Wakacyjny Zanzibar

Dodane dnia 2011.11.11

Wpis dotyczy kraju: ZANZIBAR

Zobacz wszystkie wpisy Krisa z kraju: ZANZIBAR

ZANZIBAR

   Zanzibar był spełnieniem mojego małego, wakacyjnego marzenia. Katalogowa wyspa na Oceanie Indyjskim, porośnięta palmami kokosowymi na białych jak mąka plażach otoczona turkusem wody.
Zanim przekroczyliśmy Ocean, starałem się uporządkować kilka szczątkowych informacji na temat tej wyspy. Słyszałem, że urodził się tam Freddy Mercury, oraz że jest tam silnie osadzona religia muzułmańska (co mnie bardzo ucieszyło). Czytałem o handlu niewolnikami, których Arabowie sprowadzali z głębi lądu, transportowali na wyspę a następnie wywozili statkami na Bliski Wschód. Słyszeliśmy też o ziołowych plantacjach i ginących lasach namorzynowych. Plan był prosty. Chcieliśmy objechać Zanzibar dokoła.
   
PORT W DAR ES SALAAM
 
 Już sam zakup biletu był ciekawym doświadczeniem. Tuż przed bramą wjazdową do portu, zostaliśmy otoczeni przez tłum naganiaczy, którzy w puchowych kurtkach i zimowych czapkach, (lipiec to najchłodniejszy miesiąc. +30 st. dla miejscowych, to widocznie istny mróz:-)biegli za nami i wymachując rękami wskazywali na najlepszą firmę przewozową. Pośród naganiaczy wałęsali się drobni handlarze orzeszków nerkowca, zimnej wody, lizaków, papierosów na sztukę itp.
Za bramą zrobiło się nieco spokojniej. Ludzie ustawieni byli w długiej kolejce a w niej sprzedawcy owoców ze swoimi wypchanymi po brzegi koszami, pełnymi mango i awokado, dostawcy sprzętów elektronicznych, kupcy z worami odzieży, rybacy z wiadrami śniętych ryb, matki z dziećmi, Masajowie jadący do pracy jako strażnicy a pośród tego kilku turystów oraz rowerzyści, czyli my.
Choć stary norweski prom nie jeden sztorm przetrwał, to potomkowie Wikingów wiele mogliby się nauczyć od czarnoskórych lwów morskich - mistrzów załadunku i prowizorki. Na pokładzie rozwieszone były instrukcje z punktami gdzie znajdowały się kamizelki ratunkowe, szkice pokładu z zaznaczonymi wyjściami ewakuacyjnymi itp. Jednakże poczucie bezpieczeństwa malało wraz z blednięciem tych nadruków, które pochodziły z lat sześćdziesiątych i były już nieco wydrapane.
Znaleźliśmy trochę wolnej przestrzeni na prawej burcie, gdzie zasiedliśmy na koszach z awokado. Kapitan odpalił silnik który znajdował się dwa metry od nas. Zamontowany na sznurkach i linach, okuty zardzewiałą blachą motor, brzmiał przerażająco! Wokół silnika,  rozlaną kałużę oleju, obsługa statku rozsądnie przysypała trocinami. Prom zakołysał się i odbił od brzegu.
   Widoki za burtą były niecodzienne. Piękny turkusowy kolor oceanu, a w tle małe wysepki, co rusz pojawiające się na horyzoncie. Niestety, hałas silnika przyprawiał nas o ból głowy i postanowiliśmy udać się do środka. Chwilę później nagle zrobiło się duże zamieszanie. Ktoś krzyczał. Jacyś ludzie wbiegali po schodach na górę. Zatrzeszczały głośniki a z nich odezwał się kapitan. „Człowiek za burtą! Człowiek za burtą!”Gdzieś z pokładu rozległ się kobiecy lament. Po  tylu miesiącach w Afryce, zdawałem sobie sprawę z tego, że generalnie murzyni bardzo słabo pływają i często po paru machnięciach rękami i nogami toną. Woda nie jest ich żywiołem. Na szczęście do akcji wkroczyła trójka głuchoniemych pracowników  z obsługi statku. Zaczęli rozmawiać między sobą na migi. Po energicznych gestach można było wywnioskować, że kogoś szukają. Poszukiwany był ratownik! Biedak jednak nie spodziewał się takiego obrotu spraw i uciął sobie drzemkę na workach z ubraniami. Z błogiego letargu, potrząsając gwałtownie, wyciągnął go jeden z głuchoniemych. Chłopak, zataczając się wbiegł na pokład i w półśnie zaczął przesuwać bagaże, które zastawiały drzwi, za którymi powinny były znajdować się kamizelki ratunkowe, płetwy i maska. Po otwarciu schowka kamizelki wypadły na ziemię wraz z licznymi śmieciami oraz pustymi butelkami. O dziwo sprzęt był w dobrym stanie, może jedynie płetwy były odrobinę przyciasne, co wskazywało na to, że Norwegowie mają mniejsze stopy. Statek zataczał koła. Ledwo dopatrzyłem się  nieszczęśnika, dryfującego na rozległym oceanie, który z sukcesem unosił się na powierzchni. „Już” po kilku minutach ratownik był gotowy do akcji. Trzymając w ręku swój sprzęt ratowniczy, przeskakiwał przez stosy bagaży szukając dogodnego miejsca do skoku. Później wszystko przebiegło już sprawnie. Skok. Przekazanie kamizelki nieszczęśnikowi. Wciągnięcie na pokład. Oklaski dla ratownika. Sukces. Głuchoniemi, którzy również sprzedawali za barem, jeszcze przez godzinę opowiadali na migi tę historię podróżnym. Do Stone Town dotarliśmy pod wieczór.

