PARAGWAJ

Dodane dnia 2014.05.27 -- Zaktualizowano dnia 2014.07.14

Wpis dotyczy kraju: PARAGWAJ

Zobacz wszystkie wpisy Krisa z kraju: PARAGWAJ

PARAGWAJ Październik 2012

Ludzie przestrzegali nas przed wjazdem do Paragwaju.
Mówili byśmy uważali na złodziei, choroby, bo jak zachorujemy
to tylko weterynarz będzie nam mógł pomóc. Mówili o braku dróg,
zniszczonym po reżimie kraju i braku atrakcji turystycznych.
Jak zwykle było zupełnie inaczej.

Z Clorindy płynęliśmy małą barką przez rzekę Paragwaj,
która jest naturalną granicą między Argentyną i Paragwajem.
Po drugiej stronie widać było malutkie łodzie przycumowane
do piaszczystego brzegu i drewniane chaty rybackie stojące na palach.

 ASUNCION, TERERE I WYŚCIG

 Mały port, do którego przypłynęliśmy mieścił się na obrzeżach stolicy.
Był słoneczny i duszny dzień. W centrum panował zgiełk. Zatłoczone uliczki
z hałaśliwymi samochodami zagęszczały atmosferę.
W miarę gdy zbliżała się pora obiadowa robiło się coraz spokojniej.
Po chwili na głównym placu zapanowała już sjesta.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W cieniu drzew socjalizowali się sprzedawcy, pucybuci, taksówkarze.
Wszyscy jednomyślnie oddawali się relaksowi w błogiej atmosferze, która
panowała pod dachem splecionym z liści gęsto posadzonych drzew.
Idealna chwila na zajadanie się pysznymi sałatkami owocowymi z lodem.

 Zaparkowaliśmy rowery w cieniu i zgodnie z tamtejszym zwyczajem
przysiedliśmy na murku. Żółto-zielone światło tworzyło
niezwykłą, przyjazną aurę. Dzierżyliśmy w rękach
swoje kubki z orzeźwiającą sałatką owocową. Rozglądając się dookoła
zwróciłem uwagę na fakt, że wszyscy sączyli ziołowe napoje zwane terere.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po bardzo krótkim czasie dało się zauważyć, że Paragwajczycy bardzo są
przywiązani do picia terere. By przyrządzić taki napój, najpierw należało
udać się z termosem na róg skweru, gdzie można było dostać zioła od staruszki.
Wiązki mięty, cedronu, rumianku, boldo, skrzypu, krwawnika
oraz jednego z najważniejszych składników, sekretnego dodatku do prawdziwego terere –
uña de gato (koci pazur), zwyczajowo zwany vilcacora a po Polsku czepota puszysta.

 

 

 

 

Znachorka gniecie ziołowe kompozycje w moździerzu i owe mieszanki sprzedaje
jako suplement każdego dobrego terere. Ludzie przychodzą
z dolegliwościami żołądkowymi, wątrobowymi, nerek czy sercowymi.
By ulżyć cierpieniom zielarka sporządza specjalne kombinacje roślinne.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W kolejce ustawiają się wszyscy. Bankierzy w nienagannych garniturach,
żołnierze w uniformach, pucybuci w sandałach, zakochane pary, taksówkarze,
kolarze, politycy oraz poza kolejką przez szybę wystawiają rękę kierowcy
kolorowych autobusów przejeżdżających przy skwerze.

Zapach miażdżonych ziół uniósł się w powietrzu. Rozkosz na
twarzach popijających terere malowała się po pierwszych łykach.
Każdy posiada swój osobisty termos, wypełniony
lodem, w którym nasiąkał zalany wodą leczniczy ziołowy bukiet.

Do każdego termosu dołączony jest kubek, zwany guampa.
Oryginalnie wykonany jest z krowiej racicy, bądź rogu bawolego.
Bardzo powszechne są również guampy wykonane z tykwy, ceramiki
lub drewna Palo Santo.

