Równikowa Kenia

Dodane dnia 2011.08.01

Wpis dotyczy kraju: KENIA

Zobacz wszystkie wpisy Krisa z kraju: KENIA

Równikowa Kenia
Słońce zaszło już za trzema Afrykańskimi krajami. Zanurzyło się pomiędzy egipskimi kanałami, utonęło  w piaskowym morzu sudańskiej pustyni, schowało się za szczytami Etiopskich gór. Na horyzoncie ukazała się Kenia, która miała odsłonić stereotypową twarz Afryki, czyli taką jaką przedstawia się w mediach; dzikie zwierzęta, żar z nieba, dżungle nie do przebycia, czarni ludzie z przepaskami z liści bananowca. Wraz ze wschodem słońca odsłoniła się kenijska kurtyna.
 

 

Dzień wcześniej
Obiad zjedliśmy w jednej z knajpek w Omorate (Etiopia). To było ostatnie miasto po tej stronie rzeki Omo. Po raz ostatni rozkoszowaliśmy się indżerą, dyskutując o ludziach zamieszkujących opuszczaną przez nas krainę. O ich sposobie życia, odziewania się (w zasadzie skromnego zakrywania ciała kawałkami skóry), o wciąż modnym w tych stronach  przystrajaniu włosów błotną papką, o dzikiej i surowej przyrodzie.
Wydaje mi się, że jest to jedno ostatnich miejsc na Ziemi, w którym momentami czułem się jak za czasów prehistorycznych. Mieszkańcy z tamtych stron ,7 000 lat temu, wytworzyli kulturę, która w niemal  niezmienionej formie przetrwała do dziś. Jednakże jutro przyniesie olbrzymie zmiany, wielki skok ewolucyjny.  Małe plemię  Hammerów, które od wieków  polowało, zbierało drewno, wędrowało za wodą, zmierzy się z odkryciami cywilizacyjnymi XXI w. przywiezionymi do Afryki przez Chińczyków i białych ludzi i prawdopodobnie im ulegnie. Pojutrze, Hammerowie będą pytać  wyrocznię google o wszystko, marząc o Europie i bajkowym świecie za górami...
Już jutro opuścimy te strony. Na drugi brzeg rzeki planujemy przeprawić się dłubanką lub małą łodzią.motorową  Na dzień dzisiejszy to jedyna dostępna forma przeprawienia się na drugi brzeg. Chociaż nieopodal budowany jest most i utwardzana droga. Portal międzyczasowy czeka na otwarcie.
 

Granica
Do granicy pozostało nam jedynie 40 km. Po tej stronie rzeki nie było drogi. Jedynie ślady kilku samochodów, które rozjeżdżały się między kolczastymi roślinami. Było bardzo gorąco.
Przystanęliśmy na chwilkę pod dużym akacjowym drzewem, by odpocząć w cieniu. Gdzieś zza pleców, spomiędzy krzaków wynurzyła się półnaga starsza kobieta, z wiązką chrustu na głowie. Przysiadła się do nas. Podzieliliśmy się orzeźwiającymi lenonkami, chwilkę pogawędziliśmy, każdy w swoim języku. Resztę dopowiedzieliśmy na migi, zamaszystymi ruchami poruszając ciężkie i zastałe powietrze.
Ruszyliśmy dalej, pchając nasze rowery mozolnie przez, zdawałoby się bezludne tereny. Dokoła jednak, pojawiali się jacyś ludzie. To kobiety z chrustem na głowie, bądź z baniakami z wodą – również na głowie. To dzieci biegnące do nas z prośbą byśmy zrobili im ‘’foto’’. Co jakiś czas mijaliśmy słomiane domy otoczone płotem z krzaków kolczastej akacji, skutecznie chroniące domostwo przed zwierzętami z zewnątrz, stanowiąc jednocześnie zagrodę dla kóz.
 My, kierując się wciąż na południe, podążaliśmy po śladach motoru, dżipa, bądź też po śladach bosych stóp. Często pchaliśmy rowery po piachu.  Pojawiły się ślady ogumienia w  kształcie ludzkich stóp, czyli odbite na piasku odciski podeszw butów robionych z opon samochodowych. Jedne i drugie miały duży przebieg.
Było bardzo gorąco i zapasy wody powoli nam się wyczerpywały. Z utęsknieniem wypatrywałem budynków celnych z nadzieją, że przynajmniej odnajdę tam trochę cienia. Przekraczając „bramę” wtoczyłem się na podwórze. Oficjalnie byliśmy już w Kenii. Miejsce wydało mi się opuszczone. Trochę śmieci, pouchylane drzwi do  licznych pomieszczeń, a na środku  wrak pokolonialnej cysterny.
 

