NIKARAGUA. MANAGUA MIASTO ZŁODZIEI

Dodane dnia 2014.12.11 -- Zaktualizowano dnia 2015.06.28

Wpis dotyczy kraju: NIKARAGUA

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: NIKARAGUA

 

NIKARAGUA. MANAGUA MIASTO ZŁODZIEI

Witajcie po kolejnej przerwie. Winna Wam jestem przeprosiny z powodu tak długiego oczekiwania na wieści, choć na usprawiedliwienie napiszę, że Ci co śledzą naszą wyprawę na Facebooku, nie mogą narzekać na brak informacji.

Od czego tu zacząć? Może od tego, że sporo się u nas wydarzyło. Przeszliśmy dość ciężki czas. Podczas gdy próbowaliśmy dojść do siebie po napadzie, w Managui i Hondurasie omal nie padliśmy ofiarami kolejnych napaści. Spędziliśmy dwa tygodnie w mieście złodziei. W Salvadorze wylądowałam na ostrym dyżurze, w Meksyku ponownie trafiłam do lekarza, którego błędna diagnoza spowodowała, iż omal nie znalazłam się z dnia na dzień w Polsce. Wszystko to przyczyniło się między innymi do mojego milczenia na blogu. Szczerze mówiąc nie chciałam się dzielić złymi historiami, a te spadały na nas jedna za drugą. Teraz jesteśmy już w Meksyku, wygląda na to, że wszystko co najgorsze za nami, mogę więc już śmiało opisać co się z nami działo, gdy czekaliście na kolejny wpis.

Kiedy ostatni raz pisałam na blogu, byliśmy jeszcze w Managui, stolicy Nikaragui, w której czekaliśmy na mój paszport tymczasowy. Konsul RP z Meksyku robił taką łaskę i takie schody, że ostatecznie procedura, która powinna była zająć mu pół godziny, zajęła tyle, że na paszport czekałam aż dwa tygodnie! Dni leciały, facet wiedział już od dawna, że będę się ubiegać o paszport i pisał, że już go przygotowuje, ale co chwilę dosyłał mi jakieś kolejne wymogi. Gdy po tygodniu mailowania i dzwonienia usłyszałam, że mam mu jeszcze dosłać z Nikaragui do Meksyku, oryginalne zdjęcia ponieważ nie potrafi wgrać skanu do systemu, załamałam się! Konsul podczas rozmów telefonicznych co chwilę wzdychał ciężko i mówił – „No nie wiem pani Adelo czy to nam się uda zrobić, no spróbujemy, zobaczymy, ale łatwo nie będzie. No nie wiem pani Adelo.”- Normalnie czułam, że to jest taka gadka, w której ja powinnam powiedzieć – „no to może jakieś kwiatki albo flaszeczkę dla pana na zachętę?”

Przez opieszałość i łaskę, przez te wszystkie „zobaczymy”, „pomyślimy”, konsul nie wysłał mi paszportu na czas i zaczęły się święta narodowe w całej Ameryce Centralnej, więc jak już wspomniałam, utknęliśmy w Managui na dwa tygodnie.

Na całe szczęście przygarnął nas do siebie Jerzy - polski zakonnik, werbista – bardzo ciekawy człowiek, od którego wiele się w tym czasie dowiedzieliśmy i nauczyliśmy. Nie był to więc czas stracony, ale też pobyt w Managui wszedł mi totalnie na banię i spowodował dość nieprzewidywany bieg naszych dalszych decyzji i losów.

Może pamiętacie, że gdy pisałam ostatni raz na blogu, dzieliłam się z Wami strachem po napadzie. Pisałam, że próbuję przezwyciężyć to uczucie, liczę na to, że szybko przeminie bez śladu. Niestety dwutygodniowy pobyt w Managui, tylko pogorszył sprawę.

