obecność, mężczyzna  wyrzucił z siebie – Hello my friends! Hello! I am so happy to see you here! My name is Joseph and you are very welcome. How are you? - czyli „Witajcie przyjaciele, witajcie! Bardzo się cieszę, że was tu widzę. Nazywam się Joseph i jesteście tu bardzo mile widziani. Jak się macie?”  Po czym zaczęło się trwające bez końca przybijanie afrykańskiej piątki. Gdy w końcu rytuał ten dobiegł końca, zaczęliśmy tłumaczyć, że jedziemy rowerami przez Afrykę, że jesteśmy w drodze do Harare, że robi się ciemno i czy moglibyśmy gdzieś tu rozbić namiot. Joseph nie zadając żadnych pytań, rzucił tylko – Sure! Czyli  - pewnie! I tyle.
Joseph zaproponował nam rozbicie namiotu w jednym ze składów, w którym przechowuje znaki drogowe. Niemal puste, betonowe pomieszczenie. Dla nas ekstra! Ale dla Josepha nie – zaraz chwycił za miotłę, synów pogonił aby przynieśli nam stół i krzesła. Nie pomogły naszPod drzewem, na drzewie, byle w cieniue zapewnienia, że my prości panie, tylko kawałek ziemi na namiot nam starczy. Podczas gdy prace porządkowe w składzie trwały, Joseph postanowił uhonorować nas, tak bardzo, jak tylko gość może być uhonorowany. Wystawił nam krzesła na zewnątrz, twarzą w stronę drogi i powiedział – No to my tu wam posprzątamy, a wy możecie się zrelaksować i popatrzeć na drogę. Ja nie mogę!:-))) Popatrzeć sobie na drogę!:-) O niczym nie marzę pod koniec dnia jazdy, żeby jeszcze usiąść wieczorem i na drogę sobie popatrzeć!:-) Ale cóż, bycie gościem zobowiązuje! Usiedliśmy i patrzyliśmy oboje bardzo rozbawieni tą sytuacją:-) Tu, należy się jeszcze małe słowo wyjaśnienia. Jak wcześniej pisałam, w całej znanej nam Afryce, życie toczy się wzdłuż drogi. Droga przyciąga ludzi w naturalny sposób. Jechaliśmy przez tereny gdzie Chińczycy kładą nowy asfalt i już widać chaty powstające wzdłuż tej czarnej nitki. Droga to handel, droga to transport, droga to woda, droga to kontakt ze światem zewnętrznym, droga to prostsze życie, droga to przepustka do miasta ale droga to też atrakcja i rozrywka! Droga przyciąga Afrykańczyków też w jakiś magiczny, niezrozumiały dla mnie sposób. W każdym kraju pospolitym widokiem jest murzyn (rzadko kiedy murzynka, bo kobiety przeważnie ciężko pracuję) cały dzień siedzący bądź leżący w cieniu, godzinami obserwujący drogę. Obserwujący albo drzemiący. Początkowo myśleliśmy, że oni czymś może handlują, albo na kogoś czekają. Może na auKrzycho prezentuje tanzańskiwypoczynek w oponietobus? Ale nie, okazało się, że leżą tak sobie cały dzień w cieniu i medytują, no bo chyba w końcu to się w medytację zamienia...W sumie jak ma tak siedzieć przed chatą, przed którą się nic nie dzieje, to sobie lepiej usiądzie przy drodze. Tam zawsze coś przejedzie, ktoś przejdzie....Poza tym gorąco, a pod drzewem przy drodze, według miejscowych,  najlepiej się drzemie bo przewiewniej.  I tak leżą wzdłuż wszystkich głównych dróg czarnej Afryki (w Sudanie nie widzieliśmy tego zwyczaju). W Tanzanii i na Zanzibarze udoskonalili sobie nawet to leżenie w ten sposób, że nie leżą tak jak wszędzie indziej na ziemi ale układają się wygodnie w dużej oponie od ciężarówki. Mango, papaje, kokosy – rośnie samo. Maniok i banany posadzone, teraz tylko czekać aż wydadzą plony. Ciepło, drewna na zimę nie trzeba rąbać, no to co? No to można poleżeć! Czas wolny to jedyne dobro, które występuje w Afryce w nadmiarze. Nawet jeśli wszystko wokół skromne, to czasu wolnego zawsze obfitość! Fantastyczna sprawa. Tak sobie leżeć, patrzeć i być! Umiejętność, którą my w Europie już dawno zatraciliśmy. Jedynie jeszcze na wschodzie Polski widywałam staruszków, którzy na ławeczce pod płotem, pod altanką, z kijaszkiem ręku, siedzą i też drogę kontemplują. Co różni ich od Afrykańczyków? Głównie to, że w Polce, po latach ciężkiej pracy na roli, teraz siedzą sobie dziadek z babcią i na tej ławeczce razem na śmierć czekają. W Afryce leżą młode chłopy i na nie wiadomo co czekają. A w upale ich żony i dzieci dźwigają na głowach wiadra z wodą, chrust, miednice z praniem czy maniokiem. Ktoś za nich karmi dzieci, sprząta chatę, pierze, gotuje i pracuje w polu. W niektórych plemionach kobiety nawet budują chaty i polują ale o tym kiedy indziej, jak się zbiorę i nadrobię zaległości z Etiopii. Jedną z niewielu zaobserwowanych przez nas atrakcji kobiet jest zaplatanie sobie wzajemnie warkoczyków na głowach albo... po uporaniu się z porannymi obowiązkami, ułożenie maty na zamiecionym uprzednio podwórzu i...patrzenie na drogę!:-)
No ale wracając do Josepha. Gdy już nasz namiot stanął w sprzątniętym składzie, okazało się, że jest szykowana dla nas woda do mycia oraz kolacja!