Opowieści o Kenii
W lewym skrzydle granicznego dworku, przy małym drewnianym stoliku, siedziało trzech policjantów. Zapytaliśmy ich czy możemy uzupełnić nasze zapasy wody. Odpowiedzieli zgodnie -  „Hakuna matata, kharibuni”, co w  swahili znaczy – „nie ma problemu, witamy!”. „Obserwowaliśmy was przez lornetkę  już od dwóch godzin. Przygotowaliśmy dla was obiad. Zapraszamy.”
To było wspaniałe powitanie! Skryci w cieniu jedliśmy ugali, maharagwe i ziemniaki z kapustą, słuchając opowieści o Kenii.
Uzyskaliśmy wiele ciekawych i użytecznych informacji o tym kraju: Wysłuchaliśmy historii Kenii za czasów brytyjskiej kolonizacji. Wieści ze świata polityki, czyli o korupcji, skandalach, walkach między plemionami itd. Dowiedzieliśmy się co nieco o plemionach, w szczególności o Turkana,  którzy wraz z Masajami są jedynym charakterystycznym plemieniem pod względem wyglądu i zwyczajów. Reszta jest już nie do rozpoznania. Pozostałe ludy ubierają się w typowy europejski sposób. Policjanci opowiadali nam również o kenijskiej kuchni, o klimacie, o porach deszczowych, o niezwykle groźnej anomalii pogodowej, zwanej El Niño - powodującej m. in. huragany, silne opady deszczu, obsunięcia ziemi itp, który posiał zniszczenie w całym kraju. Opowiadali o zwierzętach, które można spotkać niemal jedynie w granicach Parków Narodowych. Prawdopodobnie nie zobaczymy na swojej drodze Lwa. Szkoda, bo oglądając National Geographic wyglądało to naprawdę zachęcająco (wyglądało na to, że lew jest z każdym krzakiem:- ).

