PANAMA. Znów w drodze

Dodane dnia 2014.08.06 -- Zaktualizowano dnia 2014.08.15

Wpis dotyczy kraju: PANAMA

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: PANAMA

 

1.08.2014 KOSTARYKA
Tak, jak obiecałam, wrzucam kolejny wpis. 
Pewnie większość z Was (tych, którzy nie śledzą nas na Facebooku), zastanawia się, czy już wyruszyliśmy w dalszą drogę, a jeśli tak, to gdzie jesteśmy i jak nam idzie. Gdy pisałam ostatnio, byłam po 3 pierwszych jazdach próbnych, które pokazały, że kolano jest w stanie znieść godzinną jazdę, chociaż po 2 miesiącach zupełnej bezczynności, po tak krótkiej jeździe odczuwałam duże zmęczenie i z powodu zaniku mięśni trzęsły mi się nogi. Niedługo po tym, nadszedł dzień pakowania. Po tak długim czasie w jednym miejscu, miałam wrażenie, jakbym tę podróż zaczynała zupełnie od nowa. Moje rzeczy rozpełzły się po różnych zakątkach pokoju. Ponowne zebranie wszystkiego i zorganizowanie w sakwach, zajęło mi niemal cały dzień. Musiałam też poważnie zastanowić się, co zostawić, ponieważ wiedziałam, że nie będę w stanie ujechać z ciężarem, który dotychczas wiozłam. Ostatecznie, udało mi się pozbyć kilku kilogramów i po zważeniu okazało się, że osiągnęłam najlżejszy dotychczas stan -  24 kg we wszystkich sakwach razem. 
Późnym popołudniem byliśmy spakowani. Grażynka przygotowała pyszny obiad pożegnalny, z szarlotką na deser. Rozmawialiśmy jeszcze do późna i jakoś do mnie nie docierało, że naprawdę wyruszamy!
Gdy leżałam już w łóżku, poczułam jak bardzo boli mnie kolano po całym dniu noszenia różnych rzeczy i szwendania się po domu. Wewnętrznie czułam, że to wcale nie jest jeszcze najlepszy moment na kontynuacje podróży. Dopiero od tygodnia byłam „na nogach”, zrobiłam zaledwie 3 jazdy próbne, nie miałam nawet okazji choć trochę odbudować mięśni. Nigdy nie spędziłam 2 miesięcy niemal wyłącznie siedząc na łóżku, nie wiedziałam ile może zająć powrót do „stanu normalnego”. Mimo bólu i wątpliwości, starałam się wizualizować bezproblemową i udaną jazdę. Czarne myśli przesłaniały mi jednak próby pozytywnego myślenia. Zastanawiałam się, co będzie, jeśli już pierwszego dnia jazdy z sakwami okaże się, że kolano nie daje rady? Co jeśli zacznie się coś pogarszać? Jak będę partycypować w czynnościach około obozowych, jeśli nie jestem w stanie kucnąć ani klęknąć? Jak w ogóle mam spać w namiocie, na twardej karimacie, skoro do tej pory, na miękkim materacu budziłam się z bólem kolana, jeśli przez sen obróciłam się na brzuch. Gdybym była w domu, na pewno bym jeszcze nie ruszała. Nie wsiadałabym na rower pewnie jeszcze co najmniej przez miesiąc. No ale, że rezydowaliśmy już równo dwa miesiące u naszych gospodarzy, słowo się rzekło, i czas było ruszać w dalszą drogę. Mieliśmy też bardzo dogodną sytuację, ponieważ Maciek – nasz gospodarz i dobrodziej – jechał akurat do David, miasta oddalonego o 50 km od wsi, w której mieszkaliśmy i mógł nas podrzucić. 
