SUDAN - pustynia, burza piaskowa i chłopcy z Shendi

Dodane dnia 2011.01.21 -- Zaktualizowano dnia 2013.06.13

Wpis dotyczy kraju: SUDAN

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: SUDAN

SUDAN

4.01.2011, PIERWSZY DZIEŃ
Wreszcie dotarliśmy do SUDANU! Jesteśmy w Wadi Halfie. Przypłynęliśmy tu dziś z Egiptu (z Asuanu). Podroż prWreszcie SUDAN!omem odbyliśmy w wesołym gronie 11 rowerzystów (wszyscy tak jak my, jadą do Płd Afryki), Rosjanina autostopowicza oraz kilku motocyklistów, pośród których był także głuchoniemy Japończyk, będący w trakcie samotnej wyprawy dookoła Świata:-) Podroż byłaby naprawdę przednia, gdyby nie to, że kuchnia egipska ponownie dała mi się trochę we znaki - Faraon próbował zemścić się na pożegnanie. Leżałam prawie całą dobę skręcając się z bólu. Na szczęście na ląd Sudański stanęłam dziś już mocno na 2 nogach, a właściwie na 2 kołach:-)
Jestem niezwykle podekscytowana faktem dotarcia do tego kraju! Podróż tutaj, ma dla mnie duże znaczenie sentymentalne. Tata mojej Mamy, dziadek, którego nie dane mi było poznać, wykładał na uczelni w Chartumie. Moja mama spędzała więc w  Sudanie dzieciństwo, całe zatem moje dzieciństwo wypełnione było barwnymi opowieściami z tego odległego lądu. Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek tu dotrę i na własne oczy zobaczę Sudan.  A tym bardziej, że po wielu perypetiach, pokonując po drodze wiele przeciwności losu, dotrę tu o własnych siłach, na rowerze!
W moim sercu panuje niezwykła radość, odczuwam też jednak lekki niepokój. Właściwie nie wiem dokładnie czego się sRynek w Wadi Halfiepodziewać. Na statku, wymienialiśmy się w naszym rowerowym gronie informacjami o Sudanie. Okazało się, że żadne z informacji się nie pokrywają....Jedni np. czytali, że nie będzie problemu z wodą pitną, inni z kolei, że będzie prawie niemożliwa do zdobycia. Jedni mówili o panującej w Sudanie malarii i już brali profilaktykę, inni twierdzili, że malaria jest w Sudanie wytępiona. Każdy miał też na swojej mapie inaczej naniesioną drogę przez pustynię, oraz inaczej wyliczone kilometry. Do tego, jeszcze inną od pozostałych kreskę, nakreślił nam miejscowy, który twierdził, że to jest jedyna, słusznie naniesiona droga. Dużo pytań rodzi się w mojej głowie...Jak to będzie....? Czy będzie bardzo gorąco? Czy pustynia będzie dla nas łaskawa? Czy będziemy mieli problemy ze zdobyciem pitnej wody? Czy będziemy mieli co jeść? Czy zdołamy pokonać 2 tys kilometrów w miesiąc? Czy rzeczywiście zagraża mi malaria i czy powinnam zacząć brać profilaktykę? Czy czekają na nas jakieś inne niebezpieczeństwa? Jacy okażą się Sudańczycy?
Pierwsze wrażenie gdy wjechaliśmy do Wadi Halfy było niezwykłe! Nikt się nCentrum Wadi Halfya nas nie gapił, nie zaczepiał, nie wrzeszczał, nie trąbił. Cisza i spokój – co za ulga po Egipcie! Piachowe ulice, z lokalnymi sklepikami, bazarkiem oraz zupełnie nie przystającym do otoczenia, klimatyzowanym salonem telefonii komórkowej, wyglądającym jak filia europejskiego banku. W środku nowoczesne komputery, drukarka, fax. Znikł egipski rejwach. Po piachowych ulicach przemykają cicho dobre auta. Ludzie sympatyczni, fajnie, koloroHotelwo ubrani. Kobiety, choć nadal, zgodnie z przykazaniem Koranu, z zasłoniętymi włosami, okrywają się pięknymi, kolorowymi chustami, zostawiając odkryte bardzo ładne twarze. Nie ma zakwefionych pań ani brudnych, szmaciarsko ubranych dzieci jak w Egipcie. Choć Kraina Faraonów bardzo przypadła mi do gustu to jednak odczuwam ULGĘ! Pod każdym względem ulgę! Przede wszystkim ta CISZA i spokój, których nigdy w Egipcie nie można było zaznać.

Dzisiejszy, pierwszy w Sudanie nocleg, zdecydowaliśmy się spędzić w miejscowym hotelu (cena 7 SD czyli ok. 7 PLN) Łóżko, betonowa podłoga (w zeszłym roku była jeszcze piachowa), prześwitujący dach z trzciny, brak moskitiery, brak okien i prysznic z wiaderka (z którego, po  długiej podróży statkiem, skorzystaliśmy z przyjemnością). Z obawy przed komarami, rozbiliśmy nasz namiot w środku pokoju, na dwóch zsuniętych łóżkach i smacznie układamy się do snu, by wraz z nastaniem jutrzejszego dnia, powitać nową przygodę:-)