Turkana
Turkana zrobiło na mnie ogromne wrażenie i zarazem stało się jednym z moich ulubionych miejsc, dlatego chciałbym opisać je dokładniej... Tam słońce bombardowało nasze głowy niemal pod kątem prostym. Cień rzucały jedynie cierniste krzewy akacji. Zbawieniem dla tej krainy mogłoby być olbrzymie jezioro Turkana, gdyby nie to, że jest słone. Tak więc susza, bo od dwóch lat nie spadł deszcz. Pasterze wypasają swoje wychudzone bydło dziesiątki kilometrów od swoich domostw, tam gdzie jeszcze można odnaleźć wodę i pastwiska. Wokół małych słomiano - glinianych osad, kozy wyskubały już najlepszą zieleninę. Niewzruszone upałem dzieci biegały na boso po rozsypanych wszędzie kolcach z akacjowych drzew. Ziemia wokół była mono nagrzana od słońca.  Mi stąpanie po rozgrzanym piachu sprawiało ból. 10 centymetrowe igły dziurawiły moje zużyte opony dwa razy dziennie. Zdarzało mi się również niefortunnie nadepnąć stopą na większe bądź mniejsze kolczaste wytwory natury, które dostawały się do moich sandałów. Starałem się zawsze ukryć grymas na mojej twarzy  i stłumić wydobywające się z gardła „ał”. Zazwyczaj się udawało. A gorący piach był przyjemny jedynie późnym popołudniem, gdy słońce już zachodziło. Pchając rower po puszystym jak mąka, białym i cieplutkim piachu, czułem niewyobrażalnie przyjemne ukojenie dla stóp.
Z wielkim podziwem obserwowałem mistrzów przetrwania. Byli wychudzeni i na swoich wyżyłowanych patykowatych nogach, z zawieszonym karabinem na barkach podążali za swoim bydłem. Ich noże owinięte jak bransolety wokół nadgarstków, robiły wrażenie. Ich wysuszona, wypalona słońcem skóra była tak twarda, że komarom było ciężko przebić się by wyssać choćby kroplę krwi. Ich żołądki trawiły wszystko. Woda jaką pili była koloru kawy z mlekiem.
Sklepiki w wioskach zaopatrzone były głównie w kilka produktów; mąkę kukurydzianą, glukozę, cukier, sól, kawę w saszetkach, herbatę, cebulę, pomidory i waciaty angielski chleb. Głównym składnikiem diety były ryby. W naszym przypadku kaszka kukurydziana z cukrem lub pomidorami i cebulą.
Zbliżaliśmy się do Kalakol. Wiedzieliśmy, że to większe miasteczko w którym moglibyśmy zakupić inne warzywa niż cebula.i wreszie jakies owoce. Marzyliśmy o zimnym soku i jakimś konkretnym obiedzie. Wiedzieliśmy również, że między Kalakol a  Lodwar istnieje długo przez nas oczekiwana asfaltowa droga. Trzy kilometry przed miastem okazało się, że drogę przecina rwąca rzeka spływająca z pobliskich gór. Godzinę temu jeszcze było tu sucho. Tubylcy byli zachwyceni , gdyż woda w tych stronach to skarb i długo na nią wyczekiwali. Ucieszeni ludzie zbierali się nad brzegiem z baniakami. My natomiast byliśmy totalnie zaskoczeni, trochę podłamani, gdyż plotki znad rzeki głosiły, że taki stan rzeczy może utrzymać się nawet do tygodnia. Nasz wzrok wędrował na drugi brzeg gdzie widać już było pierwsze budynki. Jednak zmuszeni byliśmy do nocowania i czekania po tej stronie. Rankiem poziom wody na szczęście opadł i podjęliśmy udaną próbę przekroczenia wody.

Lodwar. Turkana
Lodwar to miasto położone gdzieś pośrodku niczego. Stolica ludu Turkana. Tutaj docierały ciężarówki ze spożywczym zaopatrzeniem z południa kraju. Również krzyżował się tam szlak prowadzący do granicy z Sudanem. W mieście był prąd, sklepiki, jadłodajnie, internet. Na ulicy kwitł biznes krawiecki, stolarski oraz szewski. Dużą popularnością cieszyły się warsztaty samochodowe. Pierwszą rzeczą jaką pamiętam było to, że wypiłem duszkiem kilka szklanek soku z papai i zjadłem pięć obiadów.
To miasto, mimo, że bez dróg, zatopione w piasku i kurzu, było odzwierciedleniem cywilizacji. Dokoła stepy. Poza samochodami dostawczymi i busami, rzadko kto tu docierał. Dlatego byliśmy niemałą atrakcją pośród tamtejszej społeczności. Aby tu dotrzeć, pokonaliśmy niemal 1000 km po etiopskich i kenijskich bezdrożach. Cały ten odcinek jechaliśmy po dziurach i wybojach często pchając rowery po piachu.
Pomimo tak ciężkiej przeprawy jestem bardzo szczęśliwy, że mogliśmy gościć w tych stronach. Ostatniego dnia pożegnali nas Buszmeni z łukami, których spotkaliśmy na naszym szlaku. Pochwalili się swoją bronią i pokazali nam, że polują na małą zwierzynę w postaci dzikich świnek czy jeżozwierz-ów.  Jadąc dalej, krajobraz psuły pojawiające się wielkie budynki lub kompleksy misyjne. Tak bardzo tu niepasujące. Zaburzające harmonię pomiędzy człowiekiem a naturą. Było to zderzenie dwóch światów i idei. Wyobrażam sobie, że to zjawisko doprowadzi do tego, że z mistrzów przetrwania zrodzą się żebracy zagubieni w świecie iluzji. Z Lodwar do Marich zostało niespełna 200 km stepów, dziurawych piaszczysto-kamiennych dróg.