Jak wywołać rozkosz na twarzy w upalny dzień?
Guampę zasypuje się w dwóch trzecich yerba mate – ostrokrzewem paragwajskim.
W naczynku umieszcza się bombille, czyli specjalną rurkę do picia
i powoli zalewa się to wszystko wcześniej przygotowanom miesznką
z lodem, wodą, ulubionymi ziołami i kilkoma kroplmi limonki.

Paragwajczycy z reguły nie rozstają się ze swoim dwulitrowym termosem,
który zazwyczaj jest specjalnie zdobiony . Wiele termosów ma wyryte  imiona,
loga drużyn piłkarskich, są obite skórami, barwione na różne
kolory, stały się atrybutem każdego Paragwajczyka.

W domu zazwyczaj każdy ma kilka termosów na różne okazje.
Na spotkanie z przyjaciółmi - skórzany, do pracy - stylowy,
na co dzień - z logo piłkarskim a najlepiej w barwach
krajowych czyli czerwono, biało, niebieski.

W barach lub na dużych placach zawsze znajdzie się miejsce, w którym
można napić się terere z wynajmowanych termosów i kubków.
Takie miejsca stworzone są dla każdego, kto wychodzi na krótki spacer,
albo zwyczajnie spotkać się z kumplami na placu, albo dla tych którzy
zapomnieli lub zgubili swój termos.

Po stolicy jeździły pięknie wymalowane autobusy.
Z zewnątrz bajkowo kolorowe. Wewnątrz  wyposażone w
drewniane ławki obite zamszem. Pojazdy zazwyczaj były tak przepełnione, że nie zawsze można było
dostąpić zaszczytu przycupnięcia na komfortowej ławeczce. Drewniane podłogi
nadawały bardzo domowego wystroju. Podróż uprzyjemniali wsiadający grajkowie
i sprzedawcy ze słodyczami, chipsami i owocami.

Barwne autobusy mknęły ulicami śródmieścia pomiędzy kamienicami
pamiętającymi czasy wojny, rewolucji i rządy tyranów. Pomimo
odpadającego tynku ze ścian wielu budynków, patrzyłem na nie z zachwytem.

Dzięki gościnności wspaniałych, młodych ludzi - miłośników
rowerów - mogliśmy zamieszkać w samym centrum miasta.
Zaprosili nas do udziału w niecodziennym dla nas wydarzeniu -
przełajowym przejeździe rowerowym. Start miał miejsce daleko poza miastem w małej miejscowości, w której znajdowało się muzeum pociągów. Lokomotywy pamiętały jeszcze czasy,
w których Paragwaj był najbardziej rozwiniętym krajem Ameryki Południowej.

Duchota buchająca z łąk rozciągających się między malutkimi wioskami
oraz busz zagęszczający trasę rajdu, ewidentnie uświadomił mnie, iż pora sucha
wymagała od naszych organizmów picia terere podczas każdego
postoju, przy każdym punkcie kontrolnym. Robili tak wszyscy uczestnicy co
powodowało, że przejażdżka miała bardzo towarzyski charakter.

W tak przyjemnej atmosferze dojechaliśmy
do mety, za którą czekał na uczestników wielki festyn. Pokaz tańców,
śpiewy, pyszne jedzenie jak np. tradycyjne empanady, czyli wielkie
pierogi z żółtym serem i sercem palmy lub sopa paraguaya, czyli gotowana
mąka kukurydziana z cebulą i serem w formie cegłówki.

Oczywiście wszystko w towarzystwie terere z miętą i limonką.

Kilka dni później tylko potwierdziło się, że w Paragwaju
świat cyklistów jest olbrzymi. Właściciel sklepu rowerowego,
najlepiej zaopatrzonego jaki widzieliśmy od opuszczenia południowoafrykańskiego
Kapsztadu, zaproponował nam darmowy serwis
z wymianą części. Dostaliśmy do tego nowe kaski i koszulki, w których
mogliśmy zaprezentować się na pierwszej w moim życiu masie krytycznej.
Nigdy jeszcze nie widziałem tylu rowerzystów mknących ulicami miasta.

