KOSTARYKA. Pożegnanie z Panamą

Dodane dnia 2014.08.15 -- Zaktualizowano dnia 2014.08.16

Wpis dotyczy kraju: KOSTARYKA

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: KOSTARYKA

1.08.2014 Puerto Viejo

Siedzę sobie przy stole, na campingu Rocking J's. Tuż przede mną rozpościera się plaża. Fale rozbijają się z impetem o brzeg rafy koralowej. Słońce zanurza się w Morzu Karaibskim. Pomarańczowa poświata jego ostatnich promieni, tworzy bardzo ciepłą i przyjazną aurę. Od 5 dni jesteśmy w KOSTARYCE.
Ostatnia noc w Panamie wypadła nam jak zwykle u strażaków. Rano zebraliśmy się wcześnie i ruszyliśmy w stronę granicy, od której dzieliło nas 20 kilometrów. Droga wiodła przez ogromne, ciągnące się po horyzont, plantacje bananowe firmy Chiquita, oraz tereny rdzennych Indian.
Nad naszymi głowami samolot zataczał wielkie koła. Plantacje są tak wielkie, że monitoruje się je z powietrza. Z powietrza dokonuje się też ciągłych oprysków. Ustawione co chwilę tablice, informują, aby nie wchodzić na tereny plantacji z powodu ryzyka skażenia środkami agrochemicznymi.

 Miejscowi zdają się nie przejmować tym specjalnie. Drewniane domy Indian sklecone z desek, blachy i folii ciągnęły się wzdłuż pobocza, wtopione w obrzeża plantacji. Większość przyciągnęła tu możliwość zarobku, lub też wyparci ze swych terytoriów Indianie, po prostu nie mieli gdzie się podziać. Przykry widok prawdziwych właścicieli tych ziem, zdegradowanych do roli wyrobników, pracujących w niegodnych warunkach, żyjących na skażonych terenach.

Mimo rzucających się w oczy trudów życia, przed każdym domem bawiły się roześmiane dzieci, które wybiegały na nasz widok, żeby nas powitać oraz zapozować do zdjęć.

Niestety prawdopodobnie za parę lat, te wesołe dzieciaki, też będą pracować od zmierzchu, do świtu przy zbiorach bananów. Warto o tym pamiętać wkładając do supermarketowego koszyka kiść pięknie wyglądających, żółtych owoców z dalekich krajów.

W miarę zbliżania się do granicy, znikły bananowce i pojawił się pachnący poranną mgłą las deszczowy. Drogę oplótł gęsty korytarz zieleni.

W pewnym momencie poczuliśmy zapach dymu. Podążając za tym zapachem, dostrzegliśmy tradycyjną osadę indiańską. Chaty zbudowane z liści palmowych stały na palach. Po podwórzu chodziły psy, kury no i oczywiście wesołe dzieci.

Po chwili dotarliśmy do przejścia granicznego. Nie mogłam uwierzyć, że wreszcie opuszczamy Panamę! W tym malutkim, jednym z najmniejszych państw, przez jakie jechaliśmy, spędziliśmy aż PIĘĆ miesięcy!!! Na tak długi pobyt złożyło się kilka rzeczy. Po pierwsze wizyta mojej rodziny, która odbyła się w dwóch etapach. Wpierw na pięć tygodni przyjechała moja mama. Potem czekaliśmy dwa tygodnie na tatę i brata, którzy zostali z nami trzy tygodnie. To razem daje w sumie 2,5 miesiąca. Po wyjeździe rodziny dłuższą chwilę zbieraliśmy się do dalszej drogi. Nie ujechaliśmy nawet pełnego tygodnia, gdy stłukłam sobie nieszczęśliwie kolano, co unieruchomiło mnie na 2 miesiące. I tak oto stuknęło nam 5 miesięcy w Panamie, którą można by było przejechać w 3 tygodnie!