Marich
Tu zaczyna się kraina Pokotów. Rolników zamieszkujących góry. Krajobraz zmienił się diametralnie. Zrobiło się bardzo zielono. Pojawiło się mnóstwo zwierząt. Bynajmniej nie lwów, bawołów czy antylop..... Pewnego wieczoru przeżyliśmy atak obcych i znajomych istot. Tamtego dnia bezmyślnie zasiedzieliśmy się w pewnej mieścinie i wyruszyliśmy na nocleg po zmroku. Podczas rozbijania domu zostaliśmy zaatakowani przez wszystkie małe leśne stwory zamieszkujące tę okolicę, od kręgowców, bezkręgowców, stawonogów, pajęczaków, owadów, aż po szybkie skorpiony. W nocy towarzyszył nam ptasi koncert przemieszany z małpim nawoływaniem. Wytrzymałem do rana – nie koncert ale chęć oddania moczu.

Kakamega
Kakamega. Pisane łącznie i w tej kolejności. Szczątki lasu deszczowego jaki jeszcze nie został wycięty. Na szczęście udało nam się go nie przeoczyć i zatrzymać na chwilę pod jednym z drzew.

 

Równik. Kisumu i jezioro Wiktorii
Udało się nam w końcu przekroczyć równik a co za tym idzie znaleźć się na południowej półkuli. Od tego momentu będziemy jechać głową w dół. Spędziliśmy parę dni w Kisumu nad jeziorem Wiktorii, które wyglądało jak wielka zielona łąka. Było tak dlatego, że  hektary nabrzeżnych wód porastały rośliny uprawne, które zadomowiły się na stałe na wodach największego jeziora Afryki i wraz z wiatrem i prądami wędrują między Ugandą, Ruandą i Kenią zmieniając na stałe ekosystem oraz uniemożliwiając połów ryb miejscowym rybakom. Już od dawna nie jest możliwe przeprawianie się drogą wodną do Ugandy.

Rejon malaryczny i permetyna. Permetyna jest środkiem stosowany mprzeciw komarom. Nasącza się nim moskitierę i działa to zabójczo na przenosicieli malarii. Jednak tubylcy wykorzystywali go w nieco inny sposób. Bystrzy rybacy wlewali roztwór do jeziora dzięki czemu bez wysiłku wyławiali zdechłe ryby z powierzchni wody. A jeszcze bystrzejsze żont rybaków, stosowały ten środek do aborcji.....Dlatego nie mogliśmy nigdzie zakupić tego anty komarowego śpreparatu. W Kenii jest już nielegalny. Prawdopodobnie większość rybaków zaczęło nowy biznes, otwierając myjnie samochodowe na brzegach jeziora...

Herbata
Przejeżdżaliśmy przez gigantyczne plantacje herbaty, które znajdowały się w okolicach Nakuru. Mieliśmy przyjemność nocować pośród liściastych krzewów tej znanej na całym świecie rośliny.

Nairobi I
Miasto biznesu. Wieżowce, samochody, duża populacja białej nacji. W tym wszystkim dopiero co zaszczepiony kościół. Ogrodzone wysokim murem i elektrycznym płotem pokolonialne posiadłości ze strażą, służbą i ogrodnikiem. Piękne ogrody i typowo europejskie dzielnice ze sklepami w których wiele produktów pochodzi z Anglii. Na obrzeżach slumsy i zupełnie inne życie. To aglomeracyjna wyspa różniąca się diametralnie od wcześniej przez nas zwiedzonych miast. W Nairobi spędziliśmy kilka dni korzystając z gościny księży. Mieszkaliśmy w bardzo ładnej willi na  strzeżonym osiedlu. Jedliśmy trzy pyszne posiłki dziennie. Odpoczęliśmy, męcząc się w luksusach:)
 

Mount Kenia
To serce Kenii i zarazem najwyższy jej szczyt. Pierwszy pięciotysięcznik w moim życiu jaki ujrzałem na własne oczy. Jadąc zboczami tej góry, przeżyliśmy wiele fantastycznych chwil; cudowne widoki, pełne ekscytacji opowieści czarnych ludzi o śnieżnym szczycie. Stanęliśmy nos w trąbę z wielkimi słoniami. Spędziliśmy święta w pięknym przybytku misyjnym franciszkanów w bananowej krainie, w Ruiri. W drodze powrotnej, u podnóży masywu doszło do tragedii.