Rano, pożegnaliśmy się z Grażynką, z wielką jednak nadzieją na spotkanie w przyszłości. Nie powiedzieliśmy zatem „żegnaj” a „do zobaczenia!” O wiele łatwiej rozstać się z taką perspektywą. W David Maciek pomógł nam zapakować sakwy na rowery i wreszcie ruszyliśmy w dalszą drogę! 
1
Jeszcze tego samego dnia chcieliśmy dotrzeć do Gualaki, w której nocowaliśmy dwa miesiące wcześniej. Tam czekali na nas strażacy, u których ponownie mieliśmy nocować.
Dość ruchliwa trasa wiodła raz w górę, raz w dół. Myślałam, że z tak odciążonym rowerem będę pomykać, jakbym miała puste sakwy. Po godzinie i piętnastu minutach mieliśmy jednak przejechane zaledwie 12 kilometrów, a ja już byłam wycieńczona. Trzęsły mi się nogi i ręce. Kolano bolało i czułam jak sztywnieją mi mięśnie. Trudno było o dobry humor. Świadomość, że przejechanie tak mizernego odcinka, kosztowało mnie tyle wysiłku, przybijała mnie. Zastanawiałam się, jak dalej będzie wyglądała nasza podróż, jeśli będę posuwać się naprzód w takim tempie! Po godzinnym postoju, mimo bólu i ogólnego osłabienia postanowiłam, że spróbuje przejechać jeszcze 18 km, które dzieliły nas od Gualaki.
Za Gualaką, miał zacząć się 30 kilometrowy podjazd. Wiedziałam, że nie będę w stanie go podjechać bez szwanku dla kolana. Strażacy, z którymi rozmawialiśmy tydzień wcześniej, zaoferowali, że nas podrzucą do przełęczy.
Po kilku kilometrach, jasne stało się, że tego dnia, nie dam już rady kontynuować dalszej jazdy. Jak to w takich chwilach bywa, rozwiązanie przyszło samo. Zatrzymał się pick-up i jego kierowca zaoferował nam podwózkę przez góry. Nie mogłam w to uwierzyć! Takie propozycje prawie nigdy nam się nie przytrafiają. A jeśli się przytrafiały, nigdy z nich nie korzystaliśmy! A teraz, rolnik ze środkowej Panamy, jakby wyczuł telepatycznie, że potrzebujemy jego pomocy! Krzysiek zasiadł na pace z rowerami i workami z kukurydzą, a ja zmieściłam się na siedzeniu z rolnikiem i jego żoną. Nawiązała się rozmowa, głównie skupiająca się na tym, jak to możliwe, że jesteśmy „tacy starzy” i nie mamy jeszcze dzieci. Znam te gadki bardzo dobrze. W większości poznanych przez nas dotąd kultur, dziecko nie jest postrzegane jak w Europie, jako problem, ale jako błogosławieństwo. Gdy próbowałam tłumaczyć, że póki co nie chcemy mieć potomka, kobieta była bardzo zdumiona. Mówiła, że nie mając dziecka, obraża się Boga, i że powinniśmy zrobić sobie jedno i zostawić u nich w domu – byliby bardzo szczęśliwi, gdy mieli takiego ślicznego „gringito”, czyli „białaska”. Kiedyś myślałabym, że to żarty, ale ponieważ w Afryce padały podobne propozycje wiedziałam, że pani mówi poważnie:-)  
W międzyczasie dotarliśmy do przełęczy. Zerwał się niesamowity wicher, zaczął zacinać deszcz i okolica zaszła gęstą mgłą. Nie było mowy o wysiadce i dalszej, samodzielnej jeździe. Pan rolnik zaproponował, żebyśmy pojechali z nim kolejne 100 kilometrów, do miejscowości Almirante, położonej nad Morzem Karaibskim, za którą jest już płasko, oraz z której będziemy mogli popłynąć na archipelag wysp Bosas del Toro. Po krótkiej naradzie i ocenie stanu kolana, uznaliśmy, że to dobry pomysł. 
