SUDAN - Chartum. Podróż sentymentalna.

Dodane dnia 2011.01.24 -- Zaktualizowano dnia 2013.06.13

Wpis dotyczy kraju: SUDAN

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: SUDAN

CHARTUM – PODRÓŻ SENTYMENTALNA

21.01.2011, Omdurman
WRESZCIE!!! Wreszcie dotarłam do mitycznego Chartumu!!! RADOŚĆ, przepełnia mnie niesamowita radość!!! CHARTUMPodróż do Sudanu, ma dla mnie bardzo duże znaczenie sentymentalne. Tata mojej Mamy, dziadek, którego nie dane mi było poznać, wykładał na uczelni w Chartumie. Moja mama spędzała więc tu częściowo swoją wczesną młodość. Całe dzieciństwo słuchałam barwnych opowieść z Sudanu, zazdroszcząc mamie niezwykle, że dane jej było doświadczyć tej odległej, pustynnej krainy. Nigdy nie przypuszczałam, że kiedykolwiek tu dotrę i zobaczę wszystko o czym opowiadał mama, na własne oczy! A tym bardziej, że po wielu perypetiach, pokonując po drodze wiele przeciwności losu, dotrę tu o własnych siłach, do tego na rowerze!
Dziś pierwszy dzień w tym niezwykłym dla mnie miejscu. Chodzę ulicami, którymi kiedyś chodził mój dziadek, którymi kiedyś chodziła moja10 000km na liczniku! mama. Jestem niezwykle podekscytowana! Odszukuję w pamięci powieści mamy i staram się przyłożyć starą kalkę na współczesny, modernistyczny Chartum. Słyszałam o żebrakach, o rozpadających się budach, o stadach bydła na piaskowych ulicach. Słyszałam też o życiu postkolonialnym, o rautach ambasadorskich, o panach palących wieczorem cygara w saloniku, o ogrodnikach, o kierowcach i o służbie w białych rękawiczkach. Wygląda na to, że duch postkolonialny dawno się ulotnił a Chartum wita przyjezdnych szklanymi, futurystycznymi budynkami! Jutro chcę się wybrać na spacer, odszukać pałacyk, w którym mieszkał dziadek i pozostałe miejsca znane z opowieść. Nie mogę się doczekać!
A dziś, dziś też był dzień pełen wrażeń. Z rana, tuż przed przedmieściami Chartumu, stuknęło mi na liczniku 10 000 km! Już 10 000 kmSufi dance w trasie:-) Zaraz po dotarciu do centrum, udzieliliśmy wywiadu do telewizji oraz zostaliśmy zabrani na wycieczkę po Nilu luksusową motorówką.

Pod wieczór udaliśmy się na cmentarz w Omdurmanie, na którym dobywały się religijne, sufickie tańce. Niezwykła, żywiołowa ceremonia, podczas której setki mężczyzn w białych oraz kolorowych strojach tańczy i śpiewa w rytm bębnów, w transie i religijnym uniesieniu. Następnie udaliśmy się do Omera, który będzie nas gościł w Omdurmanie przez parę kolejnych dni. Tam spotkaliśmy się z zaproszoną na herbatę Polką mieNasze mieszkanieszkającą obecnie w Chartumie. Już salon gościnny zrobił na nas niezwykłe wrażenie ale gdy Omer zaprowadził nas na górę, szczęki zupełnie poopadały nam do samej ziemi. Okazało się, że mamy do swojej dyspozycji  200 metrowe, luksusowe mieszkanie. Całe piętro dla nas! Jak by atrakcji tego dnia było mało, w nocy pojechałam jeszcze z siostrą Omera na tradycyjny brides dance – czyli taniec panny młodej, odbywający się dzień przed ślubem. Była to niezwykła ceremonia, na której obecne były same kobiety a roznegliżowana panna młoda, tańczyła w sposób oraz w stroju bardzo przypominającym strój hinduskich tancerek brzucha. Niesamowity dzień!