DZIEŃ WCZEŚNIEJ – CZYLI JAK WYDOSTALIŚMY SIĘ Z EGIPTU
W Asuanie, ostatnim mieście egipskim, spotkaliśmy 9-tkę rowerzystów, jak się okazało, płynących do Sudanu tym samym promem. Będąc w tak dużym gronie, obawialiśmy się, czy wszystkich nas wpuszczą, czy wszyscy się Oboz rowerowych nowadowzmieścimy oraz czy uda nam się ulokować nasze rowery w jakimś sensownym miejscu. Ponieważ podróż z Asuanu do Wadi Halfy owiana jest licznymi legendami, nie mieliśmy zupełnie pojęcia czego się spodziewać. Gdy jednak dowiedzieliśmy się, że choć statek odpływa o 17, to brama portowa otwiera się już o 9 rano i zamyka już o 14, a o 12 najlepsze miejsca są już zajęte, zaczęliśmy mieć podejrzenia, że dostanie się na pokład, może być związane z ostrymi przepychankami. Dodatkowo, był to ostatni statek przed mającym się odbyć lada dzień referendum, dotyczącym podziału kraju na północ i południe. Spodziewaliśmy się więc, jeszcze większego tłumu, z powodu pasażerów, którzy będą się starali zdążyć na głosowanie. Po długich naradach, ustaliliśmy więc, że najlepiej będzie gdy udamy się do portu już wieczorem, by z samego rana dostać na pokład w pierwszej kolejności. Tak też uczyniliśmy. Późnym wieczorem wyjechaliśmy z PasazerowieAsuanu i u samych bram portu, rozbiliśmy nasz barwny obóz rowerowych nomadów.
Okazało się, że nasze przeczucia były słuszne, i że bardzo dobrze zrobiliśmy decydując się na nocleg przy porcie. O godzinie 5 rano bowiem, już zaczęli pojawiać się pierwsi pasażerowie . Choć usilnie nakrywałam głowę poduszką, by wywalczyć jeszcze choć godzinkę snu, okazało się to zupełnie niemożliwe.  Gwar narastał coraz większy, a nasz obóz, z wiadomych względów cieszył się bardzo dużym zainteresowaniem. Ludzie, choć wiedzieli doskonale, że śpimy, bezpardonowo zaglądali nam do namiotów, na głos komentując i przekazując reszcie zgromadzonych co widzą. Kiedy wreszcie jakiś dziadek uznał, że 30 cm chodnika od naszego namiotu jest akurat najlepsze do odprawienia porannych modłów, wiedzieliśmy, że już mamy pospane. Kiedy wychynęłam z namiotu,  w promieniach dopiero co wschodzącego słońca, moim oczom ukazał się nader niezwykły widok. Spory już tłum ludzi uwijał się żwawo, tachając różnego rodzaju pakunki. Okazało się, że nasze 20 kilogramowe rowery objuczone 50 kg bagażu, mogą zakwalifikować się tu jedynie do wagi lekkiej. Zdumiała mnie nie tyle ilość, co zawartość wypakowywanych z coraz częściej podjeżdżających busików bagaży – wielkie talerze satelitarne, łSzturm na bramyóżka, materace, krzesła, kubły, kosze, miotły, telewizory, magnetofony, ręczniki, pościele oraz wiele innych wielkich pudeł, ze znaną tylko właścicielowi zawartością. Kiedy jeszcze do portu dotarła kolejna 2-jka rowerzystów oraz kilku motocyklistów, a tłum miejscowych narastał, z coraz większym przerażeniem zaczęłam myśleć o tym, co się będzie działo, kiedy bramy wreszcie zostaną otwarte. Najwyraźniej te obawy miałam nie tylko ja, bo już o 8-ej, tłum mężczyzn przypuścił szturm na bramy, próbując zmusić strażników do ich wcześniejszego otwarcia.  
Kiedy wreszcie wybiła godzina 9-ta i magiczne wrota otworzyły się, rzeka ludzkiej masy ruszyła do walki. Wystartował barwy korowód dźwiganych na głowach olbrzymich pak, talerzy satelitarnych, telewizorów i reszty wcześniej przeze mnie wymienionego sprzętu. Zaczęły się krzyki i szarpanina. Ludzie na oślep pchali się przed siebie, nie zważając na nic. Szybko zorientowaliśmy się, że prowadząc objuczone rowery nie mamy szans na przyjęcie takiej taktyki. Zastawiliśmy  więc, wszystkimi 11-stoma rowerami wejście i zaczęliśmy głośno protestować. Widzący co się dzieje funkcjonariusze, zatrzymali rozemocjonowany tłum i wstrzymywali ludzi do momentu, aż nasze bagaże zostały przeskanowane, rowery zważone oraz dodatkowe bilety na rowery zakupione. Kiedy barykady za nami puściły i rozszalały tłum rzucił się ponownie do walki, my zostawiając to wszystko za plecami, spokojnie podryfowaliśmy w stronę egipskiej odprawy celnej. Czekała nas jeszcze tylko wizyta u Pana Lizaka, który wydawał znaczki skarbowe na wyjazd z Egiptu, liżąc je bardzo sumiennie; wypełnienie formularzy wyjazdowych; wizyta u panów, którzy wbijajLedwo sie wszyscy zmiescilismyą pieczątki wyjazdowe; wpis na listę pasażerów oraz odebranie kartek na jedzenie wydawane podczas rejsu. Teraz można było wreszcie udać się na pokład. Ponieważ tłum zaczął nas doganiać, ponownie ruszyliśmy do walki – tym razem o dobre miejsce. Zaraz po wprowadzeniu rowerów zorientowaliśmy się, że na decku – górnym pokładzie, co sprytniejsi już sobie porobili murki – barykady ze swojego bagażu. Biorąc z nich przykład, szybko zaczęliśmy w cieniu pod łodziami ratunkowymi układać karimaty, a z naszych sakw, szybko wznieśliśmy dokoła mury twierdzy z nienaruszalnym terytorium. Skończyliśmy w niemalże ostatniej chwili, bo chwilę później,  wlała się rzeka ludzi wypełniająca  każdą wolną przestrzeń.
Gdy po wielu godzinach wreszcie ruszyliśmy (na decku usadowieni byliśmy już o 11 a statek odbił od brzegu dopiero o 16.30), rozwiązała się zagadka, gdzie zmieściła się reszta widzianego wcześniej przez nas bagażu. Okazało się, że nasz statek ciągnął jeszcze za sobą załadowaną po brzegi barkę, która co chwilę obijała się o burtę.
Dość szybko zapadł zmrok, mężczyźni odbyli swoje modły, na pokładzie robiło się coraz senniej. Kiedy przekraczaliśmy w świetle gwiazd zwrotnik Raka, na całym statku panowała już głęboka cisza.