INDIANIE W CHACO

W Asuncion poznaliśmy prawnika, który prowadził sprawę w sądzie,
w obronie praw Indian w prowincji Chaco. Jest to najgorętszy obszar kontynentu,
położony na północny zachód od stolicy, ciągnący się w stronę granicy z Boliwią.
Pojechaliśmy spotkać się ze wspólnotą. Prawnik miał im przekazać nowinę,
że po latach sprawa rozstrzygnęła się na ich korzyść.

Wszystko zaczęło się dawno temu, gdy ziemie zaczęli nabywać zagraniczni magnaci.
Zawłaszczali lub wykupywali wielkie połacie gruntu wraz z mieszkającymi tam od zawsze Indianami,
ich domami lub całymi wioskami. Gdy na papierze zapis oświadczał,
że ziemia prawnie należy już tylko do jednego właściciela, usuwał on ze swojej
gigantycznej posesji wszystkich w jego mniemaniu intruzów.

Nie mając gdzie się podziać, Indianie zaczęli osiedlać się na terenach publicznych
czyli przy drodze, na pięciometrowym pasie ciągnącym się wzdłuż szosy, pomiędzy
asfaltem a płotem magnata. Minęło 30 lat. W nowych domach przyszły na świat
dzieci, wnuki. Nowe pokolenie znało już tylko z opowieści jak wyglądało miejsce
ich dziadków, jak żyli i jak sobie radzili w tym trudnym środowisku.

Po latach rozpatrywania tej sprawy, sąd przyznał Indianom prawa do kawałka ziemi,
który właściciel z wielką niechęcią odsprzedał państwu, które przekazało go pierwotnym
właścicielom. Teren znajdował się daleko od szosy, z lichym dostępem do wody.

Byliśmy świadkami wielkiej i poważnej narady dotyczącej przyszłości tamtej
społeczności. Umiejętności przetrwania zostały zapomniane z biegiem czasu.
Nowe pokolenia urodzone przy szosie znają już zupełnie inną rzeczywistość.

Straganiki z owocami przy drodze dają im możliwość zarobienia kilku groszy.
Asfalt prowadzi do miasta, w którym młodzi wypatrują przyszłości.
Wszystkich czeka bardzo trudna decyzja.

 

 

WIOSKOWA SIELANKA

Wyjechaliśmy z Asuncion. Zmieniło się wszystko. Wąski asfalt przez zielone łąki,
które na horyzoncie łączyły się z błękitnym niebem udekorowanym
białymi chmurami. Domy w wioskach były bardzo kolorowe a grody porośnięte
tysiącami kwiatów. W każdym gospodarstwie rósł olbrzymi mangowiec,
który swą gęsta koroną stwarzał najlepsze warunki do picia terere.

W cieniu drzew przesiadywały całe rodziny. W każdym obejściu
Guampa krążyła z ręki do ręki. Sielska atmosfera oznajmiała, że nadchodzi czas odpoczynku.
Już po dziesiątej upał stawał się nie do zniesienia. Wioski zamierały na czas
popołudniowego odpoczynku. Wiedzieliśmy, że chcąc coś kupić do jedzenia, musimy się
pospieszyć, gdyż miejscowi już są w stanie śnienia a za chwilę całą wioskę ogarnie sen.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Już o 15 można było napić się kolejnego terere. Orzeźwiający napój rozbudził
wszystkie domostwa. Na główny plac nadciągały pierwsze wózki z churros, podłużnym
pączkiem nadzianym słodką waniliową masą ze kondensowanego mleka.
W dużych garach gotowano kukurydzę, którą mielono z jajkiem dodając ser. Całą pulpę zawijano w liść
kukurydzy. Ten przysmak nazywa się Choclo.

W pewnej wiosce znajdował się posterunek policji. Zapukaliśmy do drzwi.
Na zewnątrz wyszedł mężczyzna, który tak jak większość, miał podwiniętą
koszulkę aż po piersi, tym samym demonstrując swój spory brzuch. Zapytaliśmy, czy możemy
rozbić swój namiot na terenie komisariatu, bo to zawsze bezpieczniej.