Gdy usłyszałam, że „dom biblijny”, w którym się zatrzymaliśmy znajduje się w jednej z najbezpieczniejszych dzielnic Managui, a przed domem jest dwóch strażników, odetchnęłam z ulgą. Pomyślałam, że wreszcie odpocznę psychicznie i przejdzie mi cała trauma. Nic bardziej mylnego! Okazało się, że Managua to miasto złodziei, w którym tak naprawdę nie ma miejsc bezpiecznych. Nasi strażnicy, mieli za zadanie dąć w gwizdki zawieszone na szyi, za każdym razem gdy tylko ktoś kręcił się pod płotem - na przykład próbował zaglądać przez szpary lub wspinać się po murze. Wyobraźcie sobie, że po godzinie 22 gwizdki rozbrzmiewały co ok 20 - 30 minut, paraliżując mnie za każdym razem. Wszak każdy gwizd, to ktoś, kto nie powinien, a był przed naszym domem! Czytając to, siedząc w Polsce przed komputerem, historia może się wydawać dziwna. Czemu niby ktoś nie miałby przechodzić chodnikiem, czemu czyjaś obecność przy ogrodzeniu po godzinie 22 miałaby być jednoznaczna ze złymi zamiarami? Spieszę z wyjaśnieniem. W Managui, mieście stołecznym, cały ruch zamiera o godzinie 20 i nikt, komu życie jest miłe nie wychodzi po tej godzinie z domu. Od 21 na ulicach nie ma żywego ducha a ze swych nor wylegają złodzieje wszelkiej maści. Polski zakonnik podczas długich wieczorów opowiedział nam trochę o kraju, w którym mieszka już od dawana. O tym jak w dzielnicy, w której kiedyś rezydował co noc toczyły się walki pandilleros czyli miejscowych bandytów – strzelaniny, bójki na kamienie, pały, noże i kije. Sam musiał wozić do szpitala bandytów z wbitymi nożami w bebechy – gdyby odmówił pomocy, zostałby zadźgany. Opowiadał o tym ile razy został zaatakowany i okradziony na ulicy. O przeróżnych, czasem naprawdę zaskakujących metodach złodziejskich, jak np. przyczepianie się do podwozia samochodu aby wjechać wraz z właścicielem na teren posesji. O tym, że nie warto wyściubiać nosa poza próg domu po zmroku. Kilka lat temu, stary dziadek, który pełnił rolę stróża nocnego w parafii około godziny 22 zorientował się, że zapomniał czegoś z domu. Miał do przejścia zaledwie kilkaset metrów. Mimo tak późnej pory postanowił pójść do siebie zakładając, że na tak krótkim odcinku nic mu nie grozi – w końcu jego dom znajdował się tuż za rogiem. Po chwili od jego wyjścia rozległ się dzwonek do parafialnej bramy. Zakonnik, który otworzył wrota zastał dziadka słaniającego się na nogach, z rozprutym wzdłuż brzuchem, z własnymi wnętrznościami w rękach. Mimo natychmiastowego przewiezienia do szpitala, dziadek nie przeżył. Tutaj dowiedzieliśmy się, że w Managui trzeba mieć przy sobie kasę dla złodziei. Dziadek raz, że wyszedł o godzinie, o której się nie wychodzi, dwa że nie miał przy sobie tych 2-3 dolarów, które uratowałyby mu życie. Pandilleros nie lubią, gdy nie ma się dla nich przygotowanego haraczu. To tylko kilka z tuzinów usłyszanych od Jerzego historii. Na potwierdzenie ich prawdziwości, bardzo podobne i równie mrożące krew w żyłach opowiadali poznani miejscowi. A to pani wsiadła z mężem do taksówki, do której zaraz za rogiem wskoczyli uzbrojeni bandyci, w zmowie z taksówkarzem uprowadzili parę i z pistoletem przy skroni obrabowali. A to mąż sekretarki został napadnięty po pracy i ograbiony ze wszystkiego wraz z butami. Został tylko w majtkach, koszulce i skarpetkach. Inny pan z kolei jechał samochodem w biały dzień, z dwóch stron podjechali do niego motocykliści z wycelowanymi pistoletami. Po chwili to oni byli nowymi właścicielami jego samochodu. I tak mogłabym pisać w nieskończoność, bo nie jestem nawet w połowie opisywania zasłyszanych z pierwszej ręki opowieści. W zasadzie nie spotkałam ani jednej osoby w Managui, która nie byłaby choć raz w życiu napadnięta i ograbiona! Odpowiedź na moje naiwne pytanie, czemu policja nic z tym wszystkim nie robi padła bardzo szybko, tak szybko jak padły kolejne strzały nieopodal domu. Tym razem został zastrzelony policjant, który chciał schwytać złodzieja na motorze. Złodziej zastrzelił policjanta tuż przed bramą uniwersytetu, na oczach tłumów ludzi stojących na przystanku, po czym odjechał niespiesznie.