O świcie zbudziło mnAbu Simbelie jakieś ogólne poruszenia. Okazało się, że mijamy właśnie majestatyczne ruiny Abu Simbel. Widok był piękny, a do tego właśnie zaczęło wschodzić słońce. Pstryknęłam jednak tylko fotkę i położyłam się znów spać, ponieważ miałam wysoką gorączkę i bardzo bolał mnie brzuch - kuchnia egipska dała mi się na odchodne ponownie we znaki.
Długo nie pospałam ponieważ znów zbudziło mnie ogólne poruszenie. Tym razem okazało się, że właśnie oto, jeszcze na statku, zaczyna się odprawa paszportowa. W pewnym momencie pojawił się kapitan i poprosił, żebyśmy udali się z paszportami do lekarza. Wyjaśnił, że u lekarza, wkłada się głowę przez okienko, w którym do naszego ucha wędruje termometr (tak, tak, jeden dla wszystkich pasażerów:-) - jest to bardzo poważne badanie na obecność żółtej febry:) Jeśli gorączki brak, do paszportu, na naszej wizie wbijana jest pieczątka wjazdowa. Ponieważ miałam jeszcze dość wysoką gorączkę, trochę się przestraszyłam, czy nie wyniknął z tego jakieś problemy. Z opresji wyratował mnie jednak Rafał, który nastawił do badania jedno ucho za siebie, drugie za mnie, podsunął do podstemplowania wpierw swój, potem mój paszport  i było po sprawie. Ja nawet się nie ruszyłam z decku:-)
Następnym krokiem, wciąż jeszcze na statku, było zdobycie pozwolenia na podróż po Sudanie. Zdawałoby się, że już sama wiza za 100$, z wbitym właśnie stemplem zezwalającym na wjazd, jest pozwoleniem na podróż. Otóż okazało się, że nie! Już po dopłynięciu do Wadi Halfy, pojawił się gościu i zaprosił nas do stołówki I-wszej klasy. Tam wypełniliśmy masę formularzy, w zamian, za które dostaliśmy wreszcie pozwolenie na podróż po Sudanie (travel permit). Pozwolenie było darmowe. Dowiedzieliśmy się, że papier ten trzeba skrupulatnie zachować, ponieważ będzie sprawdzany na każdym check poincie policyjnym, częściej niż paszport. Utrata pozwolenia może się wiązać z dużymi nieprzyjemnościami. Sudańczycy choć lasów nie mają, uwielbiają najwyraźniej marnować papier! Zastanawiam się, po co właściwie buliłam 100$ za wizę, skoro ważniejszy od niej jest wydany na statku, darmowy travel permit?
Rzeczywiście, po zejściu ze statku, nikt już nie sprawdzał nam paszportów. Pojawił się za to pan, który pytał o wszystkie sztuki bagażu i naklejał na nie niebieskie naklejki. Parę kroków dalej, był  następny pan, który sprawdzał czy poprzedni pan się nie pomylił i markerem robił krzyżyk na każdej naklejce. Po kilkuset metrach podróży piachową drogą, dotarliśmy do bramy wyjazdowej. Tam czekał na nas kolejny pan, który sprawdzał czy jego poprzednicy dobrze wykonali swoją robotę – był to pan korektor, który jeżeli pan marker jakąś naklejkę przeoczył, pan korektor zaznaczał ją długopisem. Doprawdy trudno mi znaleźć racjonalne wytłumaczenie tej przedziwnej praktyki. Może to osobliwy sposób na walkę z bezrobociem:-)? I tak cali obnaklejkowani i obznaczeni opuściliśmy port. „Welcome to Sudan!” Wreszcie zaczyna się prawdziwa, afrykańska przygoda:-)!

6.01.2011, pustynia, około 30 km za Abri
Od dwóch dni przemierzamy pustynię. Po jednej, wspólnie spędzonej nocy w Wadi Halfie, wczoraj całe towarzystwo rWreszcie PUSTYNIA!ozjechało się, każdy w swoim tempie. Tak więc znów nasza trojka podryfowała samotnie. Gdy tylko ostatnie zabudowania Wadi Halfy znikły nam z oczu, powitał nas piaszczysty ocean. ALEŻ TU PIĘKNIE I NIESAMOWICIE!!! Pustynia, pustynia, pustynia, przecięta jedynie nitką nowiuteńkiego, chińskiego asfaltu, po którym mkniemy jak na skrzydłach, pchani dodatkowo przez silny wiatr. Nigdy nie byliśmy na takim odludziu. Pośród piaszczystego bezkresu, tylko czarna szosa przypomina o ludzkiej egzystencji. Tutejsza pustynia jest piękna i niezwykła - skalne załomy, wielkie głazy i góry czarnych, ostrych kamieni wyglądające jak hałdy węgla. Bezkres i słońce! Jechaliśmy cały wczorajszy dzień urzeczeni tym bezludnymi przestrzeniami. Po 95 km, rozbiliśmy obozowisko pośród przedziwnych skał, które można było z łatwością kruszyć w dłoniach. Pierwsza noc na sudańskiej pustyni:-)