23.01.2011, Chartum. Misja detektywistyczna
Dziś wyruszyliśmy na poszukiwanie miejsc, które opisała mi w mailu mama. Byłam niezwykle podekscytowana naszą detektywistyczną przygodą. Ku mojej radości, udało nam się odnaleźć wszystkie miejsca z (jak to nazwaliśmy) listy UNESCO:-) Wpierw trafiliśmy do dzielnicy New Extension i odnaleźliśmy Pink Palace. Mama tak to opisywała:

„Chartum oglądałam na Google, widziałam, że się rozbudował i zmodernizował. Wtedy były tylko nowoczesne dzielnice willi. Pierwszego roku mieszkałam w takiej dzielnicy - New Extension, zwanej przez Polaków i Czechów New Excrement z racji tego, że słychaPINK PALACEć było ryki krów i zalatywało nawozem. Pink Palace, to stuletni pałacyk, w którym przed wojną, na wygnaniu, jako młodzieniec mieszkał Ras Tafari Makkonen czyli Hajle Selassje I. Rzadko ponoć wychodził spod samochodu, w którym lubił grzebać. Dziadek Janek mieszkał w Pinku początkowo, a potem mieszkaliśmy rzut beretem, alejką prosto z wyjścia do naszego bliźniaka. (…)W jadalni, tam, gdzie są kafle z wyraźnymi kwiatami, stał stół na kilkanaście osób. Kelnerzy w galabijach i białych rękawiczkach, nalewali z dzbanka wodę z limonką. Palce płukało się w miseczce z wodą. Pod drzwiami pokojów były szpary, Kiedyś Anglik-rezydent pałacu zaprosił dziadkPink w środkua Janka, żeby pokazać mu kolekcję skorpionów, ale słój mu upadł, stłukł się i skorpiony rozpełzły pod drzwiami po całym Pinku...To był problem lokalny: skorpiony! Kiedyś zastaliśmy 2 w wannie. ”
Nie mogłam uwierzyć w nasze szczęście, gdy okazało się, że Pink Palace jest opuszczony i stoi otworem! Mogłam przechadzać się po jego salach, wyobrażając sobie, jak niegdyś przechadzała się tam moja mama. Oczami wyobraźni widziałam zadbany ogród, piękne meble, dywany, obrazy, stół z pełną zastawą i służbę w białych rękawiczkach. Skorpionów, ani śladów po Hajle Selasje niestety nie było:-)
Odnaleźliśmy też opisywane bliźniaki. Okazało się, że w nich właśnie, nasi znajomi - Simone z Danielem, zostali ugoszczeni przez pewną nauczycielkę z Francji. Ponownie uśmiechnęło się do mnie szczęście! Mogłam wejść do środka i zobaczyć w jakim mieszkaniu mieszkała moja mama.

„Po drugiej stronie Nilu znajdowała się wielka mleczarnia, ale to miejsce chyba jest zabudowane teraz i nie wiem czy m
Widok z Szariiiedzy Szaria-el-Nil, przy której stał nasz dom, a Nilem też czegoś nie wybudowano? Na Szarii wieczorami słychać było piski i chichoty, to młodzieńcy arabscy przechadzali się trzymając czule za rękę. W głębi, nad samym brzegiem lubili się abluować czarni. Stali po kolana w wodzie, a pytony sięgały im do tafli wody.”
Mleczarni już nie ma. Przed bliźniakami biegnie piękny, nowiutki asfalt, pomiędzy Szarią a Nilem wybudowane są nowoczesne, luksusowe domy, a nad samą rzeką są łąki, ogrody i kwiaty. Nie ma krów ani wołów. Nikt się już w Nilu nie kąpie. Choć Sudańscy mężczyźni nadal przechadzają się, trzymając się czule za rękę, z Sharii znikli już chichoczący młodzieńcy. Młodzi Sudańczycy przesiaduję na kocach nad brzegiem rzeki z notatkami i książkami.

