WYWIAD Z NAMI W MM WROCŁAW - Wolność i słona kawa. Rowerem dookoła świata.

Dodane dnia 2012.01.16

Wpis dotyczy kraju: BOTSWANA

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: BOTSWANA

Na stronie Moje Miasto Wrocław, pojawił się wywiad z nami autorstwa Mariusza Kruczka. Bardzo ciekawe pytania, mamy nadzieję, że odpowiedzi również. Artykuł będzie opublikowany w 3 częściach. Zapraszamy do czytania 1-wszej.

Wolność i słona kawa. Rowerem dookoła świata.

Od dwóch lat Krzysiek i Adela zwiedzają świat z perspektywy siodełka.

Krzysiek, pochodzi z Wrocławia, podróżowanie ma we krwi, wcześniej zwiedzał Europę. Adela jest z Warszawy. W stolicy zostawiła życie towarzysko-kulturalne, któremu się poświęcała na co dzień. Skończyła turystykę i rekreację na warszawskim AWF-ie. Jeździła w grupie kaskaderskiej przygotowującej konie do filmów. Oboje mają po 28 lat.

Na podróż zarabiają w krajach, które odwiedzają. Zatrudniają się do prac dorywczych. Kiedy byli na Cyprze, Krzysiek pracował jako kelner. Obecnie w Botswanie prowadzą prelekcje o ich podróży w prywatnych szkołach. Zdarzyły się momenty bez pieniędzy. Wtedy na swojej stronie zorganizowali akcję "Postaw mi kawę". Polegała ona na tym, że każdy, kto wpłacił na ich konto równowartość dwóch kaw, dostał od podróżników kartkę z Afryki.

Od prawie dwóch lat są podróży. Przejechali już blisko 20 tysięcy kilometrów. Okrążanie świata rozpoczęli od Turcji, skąd przez Syrię i Jordanię trafili na Czarny Ląd. Obecnie znajdują się w  Botswanie. Kiedy uzbierają pieniądze na prom, przeprawią się z RPA do Brazylii. Objadą obie Ameryki, przejadą z Azji do Australii, na końcu z  Indii będą wracać do Polski (Zobacz: Trasa wyprawy rowerowej Adeli i Krisa).

Ich przygody można śledzić na stronie: BikeTheWorld oraz na stronie MMWroclaw.pl.

Skąd pomysł na wyprawę?

Adela: Od zawsze chciałam wybrać się w podróż dookoła świata, planowałam to jednak zrobić autostopem. Nigdy nawet nie rozważałam roweru. Szczerze mówiąc nawet nie przepadałam za jazdą na rowerze. W Grecji spotkałam jednak dwóch chłopaków - Rafała Kitowskiego i Arka Grossa, którzy byli już od siedmiu miesięcy w drodze z Polski do Afryki. Zaproponowali mi dołączenie się do ich eskapady i tak, z dnia na dzień, kupiłam rower i  ruszyłam z nimi w świat.

Krzysiek: Zawsze chciałem zwiedzić cały świat. Choć byłem fanem roweru, nigdy nie przeszło mi przez myśl, że mógłbym wybrać się na nim tak daleko. Gdy jednak Adela zaproponowała mi udział w tej wyprawie, nie zastanawiałem się długo. Przygotowałem się szybko i dołączyłem do ekipy w Turcji.

Dlaczego na rowerach, a nie samochodem czy pieszo?

Jak już wcześniej mówiliśmy, nigdy wcześniej nie myśleliśmy o podróży rowerem. Teraz jednak, z perspektywy czasu, bardzo doceniamy ten sposób zwiedzania świata i na razie nie zamierzamy zamienić go na żaden inny. Rower daje nam przede wszystkim poczucie wolności, swobody i  niezależności. Sami decydujemy o tym, gdzie jedziemy i możemy dostać się tam, gdzie nie dojechalibyśmy autem. Nie potrzebujemy przy tym wydawać pieniędzy na paliwo i pozostałe związane z samochodem wydatki, jak naprawy, opłaty na granicach i przeprawy promowe.

Jadąc na rowerze, wszystkimi zmysłami odbieramy otoczenie. Więcej widzimy, ponieważ krajobrazy nie uciekają nam tak szybko, jak przy jeździe autem czy motorem. Słyszymy śpiew ptaków, czujemy zapachy - co nie zawsze jest atutem, odczuwamy panującą na zewnątrz temperaturę, witamy się z  tubylcami i możemy z nimi porozmawiać. Przemieszczamy się przy tym wystarczająco szybko, żeby przed upływem ważności wizy przejechać przez planowane kraje oraz wystarczająco wolno, aby w pełni ich doświadczać.