Odprawa po stronie panamskiej przebiegła szybko i bezproblemowo. Ruszyliśmy więc ochoczo w stronę granicznego, dopiero co zbudowanego mostu, z piękną, nową nawierzchnią. Nagle drogę zastąpił nam jakiś cywil – samozwaniec, który ogłosił, że musimy uiścić opłatę 3 dolarów za użytkowanie przejścia granicznego. Irytują mnie i pewnie zawsze będą irytować graniczni naciągacze. Wiedząc, że opuszczając Panamę drogą lądową, nie trzeba uiszczać żadnych opłat, poprosiłam samozwańca aby nas przepuścił. Ten jednak zastawił wjazd na most słupkami i kazał udać się do urzędu, w którym miały wisieć jakieś regulaminy. Niezadowoleni podtoczyliśmy rowery do baraku, w którym pani wytłumaczyła, że nie jest to opłata państwowa a wymysł wioski, przez którą przebiega granica. Miejscowi wymyślili sobie, że będą kasować wszystkich obcokrajowców za wstęp do ich wsi. Pani tłumaczyła dalej, że pieniądze z wpłat ponoć idą też na utrzymanie przejścia granicznego, tu wskazała na nowo wybudowany most. Spytałam, jak to możliwe, że mając już pieczątkę wyjazdową wbitą przez służby graniczne, cywil zabrania mi opuszczenia kraju. Pani wzruszyła tylko ramionami. Jest to zwykłe naciąganie turystów, z czym zazwyczaj walczymy. Nie znosimy takich sytuacji i przeważnie kłócimy się i dyskutujemy do skutku. Tym razem jednak wyjątkowo nie chciało mi się wszczynać dyskusji. Było szaro, kropił deszcz i zanosiło się na ulewę. Chcieliśmy jak najszybciej znaleźć się już po kostarykańskiej stronie. Nieradzi wsparliśmy nieuczciwe praktyki - zapłaciliśmy i skierowaliśmy się ponownie w stronę nowego mostu, którego utrzymanie dopiero co wsparliśmy finansowo. Okazało się jednak, że nie dla nas ten przywilej, a jedynie dla samochodów i autokarów. Nam przypadło piesze przejście graniczne, którym okazał się być stary, dziurawy most kolejowy, zbudowany niegdyś do transportu bananów. Pokonanie kilkudziesięciu metrów, dzielących nas od drugiego brzegu zajęło dużo dłużej, niż się spodziewałam. Początkowo dość równo ułożone deski, w miarę zbliżania się do połowy mostu, zaczęły być coraz bardziej wybrakowane. W niektórych momentach dziury były tak wielkie, że musiałam przenosić nad nimi rower, omijając wystające gwoździe, starając się przy tym nie poślizgnąć na omszałym drewnie i nie wpaść do rzeki wraz z całym dobytkiem.
Gdy postawiliśmy już stopy i koła po drugiej stronie mostu, znaleźliśmy się na kostarykańskiej ziemi:-)

Po w miarę szybkiej odprawie, ruszyliśmy przed siebie. Chcieliśmy jeszcze tego samego dnia dotrzeć nad wybrzeże karaibskie. Zdecydowaliśmy się na obranie szutrowego skrótu przez niewielkie góry. Wybór okazał się być strzałem w dziesiątkę. Przepiękne trasa wiodła przez zielony las deszczowy, którego piękne, aromatyczne kwiaty, gęsto splecione liany i ogromne drzewa wprowadziły nas w stan niesamowitego zachwytu. Kris twierdzi nawet, że była to jedna z najpiękniejszych tras w naszej podróży. Na drodze byliśmy zupełnie sami. Słońce chyliło się powoli ku zachodowi, z oddali było słychać coraz wyraźniej szum morza.

Obawialiśmy się o moje kolano. To był dopiero trzeci dzień jazdy od końca dwu miesięcznej rekonwalescencji. Poprzednie dwa dni pokonywaliśmy po ok. 20 km. Teraz mieliśmy przebyte już prawie 50, a droga szutrowa, choć przepiękna, stawiała przede mną spore wyzwania. Niektóre podjazdy były na tyle strome, że na takiej nawierzchni, nawet Kris musiał zsiadać i pchać swój rower. Po pewnym czasie nie byłam w stanie już dalej jechać sama. Ponownie więc wprowadziliśmy w życie strategię z poprzednich dni, polegającą na tym, że wszystkie podjazdy Kris musiał pokonywać podwójnie. Wpierw na swoim, a potem na moim rowerze.

W pewnym momencie szuter skończył się i zupełnie znienacka, z tej cichej, pachnącej wilgocią drogi, wpadliśmy w wir mnóstwa rowerzystów w strojach kąpielowych, zmierzających w rożne kierunki, sprzedawców kokosów popychających swoje wózki i surferów z deskami pod pachą. Na naszych twarzach pojawiły się szeroki uśmiechy – KARAIBY:-)
Wzdłuż plaży dotarliśmy do miejscowości Puerto Viejo de Talamanca. Ponieważ moje kolano dawało już mocno znać o sobie, postanowiliśmy poszukać jakiegoś miejsca w którym moglibyśmy zostać na dwa dni. Padło na camping Rocking J's – zwariowane, kolorowe miejsce, pełne młodzieży z całego świata. Rozbiliśmy namiot i poszliśmy posiedzieć trochę na plaży. Ponownie mieliśmy szczęście – podobnie jak na panamskim wybrzeżu Karaibów, tutaj wraz z naszym przybyciem, nastał pierwszy słoneczny dzień. Gdy byliśmy w Bocas del Toro w Panamie, akurat przestało padać po 3 tygodniach. Tutaj, w Puerto Viejo, lało bez ani jednego dnia przerwy, równo przez 1,5 miesiąca! Najwyraźniej przywozimy słonce:-) A może też słońce prowadzi nas:-)
Przyznam, że gdy dotarło do mnie, że jechalibyśmy przez całe panamskie i kostarykańskie Karaiby w nie ustających ani na chwilę strugach deszczu, od razu mniej mi się zrobiło żal tego, że doznałam kontuzji, która unieruchomiła mnie na dwa miesiące! Jak to mam w zwyczaju czasem mawiać – wszystko czemuś służy!