„Dojeżdżając do Pink Palace’u przejeżdżało się obok skonstruowanego przez dziadka, kraciastego mostu, który znajomi nMost Tyszowieckiegoazywali „Tadżierłiski bridż”, czyli most Tyszowieckiego. Taki arabski żarcik. Tadżier – to handlarz, trader, no a łiski to whiskacz.”
Most jak stał, tak stoi. Nie sądzę jednak, aby ktokolwiek wiedział już, że jego konstruktorem był Mr. Tyszowiecki vel handlarz whisky:-)

 

 

 

„Dziadek wykładał na University of Khartoum, na wydziale Civil Engineering Department. Był poddanym dziekana Turabiego, którego dziadek był śKhartoum Universitywiętym i jego grób jest miejscem pielgrzymek w wiosce o nazwie Turabi - o ile dobrze pamiętam.”
Udało nam się odnaleźć uniwersytet. Przepiękna architektura i piękne wnętrze. Zostałam zaprowadzona na wydział inżynierii. Miałam nadzieję, że uda mi się przeprowadzić akcję detektywistyczną – spotkać kogoś, kto dziadka może pamięta, znaleźć jakieś zapiski o dziadku w archiwach, może jakieś zdjęcia lub chociaż przejść się korytarzem, którym On się przechadzał. Choć na nazwisko pana Turabiego, pracownik sekretariatu ukłonił się uprzejmie, po chwili okazało się niestety, że z powodu bariery językowej, dowiedzenie się czegoś więcej jest niemożliwe. Szkoda. Trudno.

„Piwko z Dziadkiem piłam na tarasie legendarnego Grand Hotelu.”Grand Hotel
Byliśmy. Rzeczywiście piękny i legendarny. Miły pracownik dowiedziawszy się z jaką misją przybywamy, oprowadził nas po obiekcie, opowiadając jego kolonialną przeszłość. Piwkiem na tarasie niestety jednak nie mogliśmy się uraczyć, ponieważ w Sudanie panuje obecnie całkowita prohibicja i nawet turystom w Grandzie, serwują jedynie bezalkoholowe trunki.

„Na wielkiej wyspie, u zbiegu Nilów jest wioska. To może być ciekawe. Byłam tam żaglówką w moje 15 urodziny. Tam też o moją rękę ubiegał się w 68 niejaki Gamar el Dawla el Musharaff – gdybyście spotkali takiego – cechy szczególne: dłubanie między palcami od stóp – powiedzcie, że żałuję :-).”
Widok z wyspyNa koniec pełnego wrażeń dnia, przejechaliśmy przez kładkę na, jak to nazwaliśmy, „wyspę mamy.” Było tam niezwykle przyjemnie. Wioska zmieniła się w małe miasteczko. Nad brzegiem Nilu, na małych, plastikowych stołeczkach, siedziało kilkadziesiąt młodych osób i popijało dżenzabil, czyli herbatkę z imbiru. W tle, po drugiej stronie rzeki, widać było mieniący się w promieniach zachodzącego słońca, nowoczesny, szklany budynek. Po naszej lewej stronie zaś, pasły się na łąkach krowy. Tak się tu asymiluje pięknie stare z nowym, nowe ze starym. Gamara el Dawla el Musharaffa niestety nie spotkaliśmy:-) W drodze powrotnej, widzieliśmy z kładki miejsce, w którym Nil Błękitny, zlewa się z Białym, tworząc coś nTrąba słoniaa kształt słoniowej trąby. Temu właśnie Chartum zawdzięcza swoją nazwę. Khartoum po arabsku znaczy bowiem trąba słonia.
Wróciliśmy do Omdurmanu późnym wieczorem, szczęśliwi z pomyślnego wykonania misji. Bardzo mi się podoba w tej słoniowej trąbie:-) 

 
Chartum
Grand Hotel
Nowoczesne oblicze Chartumu
Nowoczesne oblicze Chartumu
Nasza brygada przed Pinkiem
Pink Palace od zaplecza

Komentarze

Cieszę się...

  ...że chodziłaś śladami Dziadka i Mamy, to bardzo wzruszające, pozdrowienia dla Całej Rodzinki, tanna