Jak długo potrwa Wasza wyprawa?

Sami tego dokładnie nie wiemy. Planujemy na rowerach objechać cały świat. Szacujemy, że zajmie nam to od 6 do 10 lat. Rytm podróży wytyczają nam w  dużej mierze wizy i finanse. Te pierwsze nas poganiają, te drugie spowalniają. Gdybyśmy jechali ciągiem, podróż zapewne można by było odbyć w dużo krótszym czasie. My jednak, jako że nie mamy sponsorów, będziemy musieli wielokrotnie zatrzymywać się w celach zarobkowych.

Rozumiem, że planowaliście wyprawę. Czy w trakcie podróży coś Was zaskoczyło?

A: Nie, nie planowaliśmy tej podróży. Oboje dostaliśmy się w jej wir w  dość nietypowych okolicznościach. Początkowo nawet nie wiedziałam, gdzie leżą niektóre państwa, przez które mieliśmy jechać.

K: Moje przygotowania dotyczyły właściwie jedynie sprzętu i roweru, reszta klaruje się w drodze sama. Nie mamy ze sobą żadnych przewodników. Informacje zdobywamy na bieżąco w miarę zbliżania się do następnego kraju. Trudno jest przygotować się merytorycznie z góry na kilkanaście państw. Wiele informacji dezaktualizuje się tak szybko, że wolimy zasięgać wiedzy na bieżąco z internetu, od napotkanych podróżników oraz tubylców. Szczególnie tyczy się to wiz, dostępności wody, sytuacji politycznej oraz stanu dróg.

A: Dobrym przykładem jest referendum w Sudanie, o którym dowiedzieliśmy się w  Egipcie, kiedy to nasza ambasada odmówiła nam wystawienia listu polecającego, potrzebnego przy ubieganiu się o sudańską wizę. Uzasadnieniem była zbliżająca się wojna domowa. Wizę dostaliśmy bez listu, wojny nie było, a będąc już w Sudanie, dowiedzieliśmy się za to, że w Egipcie szaleje rewolucja.

K: Kolejnym przykładem jest Zimbabwe. Już ambasadorzy polscy w Kenii stanowczo odradzali nam wjazd do tego kraju. Twierdzili, że w Zimbabwe państwowość rozpadła się. Panuje tam anarchia, chaos, hiperinflacja i wszyscy biali już dawno stamtąd uciekli. Na oficjalnych stronach ambasad Wielkiej Brytanii, USA oraz Australii przeczytaliśmy dodatkowo, że półki w  sklepach świecą pustkami, w całym kraju notorycznie brakuje prądu oraz paliwa, drogi są w stanie rozpadu, a w miastach i w wioskach szaleją uzbrojeni weterani wojenni oraz bandyci. Podobny scenariusz przedstawiali nam Mozambijczycy w ostatnim mieście przed granicą z  Zimbabwe. Mimo wszystko zdecydowaliśmy się zobaczyć tę anarchię na własne oczy.

Po wjeździe do Mutare, pierwszego miasta w  Zimbabwe, zdumienie nasze nie miało granic. Wzdłuż wysadzanych palmami ulic ujrzeliśmy liczne oddziały zagranicznych banków, hipermarkety z  uginającymi się od produktów półkami, sklepy z elektroniką, pizzerie, restauracje i lodziarnie. Czysto, kwieciście, kolorowo i przyjemnie. Do tego przyjaźni, uśmiechnięci i pomocni ludzie. Na próżno szukaliśmy śladów rozpadu i chaosu. Szybko okazało się, że informacje, które posiadaliśmy, są nieaktualne od 2009 roku. Od tamtego czasu Zimbabwe opanowało inflację wprowadzając, jako walutę obowiązującą amerykańskiego dolara oraz uporządkowało w dużej mierze swoje sprawy wewnętrzne.

Pojawiają się kryzysy i zwątpienie? Chęć przerwania dalszej podróży?

A: Jeszcze nie. Czasem jedynie brakuje mi swojej przestrzeni. Jednym z  głównych atutów jazdy na rowerze jest nieustanny kontakt z miejscowymi, czasem bywa to jednak dużym minusem. W niektórych krajach, gdzie się nie zatrzymamy, w ciągu paru minut zbiera się wokół nas tłum gapiów, którzy nie mają europejskiego poczucia personalnego dystansu, otaczają nas więc ciasnym kręgiem. Bywają takie dni, gdy trudno nam jest po raz setny odpowiadać na te same pytania, za każdym razem z takim samym entuzjazmem. Czasem też chcemy być też po prostu sami i w ogóle nie mamy ochoty rozmawiać z miejscowymi. Mamy ochotę np. jedynie poleżeć sobie w  spokoju w cieniu i odpocząć, ale się nie da, bo nawet jeśli udajemy, że śpimy, to i tak stoją i się gapią.