Dziś w pewnym momencie naszym oczom ukazała się zielona nitka gajów palmowych i poletek - NIL! Życiodajny Nil, a wzdłuż niego, przyZyciodajny NIL!klejone do samego brzegu gliniane domki. Za tą barwną, cienką wstęgą rzeki, jak okiem sięgnąć ciągnie się znów bezkresna nubijska pustynia.
Choć zapasy mieliśmy spore, około południa, skręciliśmy do jednej wioski aby poprosić o wodę. Jakież spotkało nas zaskoczenie, gdy okazało się, że nie leci za nami stado dzieciaków, z wrzaskiem zwołujące gapiów. Po Egipcie byliśmy nastawieni na takie powitanie. Okazało się jednak, że nasza obecność nie wzbudziła żadnej sensacji. Dzieci, choć zaciekawione, nie ruszały się sprzed domów, a dorośli kłaniali nam się uprzejmie i witali muzułmańskim pozdrowieniem „Salam alejkum”, po czym oddalali się bierząc do swoich spraw. W domu, w którym poprosiliśmy Przemili Sudanczycy!o wodę, zostaliśmy zaopatrzeni do pełna oraz poczęstowani przepyszną herbatą. Wszyscy spotkani dziś ludzie byli niezwykle mili, cisi i spokojni – aż nam się ten ich spokój i cisza w przyjemny sposób udzieliły. Co za ulga po rozwrzeszczanych Egipcjanach!!! Zdumiało mnie też to, że zarówno na pustyni jak i w wioskach jest bardzo czysto - ponownie ulga po Egipcie!

Dziś pokonaliśmy 116 km. Na liczniku stuknęło mi 9 000 km w drodze:-) Wieczorem dołączyła do nas poznana wcześniej para Niemców - Simone i Daniel. Kolejne odcinki pustynne zamierzamy przebyć razem:-)

8.01.2011, Dongola
Dziś dotarliśmy do DONGOLI.  Już od czterech dni jesteśmy w Sudanie. Za nami pierwsze 400 km pustyni i mnóstwo wspaniałych, pozytywnych wrażeń! Wszystko jest nowe, wszystko jest inneRADOSC! i póki co,  jestem zachwycona tym krajem! Czuję się PRZESZCZĘŚLIWA!

Pogoda bardzo nam dopisuje. Słońce jest dość mocne, ale nie czuć tego za bardzo ponieważ chłodzi nas niezmiernie silny i zimny wiatr. Spodziewaliśmy się tu raczej problemów z powodu przegrzania, a od tego wiatru i zimnych nocy już wszyscy kaszlą i smarkają.
Pierwsze 2 dni jechaliśmy przez całkowite odludzie, następnie podążaliśmy wzdłuż Nilu, to oddalając się, to przybliżając do niego. Czasem wstęga rzeki z przylepionymi do niej wioskami, znikała nam z oczu na pół dnia, by pod wieczór znów powitać nas bujną zielenią poletek i gajów palmowych.

Dongola jest pierwszym na naszej trasie miastem położonym na pustyni. Choć życie zapewnia jej Nil, jest to odosobniona wyspa  na pustynnym oceanie, oddalona 400 km od Wadi Halfy i 170 kSwiatyniam od Karimy. Ku mojemu zdumieniu, okazało się, że można się tu zaopatrzyć we wszystkie produkty. W aptece kupiliśmy leki na malarię, na targu dostaliśmy wszystkie potrzebne owoce i warzywa, w sklepie kupiliśmy 3 kg pakę daktyli, orzechy, przyprawy, dżem z papai i arbuzów a nawet jogurty naturalne! Naprawdę, nie spodziewałam się takiego zaopatrzenia w Sudanie, w mieście położonym pośród pustynnego bezkresu. Bez trudu znaleźliśmy również kafejkę internetową, która do tego, okazała się mieć  bardzo dobry przesył.
Na nocleg wybiliśmy nad Nil, gdzie nieopodal mostu, rozbiliśmy w piątkę, razem z Niemcami, obóz pod palmami. Czujemy się tu bardzo bezpiecznie. Nasze rowery zostawiliśmy dziś podczas zakupów bez opieki, bez najmniejszych obaw. Zasiedzieliśmy się też z Krzychem trochę na necie i do naszego obozowiska zjechaliśmy grubo po zapadnięciu zmroku (słońce zachodzi ok 18). Mimo, że  miasto pogrążone było w całkowitych ciemnościach a w bladym świetle naszych czołówek, co chwila wyłaniały się z mroku szare postacie lub pobłyskiwały psie oczy, nie czuliśmy absolutnie żadnych obaw! Choć nasze namioty widoczne są z drogi, również nie mamy poczucia, że ktoś mógłby nas odwiedzić i zakłócić ciszę nocną. Jutro, zostajemy jeszcze jeden dzień w Dongoli, ponieważ Rafałowi coś szwankuje w rowerze i musi dokończyć serwis.

9.01.2011, Dongola
Jeszcze nie wyjechaliśmy z Dongoli. Rafałowi coś szwankuje w tylnym kole. Serwis zajął mu cały dzień, który my przeznaczyliśmy na ślęczenie przed netem.
Za gotowanie obiadu zabrNasz oboz pod palmamialiśmy się z Krzychem na stacji benzynowej. Ponieważ wiatr z piachem wiał tak mocno, że trudno było oddychać, pracownicy zaprosili nas do swojej kanciapki, gdzie mogliśmy się schronić i ugotować spokojnie. Bardzo dobrze się wśród Sudańczyków czujemy. Nikt się na nas nie gapił, nie wsadzał głowy w garnek i nie dopytywał się o nic.  Obiad przyrządziliśmy na stoliku, za który posłużyła nam beczka po oleju przykryta tekturą. Na łóżku obok beczki  jeden z pracowników smacznie chrapał, przy wtórze furgotu naszej kuchenki:-)
Choć na stacji były prysznice, żadne z nas nie zdecydowało się na kąpiel. Jest strasznie zimno! Nie myliśmy się cali już od 6 dni. Ja śpię prawie we wszystkich ciuchach jakie mam ze sobą, a i tak w nocy marznę. Za dnia, choć świeci słońce, zimny wiatr bardzo ziębi. JJest bardzo zimnoezdzimy cali opatuleni. Wszyscy mamy już katar.