Policjant uśmiechnął się ciepło. Był bardzo szczęśliwy, że do wioski przybyli nowi,
bo jak mówił - nic się tu nie dzieje. Zaprowadził nas na tyły budynku. Na zapleczu
znajdowała się kuchnia. Duży stół na środku, telewizor, kuchenka, leżanka i hamak.
Bardzo domowo jak na komisariat. Pierwszą rzeczą jaką pokazał nam w kuchni,
była duża zamrażarka wypełniona lodem, oczywiście do terere.
Powiedział - czujcie się jak u siebie.

Zapytał jeszcze czy na pewno chcemy rozbić namiot na podwórzu, bo
jeśli mamy ochotę, to w pustych celach są łóżka a obok jest łazienka.
Zgodziliśmy się. To było bardzo egzotyczne miejsce do spania. Grube ściany
dawały chłód no i drzwi były bardzo przewiewne.

Tuż przed zmrokiem wrócili z zakupów, z odległego miasta, pozostali trzej dyżurujący
policjanci. Bardzo ucieszyli się na nasz widok i śmiali się twierdząc, że mamy
najbezpieczniejsze miejsce w okolicy.

Zresztą tu od lat i tak nie dokonano żadnego przestępstwa.
Jedyną misją do wypełnienia każdego wieczoru było patrolowanie okolic stacji
benzynowej, która zamykała się na noc. Do tej akcji policjanci przebrali się
w uniformy ze śmiesznymi pagonami z frędzlami. Do tego włożyli czapki, w których wyglądali
jak żołnierze z serialu Zorro.

Wyruszyli na sygnale. Wrócili po chwili oznajmiając powodzenie i wykonanie zadania.
Nadszedł czas na wieczorne terere i narzekanie, że za dyktatury było lepiej, spokojniej,
bezpieczniej no i że rząd opiekował się społeczeństwem.

ZIELEŃ I CZERWONA DROGA

Park Narodowy La Rosada. Widoki rozległych łąk skończyły się wraz
z chwilą wjazdu do parku. Pierwszy raz w życiu poczułem, że jestem
w dżungli. Szosa zwęziła się. Asfalt zamienił w czerwoną ziemię. Pobocze było
tak gęsto porośnięte, że aż wylewało się na drogę. Każdy zakręt był niespodzianką.

Jechaliśmy bardzo powoli, zafascynowani tym miejscem. Było samo południe,
upalne jak co dzień. Minęliśmy dom strażników. Nikogo nie było. Wiedzieliśmy,
że kilometr dalej znajduje się wyznaczona strefa kempingowa. Duży plac pomiędzy
drzewami położony nad rzeką, przy samym wodospadzie. Zapowiadał się
bardzo ekscytujący nocleg, w fajnym miejscu.

Zostawiliśmy rowery pod budynkiem, z jedną ścianą i z filarami
w narożnikach, oraz dziurawym dachem. Dało się zauważyć, że bardzo rzadko ktoś tu
przyjeżdża. Tamtego dnia nie było ani jednej osoby. Od potencjalnego miejsca noclegowego
było 21 kroków w linii krzywej do samego wodospadu, nad którym chwilę później stanęliśmy.

Tabliczka ustawiona na górnym punkcie widokowym informowała o ścieżce prowadzącej
nad kolejne dwie kaskady. Wybraliśmy tę w prawo wiodącą wzdłuż rzeki. Wąska dróżka
prowadziła pomiędzy kępami bambusów. Zrobiło się bardzo dziko.
Wiele nowych gatunków drzew, krzewów i kwiatów sprawiło, że znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie.

Szlak urwał się w miejscu, w którym przewalone drzewo ewidentnie służyło jako
most na drugi brzeg. Tuż za kładką  mała dróżka skręciła w lewo, w górę rzeki.
W jednym zakolu zaroiło się od tysięcy żółtych i pomarańczowych motyli wyfruwających
w głąb lasu. Z oddali dobiegały odgłosy ptaków oraz szum wodospadu.