Obserwując strome podjazdy i następujące po nich ostre zjazdy, miałam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony strasznie było mi żal, że tracę ten odcinek, że nie pokonuję go samodzielnie. Z drugiej zaś strony,  bardzo cieszyłam się, że jedziemy samochodem, bo wiedziałam, że to wyzwanie zdecydowanie nie na moje kolano. Okazuje się, że nie zawsze wszystko można przejechać na rowerze. Nie, źle to ujęłam. Da się, wszystko się da. Pytanie tylko za jaką cenę. Uznałam, że kolano ma mi służyć jeszcze przez kilka lat, które zamierzamy być w drodze, więc nie ma co lamentować nad 130 kilometrami przebytymi samochodem. Mam nadzieję, że czytelnicy mnie zrozumieją:-) 
3
Na miejsce dotarliśmy pod wieczór. Ku naszemu zaskoczeniu, okazało się, że z niewielkiego Almirante, wypływają w świat banany Chiquity. Niemal wszyscy mieszkańcy pracują dla Chiriqui Fruit Company, producenta Chiquity. Naszym oczom ukazał się port zastawiony kontenerami z bananami. Nigdy nie przypuszczałam, że tak popularny w Europie owoc, przypływa do naszych supermarketów i trafia na nasze stoły, z tak małej mieściny.
4
5
6
7
Gościnę znaleźliśmy u jak zawsze nieocenionych strażaków. Pozwolili nam rozbić namiot pod małym daszkiem. Pierwsza noc, której tak się obawiałam, przebiegła bezproblemowo. Krzycho pożyczył mi swój materac, co okazało się wystarczające dla mojego kolana. 
Rano odczuwałam jednak wysiłek z poprzedniego dnia. Zdecydowaliśmy, że popłyniemy na główną wyspę archipelagu Bocas del Toro, aby moja noga mogła odpocząć. Rowery zostawiliśmy u strażaków, wypiliśmy kawę w miejscowym barze z trzcinową strzechą i wsiedliśmy na prom.
8
9
Po 2 godzinach, naszym oczom ukazała się wyspa Colon. Porośnięta palmami przystań, z kolorowymi domami na palach, wyglądała bardzo zachęcająco. Nawet szare niebo i ulewny deszcz, nie były w stanie zepsuć pozytywnego wrażenia. 
10
Choć nie jest to w naszym zwyczaju, zdecydowaliśmy się na wynajem pokoju w hostelu. W zasadzie pierwszy raz w tej podróży mieliśmy spać w hostelu dla backpakersów. W pierwszej chwili zaskoczył mnie świat wewnętrzny tego miejsca, pełen białych, młodych twarzy, mówiących głównie po niemiecku. Po chwili oniemienia i tak zdecydowaliśmy się zostać. 
Spacer po mieście był swego rodzaju ulgą, oczyszczeniem po 2 miesiącach spędzonych w domu.  Mimo, że wolę miejsca odludne, tym razem czułam niesamowitą radość, gdy mijały mnie samochody i przechodnie. Mimo bólu kolana, nie mogłam przestać iść. Tak dawno nie spacerowałam! Nogi niosły mnie same w kolejne uliczki, wijące się pomiędzy wybrzeżem a kolorowymi, drewnianymi domami. Miasto Bocas na wyspie Colon, zbudowane zostało niegdyś przez amerykańską firmę United Fruit Company i służyło jako miejsce przerzutowe bananów. Teraz jest to główna przystań turystyczna archipelagu. 
11
12
13
14
Większość miasta wydaje się należeć do obcokrajowców, którzy w bardzo pomysłowy sposób rozkręcają liczne biznesy. Można napić się piwa na wiekowym statku, zjeść gofra na dachu starego autobusu, czy usiąść na włoską pizzę przy pokazie tańca z ogniem. 