Wypadek i powrót do Nairobi
Wracaliśmy z Ruiri. Po drodze widzieliśmy kilka słoni, które zażywały kąpieli błotnej w pobliskim bajorku. Wschodnim podnóżem  masywu Mount Kenii, kierowaliśmy się spowrotem do Nairobi. Droga wiodła przez pagórkowaty teren, wznosząc się i opadając, kręcąc zygzakowate zakręty. Kierowcy mini busików jak zawsze gnali bez wyobraźni, rozwijając ogromne prędkości, jak na załadowane po brzegi pasażerami i nadmiernie eksploatowane auta. Na ciasnych zakrętach mijali nas o włos. Było ciepłe majowe przedpołudnie. Wraz z Adelką powoli rozglądaliśmy się za jakimś przyjemnym i cichym miejscem na obiad. Rafał jechał przed nami a nam do obiadu nie udało się go dogonić. Za kolejnym wzniesieniem zatrzymał nas pewien cudzoziemiec, który zaparkował swój samochód przy drodze. Od tamtej chwili wszystko potoczyło sie inaczej niż byśmy chcieli. Dowiedzieliśmy się o wypadku. O tym, że Rafał został potrącony przez ciężarówkę. Usłyszeliśmy, że z jego roweru nic nie zostało a On sam został przewieziony do szpitala i jest w stanie ciężkim. Później wszystkim działaniom towarzyszyła adrenalina. Wymiany numerów telefonów. Adelka pojechała jakimś samochodem do szpitala, który na Szczęście był oddalony jedynie o trzy kilometry. Ja zapakowałem jej rower do samochodu Chrisa, który to wcześniej nas zatrzymał i o wszystkim powiedział. Na swoim rowerze podążyłem za samochodem. W szpitalu potwierdziła się informacja o ciężkim stanie Rafała. Widziałem jego pęknięty kask ociekający krwią. Rafał leżał w osobnej sali, pojękując okropnie. Wyglądał przerażająco. Poza salą wielki zamęt; policjanci chodzący z papierem i długopisem i co chwila o coś wypytywali, jakiś gościu pytający co ma zrobić z Rafała rowerem bo ma go w swoim samochodzie...więc wraz z policjantami poszliśmy spisać wstępny raport oglądając kawałki roweru. Nie mogliśmy go zatrzymać, bo wrak stał się dowodem rzeczowym w sprawie. Funkcjonariusze zadawali jakieś absurdalne pytania typu, jak zamierzam dowieść rower na posterunek? Czy mógłbym wypełnić jakieś zobowiązanie...okazało się, że policjanci nie posiadali radiowozu. Finalnie rower na posterunek zawiózł człowiek, który zabrał go z miejsca zdarzenia. W tym czasie Adelka wydzwaniała wszędzie. Do Ambasady, misjonarzy u których spędziliśmy święta oraz zorganizowała helikopter, który miał zabrać Rafała do Nairobi. Od tamtej pory wszystko toczyło się bardzo powoli. W sali przyjęć, przy łóżku czekaliśmy na helikopter. Byłem bardzo zniecierpliwiony i drażniło mnie, że to wszystko dzieje się tak powoli. Przybyli w końcu ratownicy, którzy leniwym, giętkim krokiem weszli na salę. Zaczęli wypełniać papiery, szukać tlenu, pasów, dopasowywać kołnierz do Rafała szyi. Karetka, która miała zawieść Rafała do helikoptera nie była jeszcze gotowa...W końcu udało się. Na boisku szkolnym, przy helikopterze było mnóstwo gapiów. Wszyscy byli tak bardzo ciekawi co się stało, że napierali na karetkę. Tłumu nie dało się uspokoić do samego końca. Adelka poleciała z Rafałem, dbając o to by miał jak najlepszą opiekę. Zrobiła wszystko co najlepsze.
Wraz z Chrisem i jego żoną Elizabeth pognaliśmy autem do szpitala w Nairobi. Samochód wypchany był po brzegi naszymi rzeczami. Spieszyliśmy się bardzo. Pomimo zawrotnej prędkości i ciasnych zakrętów czułem jak schodzi ze mnie adrenalina. Myślałem co się dzieje w helikopterze, gdy nagle usłyszeliśmy hałas z tyłu samochodu. Okazało się, że na kolejnym drogowym spowalniaczu (których na kenijskich drogach jest pełno), zerwał się hak na którym zamontowane były nasze rowery. Za taśmowaliśmy je na dachu. Do miasta dojechaliśmy o zmroku. Po drodze prawie potrąciliśmy rowerzystę, który wyskoczył gdzieś z ciemności, przejechali osła zaparkowanego na poboczu remontowanej drogi, co jakiś czas omijaliśmy ludzi, którzy przebiegali przez trzypasmową, nieoświetlona drogę. Na koniec zabrakło centymetrów by nasz samochód wpadł do trzymetrowego nieoznakowanego rowu, uratowała nas jedynie szybka reakcja Chrisa.
Do katedry, w której (jak wcześniej uzgodniliśmy), mieliśmy nocować oraz zostawić nasze rzeczy, nie wpuścił nas strażnik. udawał, że gdzieś dzwoni i że czeka na swojego kolegę, który nas zaprowadzi do domów księży co okazało się nieprawdą. Ze zwykłego lenistwa albo obawy przed swoimi przełożonymi, nie poszedł ich poinformować, a w budce, z której dzwonił nie było telefonu. Księża, do których dzwoniłem nie odbierali komórek. Chris i Elżbieta widząc tą farsę zaproponowali nam nocleg u nich w domu. Pojechaliśmy do szpitala po Adelkę. Rafał był już przygotowany do nocnej operacji i został pod okiem lekarzy.
W stolicy Kenii spędziliśmy pięć tygodni. Jeździliśmy codziennie do szpitala by odwiedzać Rafała i obserwować jak stary wyga szybko się regeneruje. W wolnym czasie szwendaliśmy się po parkach lub po prostu odpoczywaliśmy w domu. 19 maja wrócił do Polski na rehabilitację i walkę z polską służbą zdrowia. Dwa lub trzy tygodnie zamieszkiwaliśmy u Leszka, który podzielił się z nami swym domem. Bardzo mu za to dziękujemy.