Jutro wyruszamy do Karimy. Ponieważ nie będziemy już podążać wzdłuż Nilu, czeka nas pierwszy, całkowicie bezludny odcinek pustynny – 172 km bez wody, ani jakichkolwiek osad. Przebycie tej trasy powinno zająć nam 2 – 3 dni. Ponieważ spodziewamy się jednak silnego, bocznego wiatru, postanowiliśmy na wszelki wypadek zrobić zapasy na cztery dni.
Nigdy wcześniej nie liczyliśmy naszego dobowego zużycia wody, nie mamy więc pojęcia, ile tak naprawdę jej potrzebujemy. Cóż, zatankowaliśmy do pełna  (19 l ja, Krzycho - 18 l), musi nam starczyć. Kupiliśmy też dużo chleba, dżem i serki topione, żeby bazować raczej na suchym prowiancie. Z  Karimy do Atbary, czeka nas kolejny, jeszcze dłuższy (270 km) odcinek bez wody ani ludzi. Mam nadzieję jednak, że na ten drugi odcinek będziemy już lepiej przygotowani i bardziej doświadczeni.

10.01.11, pustynny odcinek Dongola – Karima, I wszy dzień
Rzeczywiście, tPustyniaak jak nam mówiono, ten odciek jest płaski i CAŁKOWICIE bezludny! Znikły już wzgórza i hałdy, które widzieliśmy za Wadi Halfą, Nil pozostał daleko za naszymi plecami, a przed nami pojawiła się płaska, martwa pustynia usłana żółtym, pomarańczowym i białym pisakiem. Tak jak się spodziewaliśmy, późnym rankiem (ok. 9), zaczął wiać bardzo silny, boczny wiatr. Ustawiliśmy się w rzędzie, jeden obok drugiego i jechaliśmy tak, cały dzień chroniąc się wzajemnie od wiatru. Osoba jadąca z brzegu, biorąca na siebie największy opór, zmieniana  była co 10 min. Zdaje się to niedługim czasem, podmuchy bywały jednak tak silne, że będącemu na czele, 10 min ciąWalka z wiatremgnęło się w nieskończoność, podczas gdy reszta jechała osłonięta od wiatru, kręcąc swobodnie pedałami i rozmawiając wesoło. Dobrze, że jedziemy z Niemcami, i że w związku z tym jest nas teraz piątka. Dzięki udanej współpracy, każdy musiał prowadzić jedynie co 40 min. Dziś, choć w siodełkach spędziliśmy 5 godz i 20 min, udało nam się przejechać jedynie 82,5 km, co dało nam średnią 15,4 km/h. Spowolniły nas też drobne awarie – rano Krzycho złapał gumę a Danielowi wyskoczył bąbel w oponie. Wieczorem zaś, gumę złapał Rafał, a Simone zdecentrowała sobie obręcz. Tak to właśnie jest w większym gronie – są i plusy i minusy.

11.01.11, drugi dzień odcinka pustynnego
Cały czas jedziemy gęsiego. Mocny, boczny wiatr daje nam się we znaki. WciąAde i Krisz jedziemy z Niemcami. Dziś minęliśmy się też parę razy zresztą rowerzystów. Jako, że w Sudanie droga jest jedna i wszyscy mają wizy tylko na miesiąc, będziemy się w tym kraju prawdopodobnie dość często spotykać. Przypuszczam, że dopiero w Etiopii rozjedziemy się na dobre.
Choć ruszyliśmy dziś z samego rana i w siodełkach spędziliśmy ponownie 5 h 20 min, przejechaliśmy zaledwie 78 km. Nie stresowaliśmy się tym jednak, ponieważ nocleg wypadł nam jedynie 30 km przed Karimą i mieliśmy jeszcze spore zapasy wody i jedzenia. Gdybyśmy chcieli, dotarlibyśmy do samego miasta, ale zdecydowaliśmy, że lepiej przenocować tuż przed i wjechać do niego z samego rana.