Zanim wszystko było gotowe, miałam okazję podczas wizyty w ubikacji dokonać ciekawego odkrycia. Otóż kiedy kucałam nad latryną, zauważyłam, że oprócz świecy stojącej na półeczce, w szparach w blaszanej ścianie poutykane są ogryzione kolby kukurydzy. Papieru nie było, więc przeszło mi przez myśl do czego służą kolby ale jednak jakaś część mojego umysłu odrzucała taką możliwość. Joseph spytany o przeznaczenie kolb odpowiedział szczerze i bez ociągania – Widzisz, wy biali, jesteście delikatni i potrzebujecie białego, miękkiego papieru. My, Afrykańczycy, się nie cackamy. Dla nas dobra jest gazeta albo kolba. Kolba to po palcu najstarszy i łatwo dostępny środek toaletowy - odpowiedź krótka, szczera i bez owijania w bawełnę:-)
Spędziliśmy wspaniały wieczór z Josephem i jego rodziną. Siedzieliśmy przed ich domem na matach, pod rozgwieżdżonym niebem a przed nami strzelał głośno ogień, na którym żona Josepha gotowała wieczerzę. Zostaliśmy poczęstowani typowym dla całego pasa Afryki wschodniej daniem, na które składała się sadza (we wcześniejszych krajach zwana ugali) – czyli ugotowana w wodzie na gęsto mąka kukurydziana, znana w Europie pod nazwą polenta; mbora – czyli  duszone z cebulą i pomidorami liście dyni oraz jajecznica. Posiłek taki zaczyna się od modlitwy i od tego, że najmłodsze dziecko w rodzinie przynosi miednicę, mydło i plastikowy dzbanek w ciepłą wodą. Mycie rąk zaczyna się od seniora rodu, bądź w tym przypadku od gości. Dziecko polewa myjącemu ręce a brudna woda ścieka do trzymanej przez nie w drugiej dłoni miednicy. Posiłek taki je się ręką, prawą, tylko i wyłącznie prawą!(niezależnie czy muzułmanie czy nie) Lewa ręka nie uczestniczy w procesie jedzenia, lewa ręka służy do innych czynności i dlatego często przed jedzeniem nie jest nawet myta. Posiłek taki je się w specyficzny sposób, który początkowo wymaga nabrania trochę wprawy. Nabiera się trochę sadzy palcami, formuje w dłoni z niej kulkę, kciukiem robi się wgłębienie i w to wgłębienie nabiera się dodatki, którymi prawie zawsze są jakieś duszone liście (dyni albo szpinak), często też fasola i/lub jakieś mięso. Po posiłku cała dłoń jest upaprana jedzeniem więc ponownie odbywa się  rytuał mycia rąk. Zarówno w lepszych restauracjach jak i w podrzędnych barach, zawsze ktoś przyjdzie z dzbankiem i miską. Przeważnie kelnerka albo „mama”, czyli kucharka i właścicielka miejsca.
Na deser zostaliśmy jeszcze poczęstowani gotowaną na ogniu herbatą z mlekiem oraz typowym brytyjskim puszystym chlebem tostowym, z którego robiliśmy kulki i maczaliśmy w herbacie. W międzyczasie Joseph opowiedział nam trochę o sobie, o tym, że już od 13 lat pracuje na stacji naprawczej dróg, że mieszka tu z rodziną i o tym co porabiał wcześniej. Cała rozmowa toczyła się po angielsku jako, że jest to język urzędowy i większość dorosłych Zimbabweńczyków włada nim biegle.
Pytaliśmy Josepha o to, czy w Zimbabwe są jeszcze ludzie żyjący w sposób plemienny. Niestety potwierdził nasze przypuszczenia, że skutkiem ubocznym kolonializmu i wpływów brytyjskich jest to, że już wszyscy chodzą w dżinsach i t-shirtach. Jeśli jest to prawdą, to będzie to pierwszy taki kraj na naszej trasie! Pytaliśmy też czy mamy się czego w Zimbabwe obawiać. Joseph śmiał się i mówił, że Zimbabweńczycy to pokojowa nacja, i że biali są tutaj bardzo lubiani.