15
16
17
Hostele mają kolorowe wystroje, decki z hamakami, ogólnodostępną kuchnię, darmowe rowery, organizowane liczne imprezy oraz wycieczki. A to wszystko, o dziwo w całkiem jeszcze przystępnych cenach, porównywalnych raczej do polskich, niż zachodnioeuropejskich.
Cały wieczór towarzyszył nam deszcz. Miejscowi powiedzieli nam, że leje bez ani dnia przerwy już od 3 tygodni i nie zapowiada się na poprawę. Jakież było nasze zdumienie, gdy rano zaświeciło słońce! Szybko zebraliśmy manatki, przenieśliśmy się do innego hostelu i ruszyliśmy autobusem na drugi koniec wyspy, na plażę Boca del Drago. 
Szukając pustego kawałka własnego raju, szliśmy wzdłuż wybrzeża, ciesząc oczy błękitem wody .
18
19
20
21
22
Idąc tak, całkiem przypadkiem trafiliśmy na Playa de Estrellas, czyli plażę gwiazd. Po pierwszym nurze do wody, zrozumiałam skąd ta nazwa – na dnie pełno było różowych, pięknych, wielkich rozgwiazd, dryfujących, delikatnie unoszonych przez prądy. 
Na plaży spędziliśmy cały dzień. Relaks totalny – kolano na wakacjach:-)
23
24
25
25
27
Wieczorem wróciliśmy do naszego nowego hostelu. Jego front stanowiła platforma na palach, która służyła jako miejsce spotkań towarzyskich, oraz przystań dla motorówek – taksówek. Następnego dnia, niebo znów zasnuło się chmurami i zaczęło padać. Zjedliśmy długie śniadanie na platformie – przystani naszego hostelu, obserwując liczne jachty zacumowane w pobliżu. Przeszliśmy się po mieście i wsiedliśmy na prom powrotny do Almirante. Spędziliśmy jeszcze jedną noc u strażaków i następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę, kierując się do przejścia granicznego z Kostaryką. 
Spokojna, wąska droga wiodła pośród soczystej zieleni. Kolano wydawało się wypoczęte i o dziwo nawet mnie nie bolało. Jechało nam się gładko i przyjemnie. Nie minęło jednak czasu wiele, gdy okazało się, że droga wcale nie jest tu płaska. Zaczęły się dość strome, kręte podjazdy.
28
Już po kilku pierwszych, mocnych pchnięciach pedałów, powrócił ostry ból kolana. Zsiadłam i próbowałam rower pchać, ale i to nie było dla mnie łatwe. Mogliśmy złapać kolejnego stopa, ale nie chcieliśmy tego robić. W tej sytuacji Kris podjął się podwójnego wyzwania. Musiał każdy podjazd pokonywać na swoim rowerze, wracać biegiem na dół i ten sam odcinek, następnie podjeżdżać na moim. Ja zaś wlokłam się pod górę pieszo. Niesamowita dla nas sytuacja. 
29
30
31
Jak łatwo się domyślić, tym sposobem, nasze tempo było bardzo ślimacze, ale nie było to już dłużej istotne. Najważniejsze było to, że jakkolwiek powoli, to jednak posuwamy się do przodu! Że mimo, iż z mozołem, robimy to o własnych siłach. Po południu mieliśmy przejechane / przemaszerowane 22 kilometry i byliśmy zmordowani, ale szczęśliwi. Na noc, jak zawsze przygarnęli nas strażacy. 
Rano zebraliśmy manatki, podziękowaliśmy strażakom, zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy do granicy, aby tego samego dnia jeszcze wjechać do Kostaryki.