12.01.11, Karima
Ale mi się podoba w tych sudańskich miasteczkach!!! To jest naprawdę niesamowitym uczuciem, gdy z całkowicie Zakupy:-)bezludnej pustyni wjeżdża się do przyklej do Nilu miejscowości. Po piaskowych ulicach jeżdżą moto taxi (tuk tuki), rowery, minibusy, wozy ciągnięte przez osiołki. Pootwierane są sklepy, bary, różne zakładziki a z warsztatów samochodowych dobiegają głośne stukania i pukania. Aż trudno uwierzyć, że wystarczy oddalić się od miasteczka na kilometr, w którąkolwiek stronę, aby znów znaleźć się w absolutnej ciszy pustynnego bezkresu.
Za czasów kolonialnych, Karima była tętniącym życiem, ważnym węzłem handlowym. Tu bowiem, przecinały się szlaki kolejowy z wodnym. Towary spławiane Nilem, były tu ładowane do pociągów, którymi jechały dalej, głównie w kierunku stolicy. Tu też wysiadali na odpoczynek zmęczeni długą podróżą pasażerowie. Teraz, gdy Chińczycy położyli asfalt, cały transport odbywa się wyłącznie drogą. Kolej przestała jeździć, nikt nie Karimaspławia już niczego Nilem, nikt nie podróżuje statkami. Choć osiągnięcia i dobra z czasów kolonialnych zostały wyparte przez chińską myśl techniczną, w Karimie nadal czuć ducha dawnych lat. Przez środek miasta biegną zasypane piachem tory, wciąż stoi kolonialna stacja kolejowa i puste kolonialne domki pracownicze a na brzegu Nilu stoi kilka starych, od lat nieużywanych statków rejsowych.
Odbyliśmy z Krzychem przemiły spacer połączony z zakupami. Mijając targ na torach kolejowych, na którym pan przez megafon reklamował swoje banany, dotarliśmy do Nilu. Nad rzeką było bardzo czysto, zielono i panowała tam niezwykle chilloutowa atmosfera. Panowie w dżalabijach łowili w ciszy ryby oraz dłubali przy swoich łodziach. Nad głowami szybowały licznie jakieś drapieżne ptaki, przypominające jastrzębie (?). Naszą uwagę przykuły wyrzucone na brzeg, zatopione w gąszczu, wielkie, białe statkiNad Nilem. Kiedy wdrapaliśmy się na pokład, spotkaliśmy przemiłego pana, który okazał się być dawnym kapitanem. Oprowadził nas i opowiedział historię tych łodzi. Choć opowieści snute były po arabsku, z tego co zrozumieliśmy, były to luksusowe statki pasażerskie, przeznaczone dla białej „elity”. Ruch rzeczny był bardzo duży, do momentu aż stopniowo zaczął być wypierany przez kolej. Tak więc statki te stoją na brzegu już od 40 lat. Szkoda bo są naprawdę przepiękne! Zwiedzając kolejne poziomy, w oczy rzucały się kunszt wykonania, dawna, kolonialna estetyka oraz zamiłowanie do luksusu. W kajutach były żeliwne wanny na zawijanych nogach, łózka (niektóre nadal jeszcze z materacami!), eleganckie klozety. Na górnym pokładzie znajduje się piękna, przeszklona jadalnia oraz sala balowa. Dawna świetność tych statków bije na każdStatkiym kroku. Naprawdę nie trudno było puścić wodze fantazji i zobaczyć panie w sukniach, z parasolkami prowadzone pod rękę przez dżentelmenów w marynarkach i melonikach, z cygarem w ustach. Oczami wyobraźni widziałam też wieczorne kolacje przy wtórze muzyki, zakrapiane whisky lub brandy. Wyobrażałam sobie też, jakim kuriozum musiał być w nocy ten statek, gdy sunął tak wstęgą Nilu, przez zupełną ciszę pustyni, rozświetlony i rozbrzmiewający dźwiękami muzyki oraz głośnymi, beztroskimi śmiechami białych, nie świadomych obecności obserwujących ich z brzegów beduinów – prawdziwych władców tych ziem.

Wieczorem spotkała nas kolejna rozpalająca wyobraźnię niespodzianka. Ponieważ jak to ostatnio bywa, zasiedzieliśmy się na internecie, wyruszyliśmy więc z miasta grubo po zapadnięciu zmroku. Simone z Danielem, napisali nam, na którym kilometrze za miastem rozbili obóz. Gdy dotarliśmy na miejsce, nagle zza chmury wyszedł księżyc i z ciemności wyłoniły się szpiczaste kontury PIRAMID oraz wielkiej samotnej skały! Okazało się, że nasz obóz znajduje się tuż u podnóży piramid Merowe oraz czczonej przez starożytnych Egipcjan góry Jebel Barkal! Ułożyliśmy się do snu ze świadomością, że prawdopodobnie do samego końca tej podróży, będzie to jeden z najzwyklejszych noclegów......

13.01.11, kolejny odcinek pustynny – Karima – Atbara, dzień I
Ten odcinZielonoek pustynny zapowiadał się na najdłuższy (bo 270 km) oraz najtrudniejszy. Miał wiać bardzo silny, boczny wiatr, miało być sporo podjazdów (były jedynie wzniesienia do 400 m), no i miało być absolutne pustkowie, bez ani jednej kropli wody, jedynie z jakąś sadzawką dla wielbłądów. Ku naszemu zdumieniu, okazało się, że pustynia jest zielona, porośnięta całymi „łąkami” dzikich arbuzów, traw, krzaków i krzewów akacji. Co chwilę pojawiały się jakieś domki z gliny lub chatki sklecone ze wszystkiego, co wpadło pod rękę.

Co jakiś czas mijały nas też pick – upy załadowaBarany sudanskiene panami w śnieżnobiałych dżalabijach – zapewne pasterzami. Widzieliśmy stada kóz, wielbłądów, osiołków oraz długoogonowych baranów sudańskich. Mijaliśmy też kilka zirów – wielkich, glinianych dzbanów z pitną wodą, ustawionych przy drodze. Bardzo ożywiona zdaje się pustynia o tej porze roku. Jest to zapewne zasługa tzw. wadi, czyli podziemnych, okresowych  rzek.

Domki

 

 