Doszliśmy pod samą kaskadę. Rozpryskująca się o kamienie woda przeistaczała się w dżdżysty,
orzeźwiający deszcz. Choć sam wodospad miał tylko kilka metrów, sceneria w jakiej
się znajdował była zachwycająca. Uznałem, że jest jeszcze ładniejszy niż ten
przy obozie. Adelka wspięła się po jednym z brzegów, na szczyt wodospadu.
Gdy tak się stała, nagle zaczęła się głośno śmiać.
Okazało się, że jest to dokładnie ten sam wodospad z którego wyruszyliśmy.

Wieczorem zrobiło się bardzo duszno. Na niebie pojawiły się ciemne
chmury. Spodziewając się deszczu rozbiliśmy namiot pod dachem.
W parku były dwie murowane toalety, woda, no i jak to bywa w opuszczonych
miejscach, dużo owadów. Żuki, komary, mrówki, ważki. Zadomowiły się tam również
małe żabki i jaszczurki.

Wraz z zachodem słońca rozpoczął się nocny koncert. Cykady dźwięczały tak
głośno, że wprowadzały nas w swoisty trans. Wkrótce zaczęły wtórować im olbrzymie ropuchy,
które wychodziły ze swoich kryjówek skrzecząc donośnie. Odezwały się też nocne ptaki.

Leżeliśmy w namiocie rozstawionym bez tropika Byliśmy zachwyceni koncertem.
Uroku dodały świetliki i świecące na zielono małe żuki latające po lesie. Bajkowo.
Zza chmur wyłonił się Księżyc i gwiazdy. Chwilę później zrobiło się
zupełnie cicho, po czym niebo przecięła znienacka oślepiająca błyskawica.
Grzmot pioruna dosłownie zatrząsł ziemią. Wiatr, szum gałęzi i nagła, gwałtowna ulewa.
„Król Olch” Goethego w pełnym wydaniu.

Dzień przywitał nas słońcem. Jednak nie byliśmy w stanie ruszyć dalej.
Po całonocnej ulewie, błoto na drodze było zbyt głębokie i lepkie.
Nawet idąc, ciężko było oderwać buty od podłoża, co dopiero jechać rowerem.
To był dzień, który spędziliśmy nad leśnym wodospadem.

Nazajutrz kontynuowaliśmy jazdę w stronę miasta Encarnacion.
Jechaliśmy przez ukryte poza szlakiem wioski,
które zaskakiwały mnie swoją malowniczością i miejscem położenia,
przez to, że zatopione były gdzieś pośród zieleni.
Czerwona droga co rusz łączyła ze sobą kolejne osiedla ludzkie.

Pora deszczowa dawała się we znaki. Czerwone błoto kilka razy
zatrzymało nas gdzieś na podwórzach miłych ludzi.
Jedynym środkiem transportu, który sprawdzał się w takich warunkach
były konie oraz typowe dla Paragwaju wozy z dużymi kołami, ciągnięte przez woły.

Gdy padał deszcz, o poranku bywało chłodno. Paragwajczycy i na to znaleźli rozwiązanie.
Aby napić się czegoś ciepłego, do garnka lub na patelnie wrzucali
rozżarzony węgiel drzewny, wsypywali yerba mate i cukier i prażyli.
Po wyjęciu węgla zioła zalewali mlekiem. Wszystko to nabierało
niepowtarzalnego aromatu. Tak powstawała Yerba mate quemada, tostada. Pyszność.

Szlak czerwonej drogi był jednym z najwspanialszych w podróży. Kolorowe, ukwiecone wioski,
przesympatyczni ludzie, piękne ogrody, aleje palmowe, paragwajskie wozy
z wielkimi kołami i zwierzęta. A przede wszystkim czas sjesty, słońca i terere wśród odgłosów owadów.