ODKRYWANIE WYSPY

Małą polna dróżką, pomiędzy bananowcami, dojechaliśmy nad wybrzeże. Odkryliśmy tam bardzo starą posiadłość, która za czasów  świetności należała do rodziny sułtańskiej. Uprawiano tam drzewa goździkowca,  których plantacje rozciągały się aż do samego oceanu. Zaparkowaliśmy tam nasze rowery i rozkładając koc na białym jak mąka pisku ucięliśmy sobie błogą drzemkę. Obudził mnie łoskot fali, która przelała się po moich plecach. Zerwaliśmy się na równe nogi! Śmiejąc się do rozpuku, doświadczyliśmy na własnej skórze jak szybko nadchodzą tu przypływy. Susząc się patrzyliśmy jak ożywa plaża. Fale rozpryskiwały się o skały a kraby i inne dziwolągi w kosmicznych, wymyślnych muszlach przechadzały się śmiesznym, szybkim, bocznym krokiem po piasku. Następnym razem będziemy rozwieszać hamak.

SPOTKANIA Z TUBYLCAMI

Na naszej drodze spotkaliśmy przesympatycznych ludzi. Rybacy opowiadali o rybach drapieżnych, jadalnych i niebezpiecznych. O hodowli  alg morskich i ich eksporcie do Japonii i USA. Rolnicy opowiadali o swoich owocowych drzewach i przydomowych ogródkach. Spotkaliśmy też majsterkowiczów, którzy szczycili się swoimi wyrobami z liści palmy kokosowej. Wyplatali oni fantastyczne kosze mające dziesiątki zastosowań. Przyroda na Zanzibarze jest naprawdę bujna. Jedliśmy najsłodsze mango na świecie. Stragany usypane były stosami owoców.