Jak sobie z tym radzicie?

A: Czasem w ogóle sobie z tym nie radzimy. Czasem jest to tak psychicznie męczące, że walczę ze sobą, żeby nie zacząć czuć niechęci do tych ludzi. Czasem marzę też, żeby zmienić już kraj lub kontynent. Na szczęście takie myśli i odczucia nigdy jeszcze nie trwały dłużej niż parę godzin.

Już prawie dwa lata jesteście w podróży. Tęsknicie za krajem?

A: Niespecjalnie.

K: Za krajem nie. Jedynie czasem za Wrocławiem, bliskimi i przyjaciółmi.

Wyprawę rozpoczynaliście w czwórkę. Co się stało z pozostałymi podróżnikami?

A: Ta podróż miała swoje wzloty i upadki. Jak wcześniej wspomniałam, zaczęłam ją w Grecji, dołączając do dwóch podróżników - Rafała i Arka. Po miesiącu wspólnej podróży, Arek dostał zatoru w mózgu, zapadł w  śpiączkę i pomimo wysiłków tureckich lekarzy, zmarł po miesiącu. Ja z  Rafałem wróciliśmy do Polski, nie bardzo wiedząc, co dalej robić. Szybko jednak zrozumieliśmy, że warto realizować swoje marzenia, bo nie wiadomo, co nam pisane. Krzysiek zdecydował się do nas dołączyć i po krótkich przygotowaniach doleciał do nas do Turcji.

Jak chodzi o  informacje na stronie, wynikają one z tego, że Rafał, który był inicjatorem tego przedsięwzięcia, prowadził już swoją stronę. My we dwójkę z czasem zapragnęliśmy również dzielić się naszymi przygodami, a  że staliśmy się parą, założyliśmy wspólną stronę. Teraz niestety faktycznie jedziemy we dwoje. Rafał w maju miał bardzo poważny wypadek. Został potrącony w Kenii przez ciężarówkę, w wyniku czego musiał niestety wrócić do kraju.

Obecnie podróżujecie po Afryce. To chyba najtrudniejszy etap wyprawy, biorąc pod uwagę klimat, drogi.

K: Afryka jest może najmniej znana i owiana wieloma stereotypami, które również zakorzenione były w naszych głowach. Okazuje się, że nie jest tu aż tak dziko, ani tak niebezpiecznie, ani tak piekielnie gorąco, jak to się uważa w Europie. Drogi w dużej mierze są nowe (zaledwie kilkuletnie) i wyśmienite - dużo lepsze niż w Polsce. Drogi właściwie odgrywają dla nas większą rolę niż klimat, do którego już przywykliśmy, i  który jeśli jedzie się w odpowiedniej porze roku, nie jest wcale taki ciężki.

A: Oczywiście bywało piekielnie gorąco i  zdarzały nam się trudne, bezdrożne odcinki. Jednak nasza podróż na pewno jest dużo prostsza niż dla rowerzystów, którzy jechali tędy kilka lat temu, kiedy nie było jeszcze asfaltu ani w Sudanie, ani w Etiopii, co oznaczało ponad 4 tys. km off roadu.

Jaka jest Afryka z perspektywy siodełka?

Świetna! Na pewno inna niż z każdej innej perspektywy. Choć czasem hałaśliwa, brudna, biedna i sucha, to również kolorowa, gościnna, przyjazna, bujna, fascynująca, miejscami dzika, rdzenna i bardziej nowoczesna niż się tego spodziewaliśmy.

Taka podróż to pewnie same przygody. Zdradzicie naszym czytelnikom kilka anegdot?

A: Nad Jeziorem Turkana w Kenii, pchaliśmy nasze objuczone rowery przez półpustynne bezdroża. Jedliśmy tylko papkę z mąki kukurydzianej, na śniadanie z cukrem, na obiad z cebulą i koncentratem pomidorowym. Po tygodniu, głodni i wycieńczeni, żyliśmy już tylko myślą o dotarciu do asfaltu. Gdy byliśmy zaledwie trzy kilometry od celu, okazało się, że naszą drogę przecina rwąca rzeka. Od miejscowych dowiedzieliśmy się, że spóźniliśmy się 15 minut. Jeszcze przed chwilą koryto rzeki było puste. Rafał, nasz kompan, siedział już w barze, w Kalakol i pił piwo za nasze zdrowie, a my niemal bez wody i jedzenia musieliśmy czekać do południa następnego dnia, aż rzeka opadnie na tyle, aby móc się podjąć przeprawy.