MISJE JEZUICKIE

Osamotnione, opuszczone, jakby zapomniane a miały być tymi najdoskonalszymi,
najświetniejszym pośród wszystkich 30. Nieskończone a mimo to spektakularn.
Bezbłędnie zaplanowane, zaprojektowane, przenosiły i pozostawiły na dłuższy czas w XVIII wieku.

Z misyjnego okna rozciągał się piękny widok na pofałdowany teren.
Pagórki, na których usytuowane były pola uprawne, sady i w dali
plantacje yerba mate – rośliny, która tworzyła historię całego kontynentu.

PARAGWAJ KOLONIALNY

Wschodnie tereny Paragwaju to liczne kolonie. Pierwsze miasteczko do którego wjechaliśmy
było kolonia Japońską. Urząd miasta z japońskimi szyldami, wokół sami
przybysze z kraju kwitnącej wiśni , którzy przybyli tu po drugiej wojnie światowej
najczęściej z Peru. Zagospodarowali pobliskie ziemie i żyją tak do dziś kultywując swoją kulturę.

Droga do Ciudad del Este to szlak wśród pól soi. W tej części kraju
degradacja środowiska jest jedną z najszybciej postępujących na całym kontynencie.
Brazylijscy inwestorzy już dawno wycieli lasy zamieniając je w sojowiska.

Posiadłości na wschodnich krańcach kraju to pozostałości koloni niemieckich.
Potomkowie niemieccy przybyli tu już w poprzednich stuleciach. W latach
czterdziestych w oknach powiewały tam faszystowskie fagi. Nic więc dziwnego,
że po wojnie schronienie wśród ludności znaleźli zbiegli zbrodniarze ze starego kontynentu.
Do dziś można porozumieć się tam po niemiecku no i napić się dobrego piwa podczas Octoberfest.

Po sąsiedzku ukraińskie i polskie gospodarstwa. Ich tropem trafiliśmy
na wielki festyn emigranta, w którym udział brały wszystkie mniejszości
narodowe: Włosi, Niemcy, Japończycy, Ukraińcy, Polacy, Argentyńczycy i Szwajcarzy.
Prezentowali swoja kuchnię, muzykę, stroje ludowe i kulturę.

Naprzeciw wejścia po drugiej stronie placu, widniało olbrzymie godło
z białym orłem. Nigdy nie spodziewałem się, że kiedykolwiek może zrobić
ten widok na mnie takie wrażenie. Jednak daleko od kraju nagle poczułem dojmujące,
emocjonalne poczucie przynależności.

Podjechaliśmy rowerami pod samo godło. Czekało nas tam entuzjastyczne
powitanie. Zabrzęczały małe kieliszki i padło kilka miłych słów w ojczystym języku.
Okazało się, że nikt jednak  nie zna polskiego, gdyż są to potomkowie Polaków,
którzy na przestrzeni lat stali się Paragwajczykami i zatracili polską kulturę.
Teraz poszukują swoich korzeni.

Bardzo się starali, by wypaść przed nami jak najlepiej. Dawali do skosztowania
różne potrawy. Ciasta, bigos, krokiety, za każdym razem czekając na nasz komentarz.
Wiele z przepisów było już dalece zmodernizowanych, jak choćby  same pierogi ruskie,
bez ziemniaków, z kremowym białym serem. Mi bardzo smakowały, szczególnie widząc
ile energii poświęcili by odszukać stare przepisy i spróbować je wdrożyć w życie.

Pierwszy raz w życiu opowiadałem o wigilii w takich detalach. O rzeczach
oczywistych i powszednich. Jednak tego wieczoru, każdy szczegół był istotny.
Dania, wystrój, słowa, choinka, śnieg, kolędy.

Na stole leżało wiele narzędzi. Przyniósł je mężczyzna, który tamtego wieczoru
był jedynym obecnym, który znał trochę język polski - jeszcze od babci. Owe narzędzia
zebrał ze swojej stodoły. Był uradowany faktem, że pomożemy mu ustalić do czego
służyły. Były to sierpy, kosa, motyka, graca, hebel i kilka innych, których zastosowania
nikt z nas nie znał. Wyglądały bardzo muzealnie.