Start nam się trochę opóźnił, ponieważ o świcie, wdrapaliśmy się na wielką skałę Jebel Barkal, u której podnóży przyszło nam spać. Góra ta, jest jedynym takim wzniesieniem w całym, niemal płaskim jak stół Sudanie. Nic dziwnego, że to właśnie miejsce wybrali Egipcjanie z 18 – stej dynastii Faraonów, do budowy piramid Merowe oraz kompleksu świątyń, znajdujących się z drugiej stronySniadanie z widokiem na okolice. Góra uznawana była za świętą, oraz za czakram energetyczny. Jedząc śniadanie podziwialiśmy ze szczytu, wschód słońca nad Nilem z brzegami porośniętymi gajami palmowymi, nad piramidami, Karimą i rozciągającym się w każdą stronę bezkresem pustyni. Coś wspaniałego! Widzieliśmy też oddalone o 20 km, znajdujące się po drugiej stronie rzeki piramidy Nuri.
Potem czekały nas już tylko przyziemne sprawy – zakupy, pompowanie kół, dobieraniNocleg pod piramidamie wody. Kiedy byliśmy już gotowi do drogi, Rafał złapał gumę. Poczekaliśmy na niego na stacji benzynowej, położonej na skrzyżowaniu, na którym odbijało się na odcinek pustynny. Zjedliśmy tam lunch i gdy pojawił się Rafał, ruszyliśmy ponownie z drogę. Nie minęło 15 min, gdy Rafał złapał kolejną gumę! Okazało się, że przyczyną nie były kolce ale pęknięta obręcz!!! Jazda z takim uszkodzeniem mogła wiązać się z poważnym wypadkiem, dlatego też wszyscy odradzaliśmy Rafałowi kontynuaGORACO!cję i namawialiśmy do powrotu do Karimy w celu zdobycia nowego koła. Rafał uparł się, że spróbuje jechać na pękniętej obręczy a ponieważ robiło się niemiłosiernie gorąco, oraz ponieważ wątpliwe były jego szanse powodzenia, ruszyliśmy w dalszą drogę z nadzieją, że nas dogoni, na wszelki wypadek jednak, żegnając się na dłuższy czas. To było bardzo dziwne uczucie...zostawiać Rafała tam na pustyni. Wszyscy wiedzieliśmy jednak, że jeśli mu się nie powiedzie prowizoryczna naprawa, będzie musiał łapać stopa dJednak sa tu ludzieo Karimy bądź do samego Chartumu. Ani w piątkę, ani nawet we trójkę, raczej na stopa z rowerami byśmy się nie załapali.
Rafał dogonił nas wieczorem, kiedy to już ledwo wlekliśmy się za Niemcami, którzy dostali na koniec dnia jakiegoś „spida”. To był bardzo gorący dzień!
Na nocleg pojechaliśmy trochę dalej od Niemców, aby przed wiatrem skryć się za wydmą. Było to wspaniałe miejsce, tuż obok dawnej drogi. Mieliśmy okazję uzmysłowić sobie, jak by nasza trasa wyglądała dwa lata temu, zanim Chińczycy położyli asfalt. Szacun dla wszystkich rowerzystów, którzy w tamtych czasach przebyli Sudan! Naprawdę wielkie chapeau bas!

 

14.01.2011, pustynia II-gi dzień
Nie wstaliśmy na umówioną z Niemcami godzinę, pojechali więc bez nas. Rafał też zwinął się szybciej, spotkaliśmy siPol dzikie wielbladyę więc dopiero na śniadaniu.
Fajny, leniwy dzień. Mijaliśmy dużo zwierząt i ludzi. Widzieliśmy nawet przejście dla pieszych przy szkole – widok dość groteskowy na środku pustyni:-) Wiatr wiał nam wreszcie w plecy, aż miło się jechało! Niemców ostatecznie nie dogoniliśmy bo Krzycho złapał 2 gumy oraz lunch przeciągnął nam się do 3 godzin. Zatrzymaliśmy się pod opuszczoną chatką pasterzy. To była bardzo przyjemna pauza oraz bardzo przyjemny dzień, pełen pięknych, malowniczych widoków i świetnych wrażeń.

 

15.01.2011, pustynia III-ci dzień, BURZA PISAKOWA
Dziś pustynia pokazała nam swoje potężne oblicze. Dzień zaczął się niepozornie – przyjemny wietrzyk w plecy pchał nChusta na twarz, sluchawki na uszyas w stronę Atbary nawet do 30 km/h. Ok. 10-tej pojawiło się dziwne zjawisko – choć wiatr nadal wiał mocno od tyłu, w poprzek drogi zaczęły przelatywać delikatne mgiełki z pisaku. Zauroczeni robiliśmy zdjęcia, nieświadomi tego, co nas niebawem czeka. Po ok. godzinie rozpętała się prawdziwa BURZA PISAKOWA! Było to niezwykłe doznanie, za które jestem wdzięczna Pani Pustyni:-) Czuliśmy, że wreszcie coś się zaczyna dziać, że wreszcie możemy doświadczyć jakichś trudów tej podróży.
Okulary, chusta na twarz, muza na uszy i w Burza piaskowadrogę - na spotkanie nowej przygody!:-) Taka opatulona, z muzyką płynącą z słuchawek, mimo rozszalałego żywiołu wkoło, miałam niesamowite poczucie bezpieczeństwa. Tak jakby ta zawierucha mnie nie dotyczyła. Tak, jakbym zamknęła drzwi auta i obserwowała to wszystko przez szybę. Właściwie, poza ograniczoną widocznością, zmaganiami z oporem wiatru oraz silnym smaganiem piachu, burza sama w sobie nie była groźna. Jedynym realnym niebezpieczeństwem, na które byliśmy narażeni było to, że przy tak silnym bocznym wietrze, gdy mijały nas ciężarówki byliśmy „zasysani” na drogę. Trzeba było ostro nawalczyć się z kierownicą, żeby nie być wciągniętym pod pojazd oraz nie lądować na środku drogi za każdym razem gdy mijały nas TiRy.
Walka z zywiolemNa lunch zatrzymaliśmy się w meczecie, zaledwie 20 km przed Atbarą. Do miasta jednak nie dotarliśmy ponieważ sjesta przeciągnęła nam się do 3 godzin. Położyliśmy się na miękkich dywanach. Wokół pustynia wyła i szalała. Leżałam tak chwilę słuchając jak piach wali w okna i blaszany dach, myślałam o tym jak to fajnie być w środku,  a potem zapadłam w głęboki sen. Gdy się przebudziłam, okazało się, że zawierucha  już ucichła. Popedałowaliśmy chwilkę i rozbiliśmy się za skałami tuż przy drodze. Piach miałam chyba w każdym zakamarku ciała:-) a rower z jednej strony wypolerowany był piachem na błysk! Na drugą stronę nawet nie chciałam patrzeć, bo wiedziałam ile mnie będzie jutro kosztowało wyczyszczenie tego piachu z całego napędu. To był niezwykły dzień! Bardzo mi się ta burza podobała.:-)