Masajska równina
Z Nairobi ruszyliśmy w stronę Tanzanii i Kilimandżaro. Sawanny ciągnące się aż do granicy, to tereny wojowniczych  Masajów.  Wraz z ludem Turkana charakteryzują się odmiennym strojem oraz zwyczajami w stosunku do reszty kraju. Przepasają się oni chustami. U Masajów są one zazwyczaj kraciaste, kolorów czerwono granatowych. Owi wojownicy zasłynęli z niebywałej odwagi, polując na lwy. Byli również pasterzami posiadającymi wielkie stada bydła. Do dziś żyją w glinianych chatach. W swojej komunie, mężczyźni dzielą się między sobą wspólnymi żonami. Za wybrankę płaci się w sztukach bydła.
Dziś po wielkich, walecznych, honorowych wojownikach krążą jedynie legendy. Czasy się zmieniają a wraz z nimi sposób życia. Na masajskiej drodze pojawiło się rozwidlenie. Drogowskazy wskazują na tradycję lub na nowoczesność. Część z nich pozostało przy sprawdzonym modelu przetrwania. Posiadają oni duże stada bydła i żywią się krowim mlekiem  i krowią krwią. Większość jednak wybiera drugą ścieżkę. Zmusza ich do tego rzeczywistość. Lwy są pozamykane w Parkach Narodowych. Biznesmeni wykupują ziemie ograniczając krok po kroku trawiaste masajskie stepy, na których dziś się już nie poluje. Dlatego współcześni Masajowie przekwalifikowują się na inne profesje. Sprzedają bransolety i kolorowe korale, są przewodnikami turystycznymi i sami w sobie są atrakcją turystyczną. Również posiadają świetną reputację jako strażnicy. Bardzo często widywaliśmy ich w Nairobi stojących i pilnujących bogatych kościelnych posiadłości,  hoteli bądź kolonialnych willi. Jak ich poznać? Bardzo prosto, gdyż wkroczyli oni w XXI wiek zabierając ze sobą swoje elementy kultury. Przechadzają się między szklanymi wieżowcami w centrum Nairobi przyodziani w swoje kraciaste kangi w adidasach, okularach przeciw słonecznych i komórką przy boku. W mniejszych miasteczkach  krótki miecz przypięty do pasa jest normalnością.
Podziwiałem cała krainę masajską ze względu na jej piękno. Szczególnie, że jechaliśmy tamtędy tuż po porze deszczowej i uczucie było bardzo wiosenne.

