WYWIAD Z NAMI w MM Wroclaw, część II. Adela i Kris jadą rowerami po szlakach wielbłądów

Dodane dnia 2012.01.25 -- Zaktualizowano dnia 2013.06.13

Wpis dotyczy kraju: BOTSWANA

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: BOTSWANA

Zapraszamy do przeczytania II czesci wywiadu z nami autorstwa Maruisza Kruczka w MM Wroclaw.

Adela i Kris jadą rowerami po szlakach wielbłądów

Druga część opowieści Adeli i Krisa o rowerowej wyprawie dookoła świata (Zobacz część pierwszą: Wolność i słona kawa. Rowerem dookoła świata).

Naszą ostatnią rozmowę skończyliśmy na anegdotach. Opowiecie jeszcze jakieś przygody z podróży?

Kris: Na Synaju wybraliśmy nadmorską trasę, która na mapie widniała jako asfaltowa droga. Gdy dotarliśmy do wybrzeża, okazało się, że drogi tam nie ma i nigdy nie było. Przed nami zaczął się camel track - szlak tylko dla wielbłądów i pieszych! Pokonanie siedmiu kilometrów zajęło nam parę godzin dźwigania rowerów nad głazami. Mijający nas na wielbłądach beduini przecierali na nasz widok oczy ze zdumienia.

Adela: Trud wynagrodził nam wspaniały wieczór, na który zostaliśmy zaproszeni przez beduinów do ich obozu. Piliśmy przy ognisku herbatę i jedliśmy robiony przez nich chleb.

K: W Syrii zostaliśmy zaproszeni przez jedną rodzinę na wsi na kolację. Gospodarz, co chwilę dokładał nam kolejne porcje, a my za każdym razem grzecznie czyściliśmy nasze talerze do cna. Końca tym dokładkom nie było. Gdy nasze brzuchy wypełnione już były do granic możliwości i zaczęliśmy niemal błagać gospodarza o litość, ten wreszcie odpuścił. Okazało się, że w Syrii, gdy jest się częstowanym, w dobrym tonie jest zostawienie resztki pokarmu na talerzu. W ten sposób gospodarz dostaje sygnał, że gość już się najadł. My niestety tego nie wiedzieliśmy.

Jak reagują tubylcy na Waszą wyprawę?

A: Miejscowi w każdym kraju byli dla nas bardzo sympatyczni i przyjaźnie nastawieni. Byliśmy niejednokrotnie zapraszani do domów i na wspólny posiłek. Gdy tylko czegoś potrzebowaliśmy, mieszkańcy wiosek zawsze oferowali nam pomoc. Ludzie w Afryce są bardzo otwarci i serdeczni.

K: Mimo że jeździmy i przez wielkie miasta, i przez tubylcze wioski, nie mieliśmy w Afryce żadnych problemów. Wyjątkiem jest tu Etiopia, w której dzieciaki notorycznie próbowały nas okraść i rzucały w nas kamieniami. Parę razy zdarzyło się, że ludzie się nas bali i na nasz widok czmychali w krzaki. Przeważnie jednak mieszkańcy są nas bardzo ciekawi i gdy tylko się zatrzymamy, otaczają nas ciasnym wiankiem.

Opowiedzcie trochę o zapleczu wyprawy. Gdzie śpicie?

A: Głównie w namiocie, w krzakach na dziko. I tu uprzedzimy kolejne pytanie czy się nie boimy? Nie, nie boimy się. Z zasady nie śpimy w hotelach. Czasem jesteśmy goszczeni przez miejscowych lub przez księży na misjach.

Co jecie?

K: Gotujemy sami z miejscowych produktów. Czasem też stołujemy się w lokalnych barach skleconych z blachy i paru żerdzi, gdzie kury chodzą po stołach, a osły liżą talerze. Polski sanepid nie wiedziałby, jak się za to zabrać. Mimo że oboje jesteśmy wegetarianami, nigdy nie mieliśmy w Afryce z tego powodu żadnych trudności.

A: Wbrew obiegowej opinii o mięsożerności Afrykańczyków, większości ludzi nie stać na zajadanie się mięsem, tak więc mięso nie było nam nawet zaproponowane.

Co macie ze sobą?

K: Dom. Kuchnię, czyli garnki, sztućce i kuchenkę. Sypialnię, czyli namiot, materace i śpiwory. Garderobę, czyli trochę niezbędnych ubrań. Spiżarkę, czyli zapas jedzenia, wody oraz niezbędnych leków. Biuro, czyli laptop, notatniki, dokumenty, papiery i czasem jakąś zdobyczną książkę. Warsztat, czyli części zapasowe i narzędzia.

A: Wszystko to musi zmieścić się u każdego z nas w czterech sakwach oraz worku na bagażniku i waży wraz z rowerem około 65 kg na osobę. Jeśli jednak jedziemy przez odludne lub pustynne tereny, należy dodać do tego jeszcze po 20 litrów wody.

Ile kilometrów dziennie pokonujecie?