 

26.07.2014

 

Tak, jak obiecałam, wrzucam kolejny wpis.
Pewnie większość z Was (tych, którzy nie śledzą nas na Facebooku), zastanawia się, czy już wyruszyliśmy w dalszą drogę, a jeśli tak, to gdzie jesteśmy i jak nam idzie. Gdy pisałam ostatnio, byłam po 3 pierwszych jazdach próbnych, które pokazały, że kolano jest w stanie znieść godzinną jazdę, chociaż po 2 miesiącach zupełnej bezczynności, po tak krótkiej jeździe odczuwałam duże zmęczenie i z powodu zaniku mięśni trzęsły mi się nogi. Niedługo po tym, nadszedł dzień pakowania. Po tak długim czasie w jednym miejscu, miałam wrażenie, jakbym tę podróż zaczynała zupełnie od nowa. Moje rzeczy rozpełzły się po różnych zakątkach pokoju. Ponowne zebranie wszystkiego i zorganizowanie w sakwach, zajęło mi niemal cały dzień. Musiałam też poważnie zastanowić się, co zostawić, ponieważ wiedziałam, że nie będę w stanie ujechać z ciężarem, który dotychczas wiozłam. Ostatecznie, udało mi się pozbyć kilku kilogramów i po zważeniu okazało się, że osiągnęłam najlżejszy dotychczas stan -  24 kg we wszystkich sakwach razem.
Późnym popołudniem byliśmy spakowani. Grażynka przygotowała pyszny obiad pożegnalny, z szarlotką na deser. Rozmawialiśmy jeszcze do późna i jakoś do mnie nie docierało, że naprawdę wyruszamy!
Gdy leżałam już w łóżku, poczułam jak bardzo boli mnie kolano po całym dniu noszenia różnych rzeczy i szwendania się po domu. Wewnętrznie czułam, że to wcale nie jest jeszcze najlepszy moment na kontynuacje podróży. Dopiero od tygodnia byłam „na nogach”, zrobiłam zaledwie 3 jazdy próbne, nie miałam nawet okazji choć trochę odbudować mięśni. Nigdy nie spędziłam 2 miesięcy niemal wyłącznie siedząc na łóżku, nie wiedziałam ile może zająć powrót do „stanu normalnego”. Mimo bólu i wątpliwości, starałam się wizualizować bezproblemową i udaną jazdę. Czarne myśli przesłaniały mi jednak próby pozytywnego myślenia. Zastanawiałam się, co będzie, jeśli już pierwszego dnia jazdy z sakwami okaże się, że kolano nie daje rady? Co jeśli zacznie się coś pogarszać? Jak będę partycypować w czynnościach około obozowych, jeśli nie jestem w stanie kucnąć ani klęknąć? Jak w ogóle mam spać w namiocie, na twardej karimacie, skoro do tej pory, na miękkim materacu budziłam się z bólem kolana, jeśli przez sen obróciłam się na brzuch. Gdybym była w domu, na pewno bym jeszcze nie ruszała. Nie wsiadałabym na rower pewnie jeszcze co najmniej przez miesiąc. No ale, że rezydowaliśmy już równo dwa miesiące u naszych gospodarzy, słowo się rzekło, i czas było ruszać w dalszą drogę. Mieliśmy też bardzo dogodną sytuację, ponieważ Maciek – nasz gospodarz i dobrodziej – jechał akurat do David, miasta oddalonego o 50 km od wsi, w której mieszkaliśmy i mógł nas podrzucić.
Rano, pożegnaliśmy się z Grażynką, z wielką jednak nadzieją na spotkanie w przyszłości. Nie powiedzieliśmy zatem „żegnaj” a „do zobaczenia!” O wiele łatwiej rozstać się z taką perspektywą. W David Maciek pomógł nam zapakować sakwy na rowery i wreszcie ruszyliśmy w dalszą drogę!