Początkowo ciężko mi było w to wszystko uwierzyć. Nasza dotychczasowa filozofia zakładała nie przejmowanie się takimi historiami, na zasadzie „no cóż ktoś miał pecha, nie znaczy, że ja go będę mieć.” Szybko przekonałam się, że pech w Managui ima się wszystkich, z nami włącznie. Raz pojechaliśmy z Jerzym do sklepu. Była godzina 19. Gdy wracaliśmy, w całym mieście wysiadł prąd. W mig pojawili się na ulicach zamaskowani motocykliści polujący na ofiary do obrabowania. Było zupełnie ciemno, a ludzie byli tak przerażeni, że pchali się na skrzyżowaniach w zupełnym chaosie, aby tylko jak najszybciej wrócić do domu. Gdy dotarliśmy do naszej bramy i już mieliśmy wjeżdżać na teren posesji, z ciemności wyłoniła się nagle czarna fura z trzema typami w środku. Minęli nas i zaraz zatrzymali się w niekomfortowej odległości. Już po kilku sekundach oczekiwania w napięciu na to, czy pojadą dalej, jasne stało się, że chcą nas zaatakować – być może w celu rabunku samochodu, być może w celu uprowadzenia go wraz z pasażerami. Być może też czekali aż Jerzy wysiądzie aby otworzyć bramę i będą mogli wtargnąć do domu. Nie wiemy jakie były ich zamiary. Wiemy jedynie, że mroczne. Kilka sekund wydłużyło się w nieskończoność. Zobaczyłam, że mężczyzna na tylnym siedzeniu przymierza się aby wysiąść samochodu. Gdy napięcie narosło do tego stopnia, że Jerzy już myślał o ucieczce na wstecznym, na szczęście nagle pojawił się „nasz” strażnik z gwizdkiem więc samochód niespiesznie odjechał, zatrzymując się wpierw jeszcze kilka metrów dalej – czekając na naszą reakcję. Strażnik, który wcześniej, zobaczywszy co się dzieje, zgasił latarkę i ukrył się ze strachu w mroku uliczki, rozgwizdał się na dobre, więc samochód przejechał kilka kolejnych metrów ale ponownie się zatrzymał. Jerzy rzucił szybko, że być może któryś z napastników wysiadł i pod osłoną nocy skrada się pod murem. Wjechaliśmy jak najszybciej na podwórze i zatrzasnęliśmy za sobą bramę. Strażnik gwizdał dalej, a my w świetle świec i czołówek wpatrywaliśmy się w ciemność, upewniając się, że nikogo nie ma na terenie posesji. Kilka godzin późnej usłyszeliśmy kilka wystrzałów z broni palnej, które padły gdzieś w pobliżu. Tamta noc minęła bez incydentów, chociaż jeszcze do 3 nad ranem nie mogłam zasnąć z powodu rozbrzmiewających co chwilę gwizdów. Myślę, że noc bez prądu w Managui to istny prezent dla złodziei, którzy za pewne mieli tej nocy ręce pełne roboty

Kilka dni później Jerzy oznajmił rano, że ktoś w nocy przeskoczył przez płot. Dowodem na to była zostawiona otwarta bramka. Od razu mnie ciarki przeszły. Niby cały dom miał kraty – i w oknach i na drzwiach, ale sama świadomość, iż ktoś łaził po podwórzu, nie była zbyt przyjemna. Kilka nocy później, znów mieliśmy złodzieja na terenie. Tym razem Jerzemu zginęło lusterko od samochodu. Dla mnie każda noc związana już była tylko z totalnym stresem. Każdy gwizd przyprawiał mnie o ciarki. Każdy gwizd oznaczał, czyjąś obecność przed domem. Ciągle wydawało mi się, że słyszę jakieś kroki pod oknem oraz w środku domu. Po drugiej wizycie złodzieja, byłam już tak zestresowana, że zaczęłam kłaść paralizator przy łóżku, aby mieć go w zasięgu ręki. Jednej nocy ciągle wydawało mi się, że ktoś chodzi po dachu. Strach opanował mnie do tego stopnia, że musiałam poprosić Krzycha, aby wbrew zakonnym zasadom, przyszedł spać ze mną w pokoju. Trudno opisać strach, który dusi od środka, zgniata klatkę, nie pozwala nabrać tchu, powoduję tak nagłe przyspieszenia tętna, jakby serce miało wyskoczyć przez uszy. Zaczęłam zastanawiać się, czy nie popadam w jakąś paranoję, jakąś irracjonalną nerwicę. Przecież wiadomo było, że w domu nikogo poza nami nie ma, a mi się ciągle wydawało, że jednak nie jesteśmy sami...Okazało się, że tamtejszej nocy mój irracjonalny strach, nie był nieuzasadniony. Rano, pojawiła się sekretarka, która zaczęła zamiatać kawałki suchej, skruszonej farby sprzed drzwi wejściowych. Po chwili zorientowała się, że coś jest nie tak – przecież nikt nie robił remontu, skąd więc okruchy farby? Spojrzała do góry i ku swojemu, a potem i naszemu przerażeniu, odkryła, że płyty poddasza są podważone. Ktoś w nocy próbował włamać się do domu przez dach!