Dowiedzieliśmy się, że jutro przyjadą przedstawiciele Polonii w Paragwaju,
którzy mówią po Polsku. Wielu z nich mieszka tu od ponad 70 lat. Pamiętają wiele
i na pewno będą radzi się z nami zobaczyć. Tym samym zostaliśmy na noc pod polskim dachem.

Jeszcze przed południem zaczęli się zjeżdżać mieszkańcy z okolic Encarnacion -
Polskiej części Paragwaju. Już z daleka dało się ich zauważyć. Ubrani byli w stroje ludowe
niczym z ,,Chłopów '' Reymonta. Czapki z piórkami, haftowane kamizelki i białe koszule.

Dźwięki akordeonu układały się w melodię pieśni „Szła dzieweczka”.
Wesołe zaśpiewy zbliżały się do Polskiego stoiska. Bębniarz mocno zaczął
„Krakowiaczek jeden”. Jakież to było wesołe spotkanie.

Opowieści nie miały końca. Historie dotarcia do Paragwaju,
jak to było 70 lat temu, gdy ojcowie zaczynali gospodarkę.
„Teraz wszystko rośnie. Trzy razy do roku można plony zbierać!
Bardzo nam się powodzi. Mamy swoje zwierzaki, ogórki i kapustę kiszoną,
ziemniaki, owoce jakich w Polsce nie było. A zaczynaliśmy od zera.”

Szkoda że jechaliśmy w innym kierunku, bo otrzymaliśmy niezwykłe,
niepowtarzalne zaproszenia do Carmen del Parana, polskiej kolonii.
Ciudad del Este to miasto w którym mieszka bardzo wielu Libańczyków.
Ze względu na to, że znajduje się tam strefa bezcłowa, ludność arabska zaaklimatyzowała
się tam bardzo szybko i zaczęła trudnić się handlem, jak to czyni od wieków.
My zatrzymaliśmy się u naszego Papy Paraguayo.

CIUDAD DEL ESTE. PAPA PARAGUAYO I BABCIA WACKA

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Manuel to nasz tata w Paragwaju. Ojciec wspaniałego rodzeństwa, które gościło
nas w Asuncion. Jest synem babci Wacki, która opowiedziała nam swoją niezwykłą historię.

Przyjechaliśmy do jej domu.  Z pięknego ogrodu kwiaty wylewały się aż na chodnik.
W zielniku rósł nawet chrzan. Z kuchni dolatywały wspaniałe zapachy.
Babcia Wacka przywitała nas z otwartym sercem i ze wzruszeniem.
Nie obyło się bez prawdziwych pierogów i tortu orzechowego na deser.

Bardzo mnie wzruszała jej historia, w którą zasłuchałem się jak małe dziecko.
Wszystko zaczęło się w Polsce tuż przed drugą wojną światową.
Do małej wioski na Lubelszczyźnie dotarła wieść, że z pomocą
rządową można udać się do Paragwaju, by tam zacząć nowe,
lepsze życie. Do kraju, gdzie ziemia rodzi kilka razy do roku, zawsze
jest lato i rośnie wszystko. To była niezwykła szansa.

Według niesprawdzonych informacji, wszystko było przygotowane,
wystarczyło się zdecydować. Ludność na polskich ziemiach dotkliwie
odczuła pierwszą wojnę światową, a druga wisiała w powietrzu.

Babcia Wacka miała sześć lat. Żegnała się z innymi dziećmi ze łzami w oczach.
Z całą rodziną jechała gdzieś w daleki świat, nieznany.
Dziewczynki na pożegnanie spluwały sobie do rączek,
by zatrzymać siebie nawzajem na zawsze.

Najpierw jechali wozem zaprzężonym w konie do dużego miasta.
Następnie pociągiem do Gdańska. Ogromnym statkiem
przez Atlantyk do Buenos Aires w Argentynie. Stamtąd
przesiadka na mniejszy statek rzeczny do Asuncion w Paragwaju.