Ułożyliśmy się w namiocie ale długo jeszcze nie mogłam zasnąć. Byłam bardzo poruszona gościnnością Josepha i jego rodziny, która w świetle tych wszystkich złych opinii o czarnych Zimbabweńczykach, nabierała dodatkowej wartości i mocy. Zaprosił nas przecież pod swój dach bez najmniejszego mrugnięcia okiem. Bez nieufności, zbędnych pytań. Z radością wielką dzielił się z nami tym co ma. Nie wiem co mam myśleć i komu wierzyć. Chyba tylko własnym oczom i WŁASNEMU SERCU! zaczynam podejrzewać, że znów jesteśmy świadkami typowego schematu - media nie odróżniają polityki od życia zwykłych obywateli. Powszechnie też panuje tendencja do generalizowania. To, że nasyłani przez reżim bojówkarze odbierali brutalnie białym ich posiadłości a nieraz w barbarzyński sposób ich torturowali i mordowali, nie znaczy, że cała nacja ten proceder popiera i wszystkich białych nienawidzi! A opiniotwórczy Europejczycy, Amerykanie i ambasadorzy wożą się drogimi furami z kierowcą u boku i zablokowanymi wszystkimi drzwiami i modlą się, żeby nikt im tej fury nie ukradł. Nigdy nie mieli okazji zapewne spędzić wieczoru pod gwiazdami z Josephem i jego rodziną, tak jak my!
Dziś rano, choć wzbranialiśmy się, chcąc wyruszyć wcześnie w dalszą drogę, zostaliśmy niemal „zmuszeni” do zjedzenia przygotowanego dla nas śniadania. Żona Josepha znów ugotowała delicje! Tym razem zostaliśmy poczęstowani chlebem, jajecznicą oraz tymi samymi duszonymi liśćmi dyni co na kolacje ale tym razem podsmażonymi jeszcze z masłem orzechowym. Pycha! Do tego dostaliśmy mutakurę – są to gotowane razem: fasola, duże ziarna kukurydzy oraz orzeszki ziemne. Wszystko bardzo słone i dość suche ale też pyszne! Potem przyszli jeszcze sąsiedzi przywitać się i nas pozdrowić. Podczas ich wizyty zauważyłam, że  ludzie tutaj gdy za coś dziękują, stykają obie dłonie delikatnie ze sobą dwukrotnie, w takim jakby  bezgłośnym klaśnięciu. Nauczyliśmy się kilku słówek w powszechnym tu języku Shona a na koniec oczywiście, jak to w Afryce, nie obyło się bez sesji zdjęciowej.
Z pełnymi brzuchami i niezwykle wdzięczni za gościnę i fantastyczny czas, pożegnaliśmy się z Josephem i ruszyliśmy dalej. Reszta dnia zleciała nam niezwykle przyjemnie. Fajna pogoda – nie za ciepło, nie za zimno, cisza i spokój. Niewiele mijało nas aut oraz niewielu widzieliśmy ludzi. Głównie busz i ciągnące się kilometrami ogrodzenia z drutu kolczastego. Pod wieczór zajechaliśmy  po wodę  do miasteczka, które widniało na naszej mapie. Było to ciekawe doświadczenie. Wioska (bo trudno to jednak nazwać miasteczkiem) składała się z paru kolonialnych, bardzo ładnych, aczkolwiek podniszczonych budynków – stacji policji, pustego hotelu, sklepu oraz pijalni. Jak na dzikim zachodzie:-) Zaczepił nas pijany mężczyzna i spytał czy może nam w czymś pomóc. Powiedzieliśmy, że potrzebujemy wody. Ochoczo zaprowadził nas do swojego domu, który okazał się być jakimś dziwnym blokiem, wybudowanym przez białych, zamieszkałym przez czarnych. Krzycho poszedł z mężczyzną na górę i opowiadał mi później, że widok był niesamowity. W środku budynku bowiem znajdowała się klatka schodowa, długie korytarze i mieszkania – jak to w bloku, ale wszystko urządzone było jak w afrykańskiej chacie i jak na afrykańskim podwórku.  Mieszkania stały otworem, a na korytarzu będącym centrum spotkań towarzyskich, kobiety gotowały na ogniu roznieconym pomiędzy dwiema cegłami, na których stał garnek. W mieszkaniach, do których Krzycho zaglądał, pod ścianami porozstawiane były garnki, naczynia i wiadra z wodą a na środku leżały maty. Zero mebli. Jak w tradycyjnej chacie. Niezłe zderzenie kultur i modeli życia. W bloku ale po swojemu!
Czujemy się w tym kraju coraz swobodniej i coraz bezpieczniej. Wszyscy są przemili. Udało nam się znaleźć wyrwę w płocie, dziś śpimy w buszu, tuż przy drodze.

 
Rodzina Josepha
Śniadanie
Kris z Josephem i jego rodziną
Ja z Josephem i jego rodziną
Tu spaliśmy
Na trasie

Komentarze

pozytywmie

Bardzo pozytywnie:)Aż się gęba sama cieszy:))