Czułam, że puszczają mi nerwy. Jeszcze się nie otrząsnęłam po maczetnikach, dopiero co zeznawaliśmy w sądzie i musieliśmy oglądać z bliska parszywe mordy naszych oprawców, a teraz w Managui jeszcze omal nie padliśmy ofiarami kolejnego napadu, co noc rabusie kręcili się pod płotem, w pobliżu padały strzały, trzy razy w ciągu dwóch tygodni mieliśmy złodziei na terenie posesji i jeszcze ktoś próbował dostać się do okratowanego domu przez dach!

Miałam ochotę wsiąść w autobus i wyjechać z Nikaragui, a przynajmniej z Managui - miasta złodziei - jak najszybciej, ale z winy opieszałego, robiącego łaskę, konsula skazana byłam na to miasto i na ten kraj! I choć starałam się nie oceniać całego kraju, przez to co nas spotkało, po prostu już za bardzo zaczęłam bać się ludzi i miałam dość ciągłego stresu.

W końcu przyszedł upragniony, tak długo, zdecydowanie za długo wyczekiwany paszport tymczasowy! Wreszcie mogliśmy wydostać się z cholernego miasta złodziei. Mimo dodatkowo powiększonego przez dwutygodniowy pobyt w Managui strachu i stresu, zdecydowaliśmy, że jedziemy dalej rowerami. Nie ma co się poddawać a strach musi kiedyś w końcu przeminąć. Przed wyjazdem ze zgromadzonych dzięki Waszej pomocy środków udało nam się kupić mały, prosty aparat - jeszcze raz dziękujemy!

Wyjazd z miasta poszedł dość gładko. Bardzo szybko pojawiły się pola, łąki, małe chatki oraz piękne widoki na jezioro Managua i okoliczne wulkany.

Wyjazd z Managui

Jezioro w kraterze wulkanu oraz jezioro Managua w tle

3

Widok na dymiący wulkan zaraz za Managuą

Pierwszego dnia zrobiliśmy około 70 kilometrów i dotarliśmy do małej wioski. Tam okazało się, że każdy na nas bykiem patrzy i nie chce wyciągnąć pomocnej dłoni. Nie zamierzaliśmy spać na dziko i niemal na siłę wprosiliśmy się do miejscowych, którzy bardzo niechętnie zgodzili się abyśmy rozbili się na ich ganku. Kiedy już namiot był rozstawiony, a my układaliśmy się do snu, gospodyni oznajmiła nam, że na ten ganek często przychodzi spać włóczęga – wariat, który „raczej jest niegroźny” - po czym zatrzasnęła się w środku zaryglowawszy drzwi. Super! Szkoda, że nie mogła nam tego wcześniej powiedzieć. Nie minęło wiele czasu, gdy zbudziły nas bełkotliwe jęki – to właśnie ów wariat przyszedł nam potowarzyszyć w nocy, która zmieniła się w koszar. Do rana nie zmrużyliśmy już oka nie wiedząc do czego może być zdolny wrzeszczący, jęczący, wijący się, wygrażający pięściami w niebo obłąkaniec.

Nocleg na ganku

Nocleg na ganku w towarzystwie obłąkańca

Skoro świt, już o 5 rano ponownie byliśmy w drodze. Około południa dotarliśmy do dość ładnego, kolonialnego miasta León, którego kolorowe uliczki zaprosiły nas do spaceru i ogólnie turystyczna aura pozwoliła nam na chwilę zapomnieć o Managui i traumie ostatniej nocy.

Leon

León

Zaraz za León ponownie rozpostarł się wiejski krajobraz, jednak im bliżej granicy z Hondurasem, tym biedniej. Zaczęły znikać drewniane domy, które zastąpiły szałasy sklecone z kilku pali i czarnej folii.

Domy z folii

Domy z folii

w drodze

Zaraz za León ponownie rozpostarł się wiejski krajobraz

Po drodze co chwilę spotykaliśmy mężczyzn pasących krowy wzdłuż pobocza. Od sprzedawczyni z miejscowego baru dowidzieliśmy się, że wielu z nich to byli więźniowie oraz chłopcy z poprawczaka, którzy po wyjściu nie mogli znaleźć lepszej pracy niż posada pastucha. Aż trudno mi było uwierzyć w mojego pecha i zastanawiałam się, czy naprawdę wszystko musi być takie skomplikowane? Czemu jeszcze na koniec Nikaragui muszę mierzyć się z mijaniem kilkunastu typów dziennie z maczetami u pasa, o szemranym obliczu i jak się okazało równie szemranej przeszłości? Co za karma?!