Jeszcze tego samego dnia chcieliśmy dotrzeć do Gualaki, w której nocowaliśmy dwa miesiące wcześniej. Tam czekali na nas strażacy, u których ponownie mieliśmy nocować.
Dość ruchliwa trasa wiodła raz w górę, raz w dół. Myślałam, że z tak odciążonym rowerem będę pomykać, jakbym miała puste sakwy. Po godzinie i piętnastu minutach mieliśmy jednak przejechane zaledwie 12 kilometrów, a ja już byłam wycieńczona. Trzęsły mi się nogi i ręce. Kolano bolało i czułam jak sztywnieją mi mięśnie. Trudno było o dobry humor. Świadomość, że przejechanie tak mizernego odcinka, kosztowało mnie tyle wysiłku, przybijała mnie. Zastanawiałam się, jak dalej będzie wyglądała nasza podróż, jeśli będę posuwać się naprzód w takim tempie! Po godzinnym postoju, mimo bólu i ogólnego osłabienia postanowiłam, że spróbuje przejechać jeszcze 18 km, które dzieliły nas od Gualaki.
Za Gualaką, miał zacząć się 30 kilometrowy podjazd. Wiedziałam, że nie będę w stanie go podjechać bez szwanku dla kolana. Strażacy, z którymi rozmawialiśmy tydzień wcześniej, zaoferowali, że nas podrzucą do przełęczy.
Po kilku kilometrach, jasne stało się, że tego dnia, nie dam już rady kontynuować dalszej jazdy. Jak to w takich chwilach bywa, rozwiązanie przyszło samo. Zatrzymał się pick-up i jego kierowca zaoferował nam podwózkę przez góry. Nie mogłam w to uwierzyć! Takie propozycje prawie nigdy nam się nie przytrafiają. A jeśli się przytrafiały, nigdy z nich nie korzystaliśmy! A teraz, rolnik ze środkowej Panamy, jakby wyczuł telepatycznie, że potrzebujemy jego pomocy! Krzysiek zasiadł na pace z rowerami i workami z kukurydzą, a ja zmieściłam się na siedzeniu z rolnikiem i jego żoną. Nawiązała się rozmowa, głównie skupiająca się na tym, jak to możliwe, że jesteśmy „tacy starzy” i nie mamy jeszcze dzieci. Znam te gadki bardzo dobrze. W większości poznanych przez nas dotąd kultur, dziecko nie jest postrzegane jak w Europie, jako problem, ale jako błogosławieństwo. Gdy próbowałam tłumaczyć, że póki co nie chcemy mieć potomka, kobieta była bardzo zdumiona. Mówiła, że nie mając dziecka, obraża się Boga, i że powinniśmy zrobić sobie jedno i zostawić u nich w domu – byliby bardzo szczęśliwi, gdy mieli takiego ślicznego „gringito”, czyli „białaska”. Kiedyś myślałabym, że to żarty, ale ponieważ w Afryce padały podobne propozycje wiedziałam, że pani mówi poważnie:-)
W międzyczasie dotarliśmy do przełęczy. Zerwał się niesamowity wicher, zaczął zacinać deszcz i okolica zaszła gęstą mgłą. Nie było mowy o wysiadce i dalszej, samodzielnej jeździe. Pan rolnik zaproponował, żebyśmy pojechali z nim kolejne 100 kilometrów, do miejscowości Almirante, położonej nad Morzem Karaibskim, za którą jest już płasko, oraz z której będziemy mogli popłynąć na archipelag wysp Bosas del Toro. Po krótkiej naradzie i ocenie stanu kolana, uznaliśmy, że to dobry pomysł.
Obserwując strome podjazdy i następujące po nich ostre zjazdy, miałam bardzo mieszane uczucia. Z jednej strony strasznie było mi żal, że tracę ten odcinek, że nie pokonuję go samodzielnie. Z drugiej zaś strony,  bardzo cieszyłam się, że jedziemy samochodem, bo wiedziałam, że to wyzwanie zdecydowanie nie na moje kolano. Okazuje się, że nie zawsze wszystko można przejechać na rowerze. Nie, źle to ujęłam. Da się, wszystko się da. Pytanie tylko za jaką cenę. Uznałam, że kolano ma mi służyć jeszcze przez kilka lat, które zamierzamy być w drodze, więc nie ma co lamentować nad 130 kilometrami przebytymi samochodem. Mam nadzieję, że czytelnicy mnie zrozumieją:-)

 Na miejsce dotarliśmy pod wieczór. Ku naszemu zaskoczeniu, okazało się, że z niewielkiego Almirante, wypływają w świat banany Chiquity. Niemal wszyscy mieszkańcy pracują dla Chiriqui Fruit Company, producenta Chiquity. Naszym oczom ukazał się port zastawiony kontenerami z bananami. Nigdy nie przypuszczałam, że tak popularny w Europie owoc, przypływa do naszych supermarketów i trafia na nasze stoły, z tak małej mieściny.