SZEF WIOSKI

   Pewnego razu, przez pewnego człowieka zostaliśmy zaprowadzeni do pewnego miejsca.
Owym człowiekiem był nauczyciel, założyciel małego ogrodu zoologicznego, spełniającego funkcję edukacyjną dla okolicznej ludności, która wciąż wierząc w zabobony zabija zagrożone  gatunki gadów i płazów.
Owym miejscem była sąsiedzka wioska, w której znajdowała się jaskinia. Nieodkryte przez turystów miejsce, w którym zamierzaliśmy przenocować.
Wraz z naszym nowym znajomym przyjechaliśmy tam rowerami. Droga prowadziła pod górę. Na wzgórzu znajdowało się kilka domów. W jednym z nich mieszkał strażnik jaskini. Wraz z nim i eskortą dzieci wyruszyliśmy na spotkanie jaskiniowcom. Prowadząc nasze rowery przez wydeptane w gąszczu ścieżki, po krótkim czasie dotarliśmy na miejsce. Drewniana konstrukcja szybu prowadziła w dół. Zapaliliśmy czołówki i lekkim spadem udaliśmy się w głąb. Nad naszymi głowami zaszybowały setki nietoperzy. Przeszliśmy do drugiego pomieszczenia. Tam przewodnik pokazał nam ludzkie kości odnalezione przez miejscowych. Przyłożył najdłuższą z nich do swojego uda, chwaląc się znajomością anatomii. Na zewnątrz zapadał zmrok a w jaskini budziły się ze snu nietoperze. Pierwszy raz  wokół mojej głowy wirowało tyle ślepych stworzeń. Z ziemi zaczęły wyłazić wielkie stonogi. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że prześpimy się dziś na zewnątrz.
Nasz przewodnik wskazał nam miejsce gdzie rozbiliśmy namiot. Po wieczornych modłach odwiedzili nas trzej mieszkańcy wioski z darami w postaci słodkich, miękkich, rozpływających się w ustach i dłoniach soczystych owoców mango. Po pewnym czasie zjawiła się się kolejna dwójka.   Przy namiocie rozwinęła się żywiołowa dyskusja. Domyślaliśmy się, że całe zamieszanie spowodowane było naszą obecnością. Gdy próbowaliśmy dowiedzieć się o co chodzi, na ścieżce prowadzącej do namiotu pojawił się  Szicha, czyli szef wioski, w towarzystwie swoich dwóch doradców. Wioskowy guru  szedł środkiem i był niższy od pozostałych co najmniej o dwie głowy. Szicha nic nie mówił bo miał od tego swoich ludzi, którzy w jego imieniu wyjaśnili nam, że czuje się on bardzo urażony, ponieważ nie zostaliśmy mu wcześniej przedstawieni przez naszego przewodnika, a to oznacza, że zostały złamane panujące  tam bardzo przestrzegane reguły. W związku z tym obrażony Szicha stwierdził, że nie możemy tutaj dłużej zostać, mamy się spakować i wrócić do wioski naszego przewodnika. Byliśmy zaskoczeni całą tą sytuacją. Nie chcieliśmy się znów pakować i przemieszczać, chociażby z tego powodu, że było już ciemno. Dyskusja zaczęła nabierać rumieńców.  Nasi wizytatorzy podzielili się na trzy obozy. Trzech strażników jaskini, którzy poczęstowali nas wcześniej owocami mango byli za tym byśmy zostali. Przedstawicielami drugiego obozu byli dwaj przybysze, którzy dotarli do nas tuż przed Szichą. Do dziś nie wiem jakie stanowisko zajmowali w tej sprawie. Trzeci obóz to przedstawiciele biura szefa wraz z nim samym. Prawa ręka Wodza głośno przemawiał do zebranych. W międzyczasie jaskiniowcy coś szeptali do siebie, a dwójka przybyszów rozeszła się w dwóch różnych kierunkach i stojąc parę metrów od nas, z odwróconymi twarzami w stronę lasu, raz po raz coś krzyczeli, komentując Praworękiego. Po paru minutach doszliśmy do głosu, pytając się co złego zrobiliśmy i dlaczego Szicha się na nas gniewa. Jeden z jaskiniowców, w imieniu Wodza, odpowiedział, że to nie nasza wina tylko naszego przewodnika, że nas nie przedstawił Szefowi i nie spytał o zgodę na rozbicie namiotu przy wiosce. Więc co teraz? Wódz zebrał swoje biuro, z którym oddalili się na naradę. Po powrocie Praworęki powiedział: „Wódz oczekuje oficjalnych przeprosin i nasz przewodnik ma się tu zjawić i wyjaśnić sprawę.” Zaczęło się puszczanie sygnałów, bo jak się okazało nikt z wioski nie miał prawie nic na koncie. Chwilę czekaliśmy bez odzewu. Ktoś z jaskiniowców podał nieśmiało telefon strażnikowi jaskini, który wykręcił numer. Zapadła taka cisza, że słychać było sygnał wydobywający się ze słuchawki. Nagle ktoś odebrał. Jaskiniowy stróż momentalnie zareagował i w  ułamku sekundy wykrzyknął „Hakuna pesa”(nie mam pieniędzy) i natychmiast się rozłączył. Wszyscy odetchnęli z ulgą gdy telefon oddzwonił. Po krótkiej rozmowie, strażnik powiedział „Przyjedzie”.
Praworęki znów zaczął przemawiać. Jaskiniowcy zaczęli szeptać. Dwójka przybyszów ponownie rozeszła się i stojąc plecami do wszystkich a zwróceni w stronę lasu odpowiadali Praworękiemu. Szicha milczał. Minęła już godzina a my staliśmy i przyglądaliśmy się temu przedstawieniu z zaciekawieniem.
Nasz przewodnik zjawił się po trzydziestu minutach. Po dłuższych rozmowach ze zgromadzonymi, nie udało mu się przekonać Praworękiego do zmiany stanowiska. Choć przewodnik przeprosił Szichę, Praworęki zażądał od niego dodatkowo zapłaty. Przewodnik odmówił i zrezygnowany po godzinnej dyskusji, oznajmił nam, że nic więcej nie może zrobić, i że musimy wrócić do jego wioski. Od samego początku, niezależnie od obrotu sprawy, nie zamierzaliśmy nigdzie się ruszać. Zbliżała się już 23-cia i absurdalne było żądanie abyśmy zwinęli obóz i jechali po ciemku. Choć sprawa zdawała się już przegrana postanowiliśmy wykorzystać naszego przewodnika jako tłumacza i przedstawić raz jeszcze nasze argumenty. Zapytaliśmy dlaczego Szicha gniewa się na nas, mimo że to nie my zawiniliśmy. Mówiliśmy, że jest ciemno i niebezpiecznie na drogach, że nikomu nie przeszkadzamy bo rozbiliśmy się na uboczu wioski, i że nie jesteśmy niebezpieczni. Jesteśmy już zmęczeni a składanie namiotu zajmuje nam mnóstwo czasu. Na twarzy Wodza malowała się wyrozumiałość, jednak widać było, że ogromny wpływ wywiera na niego Praworęki, który wciąż głośno przemawiał. Jaskiniowcy  między sobą szeptali a dwaj przybysze z ciemności komentowali coś od czasu do czasu. Nadszedł czas na decyzję. Wódz raz jeszcze zebrał swoich ludzi na stronę i po krótkiej namowie wrócili. Nieśmiałym ruchem ręki wskazał na nas i namiot i wymownie, choć z oporem, pokazał abyśmy się wynosili. Praworęki, raz jeszcze przemówił w imieniu Szichy mówiąc: „Wódz jest bardzo dumny, bardzo ważny i jego reputacja nie powinna być podważana!” Ponieważ wszyscy panowie przybyli prosto z meczetu, Adela uderzyła w nutę religijną pytając co Koran naucza odnośnie podróżnych i gościny? Na moment zrobiło się zupełnie cicho. Wszyscy spuścili głowy, z lasu przestały dobiegać komentarze, a Praworęki po raz pierwszy zawiesił głos. Jedynie jaskiniowcy uśmiechali się pod nosem. Wódz zwołał kolejne zebranie. Po powrocie Praworęki oznajmił „Przybysze mogą zostać ale pod warunkiem, że nasz przewodnik zjawi się jutro o dziesiątej u Szichy na rozmowę i kolejne, oficjalne przeprosiny.” Spojrzałem na zegarek. Było tuż przed północą. Nigdy nie przypuszczałem, że tyle można debatować nad tak błahą sprawą! Okazuje się, że kontynent afrykański obfituje w reglamentowany w Europie zasób w postaci nielimitowanej ilości wolnego czasu!