Na rzece Parana pojawiły się pierwsze zwątpienia.
Było gorąco, mnóstwo insektów, brakowało jedzenia.
W Asuncion miał czekać zaufany człowiek,
przewodnik, ktoś kto miał zaprowadzić na miejsce,
ale czym bliżej celu tym pojawiało się więcej wątpliwości.

Na rzece Paragwaj kobiety płakały. Do jedzenia były
Tylko zielone banany, po których bolały brzuchy. Do picIa brudna woda.
Gdy statek dobił do brzegu wielu było chorych.
W porcie pojawił się przewodnik. Zabrał kufry, walizki
na wóz zaprzężony w woły. Mama babci Wacki
bała się wsiadać i szła obok a babka płacząc śpiewała pieśni patriotyczne.

Droga prowadziła przez gęsty las. Zza krzaków co rusz wyglądali
tubylcy obserwując przybyszów. Rodzice mówili:
„Boże gdzie żeśmy dojechali. Ludzie na golasa biegają!”

Na miejscu nie było pola, ani domu, tylko dżungla. To był obiecany raj.
Tata babci Wacki kupił kawałek ziemi. Kilka miesięcy trwało karczowanie drzew
i wybudowanie domu.

W sąsiedztwie było wielu Ukraińców. W szkołach dla imigrantów
dzieci uczyły się hiszpańskiego a między sobą rozmawiały po ukraińsku.
Babcia Wacka język polski znała tylko z domu. Mama uczyła ją
czytać i pisać. Dziś już nie ma z kim rozmawiać w ojczystej mowie.

Oglądanie albumów ze zdjęciami, czytanie listów z przed wielu lat,
wywołało wiele emocji. Dla Babci Wacki był to czas wspomnień.
Dla mnie niepowtarzalną podróżą. Niezwykłe perypetie wielu rodzin polskich,
spotkanych przez nas zupełnie niespodziewanie w odległym Paragwaju,
przypomniały mi słowa Oscara Wildea: „Ponieważ ludzkość nigdy nie wiedziała
dokąd zmierza, była w stanie znaleźć swą drogę”.

Ostatnie dni spędziliśmy w towarzystwie Papy Paraguayo i jego syna Marcosa.
Zwiedzaliśmy wspólnie okolice Ciudad del Este. Wodospady, lasy, rzeki.
Wspólne kolacje, rozmowy i wspaniały czas. Zostaliśmy otoczeni niesamowitą
opieką. Wyjeżdżając z Paragwaju poczułem się jakbym wyjeżdżał z domu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kilka miesięcy później, Marcos wyruszył w swą podróż rowerową
na północ Brazylii by odwiedzić swoja ciocię. Wrócił wzdłuż And
przez północ Argentyny do Paragwaju. Przyjemnie zarazić kogoś swoją pasją:)

POLACY W PARAGWAJU I

POLACY W PARAGWAJU II

KRAKOWIACZEK NA FESTYNIE

OPOWIEŚĆ BABCI WACKI

EKRANIZACJE WSPOMNIEŃ >>>

 

Komentarze

Ekaloixeyc

igbelizul-a.anchor.com [URL=http://igbelizul-u.com/]igbelizul-u.anchor.com[/URL] http://igbelizul-t.com/ http://igbelizul-t.com/ http://igbelizul-t.com/ http://igbelizul-t.com/ http://igbelizul-t.com/ http://igbelizul-t.com/ http://igbelizul-t.com/ http://igbelizul-t.com/ oaxuxuw

Ehakuqogmen

orewede-a.anchor.com [URL=http://orewede-u.com/]orewede-u.anchor.com[/URL] http://orewede-t.com/ http://orewede-t.com/ http://orewede-t.com/ http://orewede-t.com/ http://orewede-t.com/ http://orewede-t.com/ http://orewede-t.com/ http://orewede-t.com/ wulicu