Gościnę znaleźliśmy u jak zawsze nieocenionych strażaków. Pozwolili nam rozbić namiot pod małym daszkiem. Pierwsza noc, której tak się obawiałam, przebiegła bezproblemowo. Krzycho pożyczył mi swój materac, co okazało się wystarczające dla mojego kolana.
Rano odczuwałam jednak wysiłek z poprzedniego dnia. Zdecydowaliśmy, że popłyniemy na główną wyspę archipelagu Bocas del Toro, aby moja noga mogła odpocząć. Rowery zostawiliśmy u strażaków, wypiliśmy kawę w miejscowym barze z trzcinową strzechą i wsiedliśmy na prom.

Po 2 godzinach, naszym oczom ukazała się wyspa Colon. Porośnięta palmami przystań, z kolorowymi domami na palach, wyglądała bardzo zachęcająco. Nawet szare niebo i ulewny deszcz, nie były w stanie zepsuć pozytywnego wrażenia.

Choć nie jest to w naszym zwyczaju, zdecydowaliśmy się na wynajem pokoju w hostelu. W zasadzie pierwszy raz w tej podróży mieliśmy spać w hostelu dla backpakersów. W pierwszej chwili zaskoczył mnie świat wewnętrzny tego miejsca, pełen białych, młodych twarzy, mówiących głównie po niemiecku. Po chwili oniemienia i tak zdecydowaliśmy się zostać.
Spacer po mieście był swego rodzaju ulgą, oczyszczeniem po 2 miesiącach spędzonych w domu.  Mimo, że wolę miejsca odludne, tym razem czułam niesamowitą radość, gdy mijały mnie samochody i przechodnie. Mimo bólu kolana, nie mogłam przestać iść. Tak dawno nie spacerowałam! Nogi niosły mnie same w kolejne uliczki, wijące się pomiędzy wybrzeżem a kolorowymi, drewnianymi domami. Miasto Bocas na wyspie Colon, zbudowane zostało niegdyś przez amerykańską firmę United Fruit Company i służyło jako miejsce przerzutowe bananów. Teraz jest to główna przystań turystyczna archipelagu.

Większość miasta wydaje się należeć do obcokrajowców, którzy w bardzo pomysłowy sposób rozkręcają liczne biznesy. Można napić się piwa na wiekowym statku, zjeść gofra na dachu starego autobusu, czy usiąść na włoską pizzę przy pokazie tańca z ogniem.

Hostele mają kolorowe wystroje, decki z hamakami, ogólnodostępną kuchnię, darmowe rowery, organizowane liczne imprezy oraz wycieczki. A to wszystko, o dziwo w całkiem jeszcze przystępnych cenach, porównywalnych raczej do polskich, niż zachodnioeuropejskich.

Cały wieczór towarzyszył nam deszcz. Miejscowi powiedzieli nam, że leje bez ani dnia przerwy już od 3 tygodni i nie zapowiada się na poprawę. Jakież było nasze zdumienie, gdy rano zaświeciło słońce! Szybko zebraliśmy manatki, przenieśliśmy się do innego hostelu i ruszyliśmy autobusem na drugi koniec wyspy, na plażę Boca del Drago.
Szukając pustego kawałka własnego raju, szliśmy wzdłuż wybrzeża, ciesząc oczy błękitem wody .

Idąc tak, całkiem przypadkiem trafiliśmy na Playa de Estrellas, czyli plażę gwiazd. Po pierwszym nurze do wody, zrozumiałam skąd ta nazwa – na dnie pełno było różowych, pięknych, wielkich rozgwiazd, dryfujących, delikatnie unoszonych przez prądy.
Na plaży spędziliśmy cały dzień. Relaks totalny – kolano na wakacjach:-)

Wieczorem wróciliśmy do naszego nowego hostelu. Jego front stanowiła platforma na palach, która służyła jako miejsce spotkań towarzyskich, oraz przystań dla motorówek – taksówek. Następnego dnia, niebo znów zasnuło się chmurami i zaczęło padać. Zjedliśmy długie śniadanie na platformie – przystani naszego hostelu, obserwując liczne jachty zacumowane w pobliżu. Przeszliśmy się po mieście i wsiedliśmy na prom powrotny do Almirante. Spędziliśmy jeszcze jedną noc u strażaków i następnego dnia ruszyliśmy w dalszą drogę, kierując się do przejścia granicznego z Kostaryką.
Spokojna, wąska droga wiodła pośród soczystej zieleni. Kolano wydawało się wypoczęte i o dziwo nawet mnie nie bolało. Jechało nam się gładko i przyjemnie. Nie minęło jednak czasu wiele, gdy okazało się, że droga wcale nie jest tu płaska. Zaczęły się dość strome, kręte podjazdy.