Ponieważ słońce zostało z nami w Puerto Viejo, my zostaliśmy wraz z nim na campingu przez kilka dni. O tym, co tu porabialiśmy napiszę kolejnym razem. Teraz, na koniec, chciałam bardzo podziękować wszystkim osobom, które pomogły nam w Panamie, w zorganizowaniu wizyty mojej rodziny oraz w trudnych chwilach podczas i po wypadku.

WIELKIE DZIĘKI DLA:

Betanii, Zaidy i Michała - za otwarte serca, niesamowitą gościnę i pomoc w zorganizowaniu wizyty mojej mamy, za przechowanie naszych rowerów i rzeczy. Za przyjęcie nas do rodziny, jakbyśmy byli jej członkami. Za poznanie nas z resztą Polonii w Panama City. Dla Miguela Angela – za udostępnienie nam swojego pokoju i łóżka na tak długi czas. Dla Betsy za pyszne obiady.

Lindy – za udostępnienie nam swojego domu podczas pobytu mojej mamy.

Agnieszki i Tomka - za niesamowitą gościnę i pomoc podczas pobytu mamy, taty i brata. Za stworzenie kawałka domu tak daleko od domu. Za długie wieczory pełne śmiechu i poranne mecze squashowe. Dla Kuby i Kaia za za udostępnienie nam swojego pokoju i łóżka na tak długi czas.

Wiesi wraz z rodziną – za udostępnienie nam wspaniałego domu podczas pobytu rodziny.

Grażynki i Maćka – za niesamowite wsparcie, otwarcie swych serc i domu. Za dach nad głową podczas 2 miesięcy rekonwalescencji. Za długie wieczory muzyczno – filmowe, strefę polskiego kibica, pyszne obiady i wiele inspirujących dyskusji. Również za kontakt z Polonią w Panama City.

Wielkie podziękowania chciałam zaadresować również do mojej mamy, taty i brata za to, że nas odwiedzili. Naprawdę doceniam to, że rozumiecie, że chwilowo ta podróż stanowi sens mojego życia i nie naciskacie, żebym wracała. Wiem, że nie było to dla Was łatwe aby do nas przylecieć, dlatego tym bardziej Wam dziękuję, że znaleźliście czasohajsy aby się z nami spotkać. Wspaniale było Was zobaczyć, dotknąć, usłyszeć, spojrzeć w oczy po tylu latach!

Chciałam też szczególnie podziękować Krisowi za niesamowity czas, który spędziliśmy razem z moja rodziną, oraz za opiekę, którą mnie otoczył podczas rekonwalescencji. Za pyszne posiłki, codzienne koktajle ze świeżych owoców i poranne kawy. Za towarzyszenie mi we wszystkich momentach zwątpień i załamki. Za nieziemską cierpliwość podczas 2 miesięcznego przestoju w podróży. Za nieziemską cierpliwość do obecnej jazdy ślimaczym tempem. Za całą pomoc i wsparcie w drodze. Za wszystkie podwójne podjazdy, które musi robić na moim rowerze. No i za towarzyszenie mi w tej zwariowanej podróży już od ponad 4 lat!

Na koniec chciałam też podziękować wszystkim bliskim, znajomym i nieznajomym, którzy wspierali mnie po wypadku. Za porady medyczne, słowa otuchy i pozytywne, pokrzepiające komentarze w sieci.

!!!!!WSZYSTKIM WAM JESZCZE RAZ WIELKIE DZIĘKI!!!!!

 

Komentarze

Jak Nowak

Kris pozując z rowerem wyglądasz jak wielki Kazimierz Nowak :D Swoją drogą, o co chodzi z tymi workami na sakwach? Pomagają w czymś? bo raczej woodoodporności nie podnoszą :P

Kazimierz Wielki Nowak

Podobieństwa dopatruję się jedynie poprzez kask:) A worki...masz rację, nie zwiększaja wodooporności ale za to zmniejszają aerodynamikę :)