LASY MANGROWE

   To niezwykłe lasy porastające wybrzeże wyspy. Podczas przypływu widoczne są jedynie korony drzew. Podczas odpływu woda odchodzi na setki metrów odsłaniając splątany gąszcz. Spomiędzy korzeni wychodzą kraby, w błotnistej papce żerują ryby, małże, przylatują liczne ptaki. Mieszkańcy okolicznych wiosek wyruszają spiesznie z wiaderkami na głowach by przed następnym przypływem zdążyć wygrzebać jak najwięcej małż i krabów.
Na Zanzibarze jest takie miejsce; wyspa niewyspa. Nie ma mostu by się na nią przeprawić ale jest  droga usypana z kamieni która pojawia się tylko raz dziennie podczas odpływu. Przed wieczorem znika pod wodą.  

STONE TOWN

   Przepiękne stare miasto z typowo arabską zabudową. Wąskie urokliwe uliczki przesiąknięte historią. Do niemalże każdej kamienicy wchodzi się przez pięknie rzeźbione drzwi. Małe sklepiki z przyprawami, pamiątkami, wielki rybny market wyczuwalny z daleka, owocowy targ, pyszne wypiekane bułki, wieczorem rozświetlone i rozśpiewane meczety, a nad brzegiem tuż przy porcie, wielka wieczorna uczta gastronomiczna, podczas której można rozkoszować się przeróżnymi smakami i zapachami wyspy. Choć w Stone Town handel wciąż kwitnie, nie można już sobie sprawić niewolnika. W sklepikach są inne pamiątki z Afryki. 

 

Komentarze

Queen - I WANT IT ALL :)

Adventure seeker on a empty streets, Just an alley creeper, light on his feet A young fighter screaming, with no time for doubt With the pain and anger can't see a way out, It ain't much i'm asking, i heard him say, Gotta find me a future move out of my way