18.01.2011, Chłopcy z Shendi
Dziś, w poszukiwaniu internetu, wody i jedzenia (w takiej kolejności:-), zajechaliśmy do Shendi. Zakładaliśmy, że wszystko załatwimy w 2-3 h i na wieczór wyjedziemy. Jak zawsze wszystko potoczyło się jednak własnym, nShendiieprzewidzianym torem.
Miasteczko na pierwszy rzut oka nie zrobiło zbyt dobrego wrażenia. Kurz, pył, głośno i jakoś tak ogólnie szaro. Zaraz na wjeździe doczepili się do nas jacyś gostkowie na motorze. Krzyczeli „stop, stop, stop!Passport!” W Sudanie jesteśmy sprawdzani codziennie na każdym kroku a ponieważ goście byli po cywilu, ignorowaliśmy ich zupełnie. W pewnym momencie usłyszałam zgrzyt, pisk i zaraz potem zobaczyłam Rafała jak z kijem rusza na natrętów. Okazało się, że jechali mu tak bardzo na ogonie, że gdy przyhamował przed hopką, wjechali mu w tył. A że Rafał jest przewrażliwiony na punkcie swojej wiezionej z tyłu gitary – reakcja była, jaka była. Goście po chwili nieporozumienia, obiecali pokazać nam gdzie jest internet. Chwilę później byliśmy na...komisariacie!:-) Trochę nam miny zrzedły gdy okazało się, że naprawdę są z policji:-) Całe zamieszanie było o to, że kazdy przyjezdny do Shendi, musi się zarejestrować. Formalności zajęły jedynie chwilę i na szczęście cała sytuacja zakończyła się przyjaźnie.
Wieczorem, gdy mieliśmy już wyjeżdżać z miasta, przysiadł się do nas młodziChlopcy z Shendieniec z Afganistanu. Okazało się, że jest studentem medycyny na uniwersytecie w Shendi (Uniwersytecie??? myśleliśmy,  że Shendi to tylko piach, kurz i warsztaty samochodowe). Po krótkiej rozmowie, zostaliśmy zaproszeni do niego na noc. Okazało się, że mieszkał z paroma jeszcze kolegami w czymś w rodzaju akademika. Gdy podana została już zwyczajowa herbatka, chłopcy oznajmili mi, że teraz mogą zaprowadzić mnie do domu żeńskiego. Co? Jakiego domu żeńskiego? - zaoponowałam. No wiesz, wg tradycji muzułmańskiej, nie wypada, żebyśmy spali wszyscy pod jednym dachem – padło wyjaśnienie. Byliśmy zdumieni bo nawet w Syrii, choć spałam w osobnym pomieszczeniu z kobietami, nikt nie kazał opuszczać mi budynku. Postanowienie sudańskich kolegów wprowadziło Afgańczyka w istny szał! (proszę o wybaczenie, nie pamiętam ich imion). Zaczął wykrzykiwać, że Sudańczycy to ekstremiści, że to jest nie do pomyślenia, i że w Afganistanie nie byłoby takiego problemu (szcShendi - Nilzególnie, że teoretycznie jesteśmy z Krzychem małżeństwem). Potem dyskusja zawędrowała w niebezpieczne rejony, ponieważ Afgańczyk zaczął komentować Koran i sprowadzenie kobiety w tradycji islamu do poziomu przedmiotu bez praw człowieka. Nie chcieliśmy być zarzewiem takich kłótni ani sprawiać kłopotu, więc powiedzieliśmy, że nie ma sprawy, i że rozbijemy się w namiocie na zewnątrz. Chłopcy z Sudanu byli tak tą sytuacją zażenowani, że zadzwonili po swojego duchowego przywódcę. Przywódca okazał się być ich rówieśnikiem, uczęszczającym od małego do szkółki koranicznej, wykładającym nauki koranu na uczelni oraz prowadzącym codzienne wspólne modlitwy (wszystko z własnej inicjatywy). „Świętoszek”, jak go nazwaliśmy z racji śnieżnobiałego stroju i przedobrego wyrazu twarzy, okazał się być niezwykłym młodzieńcem, o niezwykłej na temat Koranu wiedzy. I tak wielka chryja, przekształciła się w niezwykle ciekawą dyskusję. Zadawaliśmy „świętoszkowi” wiele pytań i dostaliśmy niezwykle ciekawe i mądre odpowiedzi.
Ostatecznie, na koniec, świętoszek zadecydował, że skoro nie chcę iść do dUniwersytet w Shendiomu żeńskiego, wszyscy chłopcy (poza Rafałem i Krzychem) muszą opuścić ten dom. Gdy chłopcy wychodzili, przyszła policja zobaczyć co się tu dzieje. Któryś z nich zadzwonił specjalnie, żeby policjanci na własne oczy zobaczyli, że nikt z nich nie jest grzeszny i nie zostanie z obcą kobietą pod jednym dachem. Zdziwiło nas to, że chłopcy przenosząc się do innego domu, nie zabrali ze sobą niczego, nawet koca,  a niektórzy poszli boso, w skarpetkach. Rano dowiedzieliśmy się od Afgańczyka, że wszyscy obeszli budynek i weszli z powrotem bramą od drugiej strony. Myśleliśmy, że zostaliśmy w domu sami a okazało się, że ostatecznie każdy z chłopców, po całej tej szopce, spał smacznie w swoim łóżku:-)
Rano, zostaliśmy oprowadzeni przez Afgańczyka po naprawdę robiącej wrażenie uczelni. Krzycho dostał w prezencie koszulkę z napisem Afganistan, pożegnaliśmy się ciepło i ruszyliśmy w dalszą drogę.

 

Komentarze

Jabel Berkal

Ja bardzo przepraszam, ale ten fragment o Egipcjanach z XVIII Dynastii budujacych piramidy pod Jabel Berkal to do poprawki.