Już po kilku pierwszych, mocnych pchnięciach pedałów, powrócił ostry ból kolana. Zsiadłam i próbowałam rower pchać, ale i to nie było dla mnie łatwe. Mogliśmy złapać kolejnego stopa, ale nie chcieliśmy tego robić. W tej sytuacji Kris podjął się podwójnego wyzwania. Musiał każdy podjazd pokonywać na swoim rowerze, wracać biegiem na dół i ten sam odcinek, następnie podjeżdżać na moim. Ja zaś wlokłam się pod górę pieszo. Niesamowita dla nas sytuacja.

Jak łatwo się domyślić, tym sposobem, nasze tempo było bardzo ślimacze, ale nie było to już dłużej istotne. Najważniejsze było to, że jakkolwiek powoli, to jednak posuwamy się do przodu! Że mimo, iż z mozołem, robimy to o własnych siłach. Po południu mieliśmy przejechane / przemaszerowane 22 kilometry i byliśmy zmordowani, ale szczęśliwi. Na noc, jak zawsze przygarnęli nas strażacy.
Rano zebraliśmy manatki, podziękowaliśmy strażakom, zrobiliśmy zakupy i ruszyliśmy do granicy, aby tego samego dnia jeszcze wjechać do Kostaryki.

 

Komentarze

Pięknie, że zów w drodze :)

Adelcia, bardzo się cieszę, że masz wspaniałego opiekuna w postaci Krzysia! To jest złoty chłopak! Dzięki niemu nawet z trudnych sytuacji da się wyjść - przechodziliśmy przez to razem :)
3mam kciuki za was! Może z miesiąc odpoczynku gdzieś na ładnej plaży jeszcze dobrze zrobi. Albo naprawdę powolutku do przodu :)

Rafalski, to prawda! Nie wiem

Rafalski, to prawda! Nie wiem co bym bez Krisa zrobiła!:-) To dzięki niemu daję radę i prę do przodu, mimo przeciwności losu:-) Ładna plaża brzmi dobrze, chociaz powolutku do przodu brzmi jeszcze lepiej:-) Trzymaj się w Peru!

będzie dobrze!

Hej Adela, dzieki za kolejną super relacje z podróży, wysztko wygląda niesamowicie, trzymam kciuki za Was i za twoje kolano, nie martw się, będzie dobrze! :)

Dzięki:-) Jasne, że będzie

Dzięki:-) Jasne, że będzie dobrze - nie ma innej możliwości:-)

Buziaki

Ja oczywiscie wczesny czytelnik :-) Kochani, powolutku do przodu. Wyleczenie wymaga czasu - zadnych tam wyrzutow sumienia z powodu jechania autostopem, czy pokonywania malych odcinkow. Adelka, oszczedzaj sie i miej cierpliwosc. Ja wiem, ze ty baran, i chcialabys juz teraz byc w pelni sil, znam to z autopsji. Bedzie dobrze! Wlasnie siedze na tarasiku, i nie uwierzycie, slucham bebnienia deszczu...A juz przestalam liczyc na pore deszczowa...Trzymajcie sie i krok za krokiem...Czytam Twoje artykuly, ktore zachowalam sobie na deser. Pisz bloga - masz lekkie pioro! 

Grażynko, miło mieć wczesnego

Grażynko, miło mieć wczesnego czytelnika:) Masz rację, cierpliwosć i czas. Wyleczenie jak z tym Waszym deszczem - kiedyś w końcu przyjdzie:-)))