Do miasta graniczącego z Hondurasem dotarliśmy przed południem. By nie powtórzyć błędu z poprzedniej granicy od razu udaliśmy się do hotelu, aby jak najszybciej zniknąć z oczu miejscowych cwaniaków, którzy oczywiście od razu nas namierzyli. W hotelu czekała nas miła niespodzianka. Spotkaliśmy niesamowitego Hiszpana, który wyruszył w swoje 70 urodziny w podróż ROWEREM dookoła świata. W drodze był już od 3 lat i twierdził, że jakoś około osiemdziesiątki piątki powinien rundkę mieć za sobą. Wspaniały człowiek, który jest żywym dowodem na to, że nigdy nie jest za późno na realizację swoich marzeń. Wystarczy tylko chcieć!

Hiszpan podróżnik

Kucharz z Katalonii wyruszył w podróz dookoła świata w 70. urodziny

To było naprawdę bardzo budujące i przyjemne spotkanie, które zakończyło pozytywnym akcentem naszą pełną grozy przygodę w Nikaragui. Nazajutrz czekał nas wjazd do Hondurasu.

 
Widok na jezioro Managua

Komentarze

Ameryka Centralna

Hej Kochani,
Przykro slyszec te opowiesci, ale uprzedzalem ze jest b niebezpiecznie. Bylem kilka razy i moze nie bylo az tak zle jak opisujecie ale tez bylo ciezko. Glowa do gory po deszczuu zawsze wychodzi slonce a to jest czescia waszych przygod i tak nalezy to traktowac.
Zreszata dodam ze tutaj juz powoli tez sytuacje bezpieczenstwa publicznego znacznie sie pogorszyla ale nie jest to jednak na takim poziomie jak w sasiadow.
 
michal

Koszmar

Nie przyszlo nam do glowy, ze moze byc tak niebiezpiecznie w czasie naszej tygodniowej podrozy po Nikaragui. Wracalismy czesto w Granadzie po nocy obwieszeni aparatami, idac dosyc dlugo, bo nasz hotelik byl na granicach miasta. Maciek z moim bratem wychodzili po zmroku obserwowac zycie nocne w centrum...O Managui nas ostrzegano, wiec nie bylismy. Wydawalo mi sie, ze musza byc jakies problemy, skoro nie piszesz. Mam nadzieje ze po takim dolku bylo juz tylko do gory...Usciski i czekam na dalszy ciag. Przyslij mi Waszego Skypa, bo nie widze Was na Fejsie - dobrze byloby pogadac od czasu do czasu.

Ciary!

Ada, Krzysiek, przechodzą mnie ciary jak czytam wasze przeżycia z Nicaragui! Aż trudno mi uwieżyć, że za tak wiele dobra jakie czynicie waszymi podrózami, dając ludziom nadzieję, że bardzo wiele rzeczy jest w życiu możliwe, los tak mocno was doświadcza!  Musimy chyba wszyscy nie tylko wipierać was słowem i otuchą czy finansowo ale także prosić dużo więcej o wsparcie z Niebios! Niech wam więc i Niebo i Ziemia sprzyja i błogosławi :)

Kochani! to jak film, szkoda

Kochani!
to jak film, szkoda tylko, ze tak realnie byl niebezpieczny.
Podziwiam Was- ja jestem z tych strachliwych i zadne takie klimaty...Cieszymy sie, ze juz poza Wami te atrakcje.
Czekamy na ciag dalszy.
Ucalowania

3mam kciuki!

Trzymam za Was kciuki! Oby teraz było już tylko lepiej!

Podziwiam wszystkich, którzy

Podziwiam wszystkich, którzy w tak fajny sposób spędzają czas.
http://mirat.eu

Podziwiam was za odwagę,

Podziwiam was za odwagę, wytrzymałość i determinację. Mnie by chyba nie było stać na takie coś. Lubię jazdę na rowerze i podróże lecz to chyba nie dla mnie. http://www.planners.pl

Wesołych Świąt!

Wesołych Świąt, odpoczynku i ogólnie wszystkiego najlepszego! Mam nadzieję, że miło spedzacie ten czas!Pozdrawiam serdecznie, Asia

kucharz z Katalonii

czy ten kucharz z Katalonii podróżuje też na rowerze?

Rower

Tak, kucharz z Katalonii podróżuje rowerem :)

:D

No to nie zabrakło adrenaliny :) Przynajmniej jest co wspominać, a takie nieprzewidziane zdarzenia są problematyczne, ale także wnoszą coś do życia podróżnika.