Dla mojego Dziadka.
Dziadku, gdy przed moim wyjazdem rozmawialiśmy o Afryce, mieliśmy podobne wyobrażenia dotyczące klimatu, dróg, ludzi, zwierząt i niebezpieczeństw. Dziś chciałbym Cię uspokoić ponieważ, jak do tej pory, nic z naszych fatalistycznych wizji się nie sprawdziło! Gorąco był jedynie w Sudanie ale również nie tak jak sobie to wyobrażałem bo jechaliśmy w najzimniejszym miesiącu – w styczniu. Nawiasem mówiąc to był najcieplejszy styczeń w moim życiu. Mimo tego, że klimat się ociepla to temperatury w krajach , które odwiedziliśmy wahały się między dwadzieścia a trzydzieści stopni a w górach było bardzo przyjemnie. Odnotowano za to bardzo mało opadów. W niektórych krainach nie padało prawie dwa lata. Lasy równikowe w Kenii są niemal całkowicie wycięte!
Drogi, poza południowo zachodnią częścią Etiopii i północno zachodnią częścią Kenii są o wiele lepsze niż w Polsce. Chińczycy zrobili kawał dobrej asfaltowej roboty.
Ludzie są bardzo gościnni i mili. Zarówno społeczności plemienne jak i świeżo wyedukowani mieszkańcy wielkich miast, którzy przechadzają się chodnikami ubrani w garnitury. Różnią się jednak od nas mentalnością. Zupełnie inaczej postrzegają czas  W Europie nazywa się to lenistwem. Tutaj prace łączy się z przyjemnością wylegiwania i ucinania sobie niekończących się pogawędek. W centrach większych miast są wieżowce jakich nie można spotkać w pięknym Wrocławiu.
Afrykańskie zwierzęta jakie widzieliśmy wcześniej w telewizji, :niebezpieczne hipopotamy, nosorożce, bawoły czy drapieżne lwy i krokodyle, pozamykane są w Parkach Narodowych. Osobiście widziałem jedynie zebry, słonie, strusie i żyrafy, gdy przejeżdżaliśmy z Adelką przez dziksze kenijskie tereny.
Najbardziej niebezpieczny w Afryce jest ruch samochodowy. Kierowcy jeżdżą tutaj bez wyobraźni! Poza tym brudna woda, w niej ameby i wszelakie wirusy, pierwotniaki, małe insekty i owady oraz spadające z drzewa kokosy. Ze wszystkim sobie dobrze radzimy, dlatego nie ma się o co martwić.
Dziadku, jestem pewien , że spokojniej spoglądasz na to z góry i że odkryłeś już nie tylko tajemnice Afryki ale całej ludzkości dlatego teraz ja czekam na wiadomości od Ciebie. Tymczasem kontynuję  swoją podróż dokoła świata....

 
Plantacje herbaty
Turkana
Przed i po pracy
Mount Kenia
Kolczasty nocleg
Masajowie

Komentarze

pełen podziw

Krzychu to co właśnie przeczytałem wzbudziło we mnie podziw, radość, smutek i wzruszenie... odebrało mi mowę.
Pozdrawiam serdecznie i trzymam mocno kciuki za dalszą podróż - FLO!

Do Ozy

Ciesze sie, ze wzbudzilo to w Tobie tyle emocji. Jednoczesnie martwi mnie fakt zwiazany z utrat mowy. Mam nadzieje ze sie jakos z tego wykaraskasz:) podr

Hi there! Do you use Twitter?

Hi there! Do you use Twitter? I'd like to follow you if that would be okay.
I'm absolutely enjoying your blog and look forward
to new updates.

Hi i am kavin, its my first

Hi i am kavin, its my first occasion to commenting anywhere, when i read this piece of writing i thought i could also
create comment due to this good paragraph.