K: Wszystko zależy od ukształtowania terenu, kierunku wiatru i długości wizy. W Sudanie np. dostaliśmy wizę na miesiąc i musieliśmy w tym czasie pokonać około 2 tys. km. Aby móc pozwolić sobie na parę dni odpoczynku i zdążyć przed upływem terminu wizy, dziennie musieliśmy pokonywać ponad 120 km. W górach, czasem cały dzień może zająć nam pokonanie jednego podjazdu o długości 40 km. Tak bywało w Turcji i Etiopii. Na Zanzibarze za to mogliśmy zostać aż trzy miesiące. Byliśmy na wyspie 20 dni i pokonywaliśmy zaledwie 20 km dziennie, resztę czasu wylegiwaliśmy się na plażach. Generalnie jeśli nie musimy, nie śpieszymy się, ale w umiarkowanych warunkach spędzamy około 5 godzin dziennie w siodełkach i pokonujemy 60 - 90 km.

A: Nasz rekord to 143 km jednego dnia.

Czy Wasze organizmy dobrze znoszą wyprawę?

A: Ogólnie tak. Wbrew prognozom czarnowidzów nie mieliśmy specjalnych problemów zdrowotnych. Oczywiście na początku musieliśmy przystosować się do afrykańskiej flory bakteryjnej, co poskutkowało u nas obojga epizodami rozwolnienia. Było to jednak dawno temu, jeszcze w Egipcie. W Mozambiku Krzycho zachorował na malarię, którą przeszedł jednak bardzo lekko, piątego dnia byliśmy już w drodze. Największych dolegliwości przysparza nam stała, pochylona pozycja na rowerze, od której oboje mamy problemy z barkami.

Jaki jest koszt takiej wyprawy? Kto na taką wyprawę może sobie pozwolić?

A: Pozwolić sobie może każdy, kto wierzy w swoje szczęście i powodzenie. Samo przygotowanie jest dość kosztowne, choć nie są to sumy astronomiczne. Jeśli zna się trochę na sprzęcie, to rower można złożyć sobie już za 2 tys. zł. Kolejnymi większymi wydatkami są: sakwy, kuchenka, namiot, filtr do wody i szczepienia. Ogólnie koszt całego przygotowania od zera może zamknąć się w ok. 6 - 7 tys. zł.

K: Na samej trasie, według naszych wyliczeń, wydajemy średnio trzy dolary dziennie na osobę. Jest to koszt całkowity naszego jedzenia, ewentualnych przepraw promowych, wiz i dodatkowych, nieprzewidzianych wydatków.

A: Jak na to nie patrzeć, podróżowanie wychodzi nam dużo taniej niż życie w Warszawie. Za 9 zł mogłabym jedynie przejechać z jednego końca miasta na drugi, a tu za tę sumę przeżywam każdy kolejny, piękny afrykański dzień!

K: Koszt trzech dolarów dziennie wynika z naszego bardzo skromnego życia - nie kupujemy alkoholu, papierosów, nie śpimy w hotelach, nie stołujemy się w restauracjach dla białych oraz nie jemy mięsa. Mamy też bardzo dużo szczęścia, ponieważ spotykamy na swej drodze wielu fantastycznych i bardzo życzliwych ludzi, którzy nas goszczą, oferują jedzenie i zapraszają w miejsca, na które nie byłoby nas stać, jak np. ich własne hotele, restauracje czy parki safari. Rower jest tu takim magicznym kluczem, który przyciąga do nas ludzi i wzbudza w nich chęć pomocy w realizacji naszych marzeń.

A: Są tacy, którzy odkładają na taką podróż latami, są też tacy (pośród nich min. my), którzy uważają, że wszystko się jakoś zawsze ułoży i że kiedy będą potrzebne, pieniądze zawsze się znajdą. Tak naprawdę możliwości zarobkowania w podróży jest wiele. Kiedy był z nami jeszcze Rafał, zarabialiśmy dzięki jego gitarze, grając i śpiewając na ulicy.

K: Będąc już w trasie, zatrzymaliśmy się na 4 miesiące na Cyprze, gdzie pracowałem jako kelner na plaży.

A: Obecnie, w Botswanie robimy prezentacje i pokazujemy slajdy z naszej podróży w prywatnych szkołach. Nie dotarlibyśmy też tak daleko, gdyby nie pomoc rodziny, przyjaciół, znajomych i nieznajomych fanów naszej przygody. Był moment, gdy prawie nie mieliśmy już pieniędzy. Wymyśliliśmy akcje o nazwie ”Postaw mi kawę”. Polegała ona na tym, że każdy, kto wpłacił na nasze konto równowartość dwóch kaw, dostał od nas kartkę z Afryki. I tu, korzystając z okazji, chcielibyśmy bardzo podziękować wszystkim, którzy nas wsparli i pomogli w realizacji naszych marzeń! Przed nami przeprawa przez Atlantyk. Mamy nadzieje na znalezienie wkrótce jakiegoś sponsora.

Co planujecie robić po wyprawie?

K: Dobre pytanie! Sami nie wiemy. A czy Ty wiesz, co będziesz robił za 10 lat?

A: Niemal co dzień nie wiemy nawet, gdzie będziemy spać, trudno nam cokolwiek planować. I to w tej podróży wydaje nam się właśnie najlepsze! Żyjemy tu i teraz.

Za tydzień opublikujemy galerię zdjęć z wyprawy Adeli i Krzyśka.