K: Gdy dotarliśmy do miasta zjedliśmy po trzy obiady i wypiliśmy po 10 soków z mango.

K: W Etiopii zostaliśmy zaproszeni przez plemię Hadinia na poranną kawę, która okazała się w ich tradycji być serwowana na słono.

A: W Egipcie wykupiliśmy nocną wycieczkę konną pod piramidami. Nasi przewodnicy okazali się jednak oszustami i wylądowaliśmy, jeżdżąc konno w  egipskich ciemnościach, po jakimś cmentarzysku, z którego widać było jedynie światła piramid w oddali.

K: Tak to bywa z promocjami.

A: W Etiopii skusiliśmy się raz na noc w miejscowym hotelu. Pokój, podwójne łóżko, moskitiera, łazienka - to wszystko za dolara za dwie osoby. Wydawało się być fantastycznie, gdyby nie to, że przez całą noc pod naszym oknem beczała przeraźliwie młoda koza, przywiązana drutem do słupa. Gdy rano złożyliśmy reklamację właścicielowi, ten obraził się i  powiedział, że koza musi tam być, żeby wszyscy wiedzieli, że mięso na śniadanie jest świeże. Po chwili, nadal obrażony, zarżnął zwierzę na naszych oczach i powiesił na płocie.

Więcej anegdot i o zapleczu wyprawy Adeli i Krzyśka przeczytacie na MM Wrocław za tydzień.

Artukuł dostępny jest na stronie MM Wrocław:  tutaj

 

Jaka jest Afryka z perspektywy siodełka?

Świetna! Na pewno inna niż z każdej innej perspektywy. Choć czasem hałaśliwa, brudna, biedna i sucha, to również kolorowa, gościnna, przyjazna, bujna, fascynująca, miejscami dzika, rdzenna i bardziej nowoczesna niż się tego spodziewaliśmy.

Taka podróż to pewnie same przygody. Zdradzicie naszym czytelnikom kilka anegdot?

A: Nad Jeziorem Turkana w Kenii, pchaliśmy nasze objuczone rowery przez półpustynne bezdroża. Jedliśmy tylko papkę z mąki kukurydzianej, na śniadanie z cukrem, na obiad z cebulą i koncentratem pomidorowym. Po tygodniu, głodni i wycieńczeni, żyliśmy już tylko myślą o dotarciu do asfaltu. Gdy byliśmy zaledwie trzy kilometry od celu, okazało się, że naszą drogę przecina rwąca rzeka. Od miejscowych dowiedzieliśmy się, że spóźniliśmy się 15 minut. Jeszcze przed chwilą koryto rzeki było puste. Rafał, nasz kompan, siedział już w barze, w Kalakol i pił piwo za nasze zdrowie, a my niemal bez wody i jedzenia musieliśmy czekać do południa następnego dnia, aż rzeka opadnie na tyle, aby móc się podjąć przeprawy.

K: Gdy dotarliśmy do miasta zjedliśmy po trzy obiady i wypiliśmy po 10 soków z mango.

K: W Etiopii zostaliśmy zaproszeni przez plemię Hadinia na poranną kawę, która okazała się w ich tradycji być serwowana na słono.

A: W Egipcie wykupiliśmy nocną wycieczkę konną pod piramidami. Nasi przewodnicy okazali się jednak oszustami i wylądowaliśmy, jeżdżąc konno w  egipskich ciemnościach, po jakimś cmentarzysku, z którego widać było jedynie światła piramid w oddali.

K: Tak to bywa z promocjami.

A: W Etiopii skusiliśmy się raz na noc w miejscowym hotelu. Pokój, podwójne łóżko, moskitiera, łazienka - to wszystko za dolara za dwie osoby. Wydawało się być fantastycznie, gdyby nie to, że przez całą noc pod naszym oknem beczała przeraźliwie młoda koza, przywiązana drutem do słupa. Gdy rano złożyliśmy reklamację właścicielowi, ten obraził się i  powiedział, że koza musi tam być, żeby wszyscy wiedzieli, że mięso na śniadanie jest świeże. Po chwili, nadal obrażony, zarżnął zwierzę na naszych oczach i powiesił na płocie.

Więcej anegdot i o zapleczu wyprawy Adeli i Krzyśka przeczytacie na MM Wrocław za tydzień.