Mroczny Honduras

Dodane dnia 2015.06.14 -- Zaktualizowano dnia 2015.06.29

Wpis dotyczy kraju: HONDURAS

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: HONDURAS

23.09.2014, Choluteca

Przejście graniczne ufundowane przez rząd JaponiiNa granicy z Hondurasem stawiamy się wcześnie rano - tuż po wschodzie słońca. Ze względu na nasze bezpieczeństwo, nie chcemy powtórzyć błędu z poprzedniej granicy. Postanawiamy, że będziemy podróżować od świtu do wczesnego popołudnia czyli w czasie, gdy złodzieje i bandyci odsypiają po „pracy”. Nikaragua za nami. Uff! Ulga jednak nie trwa długo. Zarośnięte chaszczami przejście graniczne nie wzbudza mojego zaufania. Mimo, iż jest cicho i zielono, a przed nami rozpościera się wiejski krajobraz, jakoś nie czuję się bezpiecznie. Oczywiście mam świadomość, że to skutek niedawnego napadu, którego padliśmy ofiarami.

Staram się nie zwracać uwagi na niepewnośćStaram się więc nie zwracać uwagi na niepewność, którą odczuwam na tej pustej drodze. Pierwszymi spotkanymi tubylcami są pomysłowi samozwańcy – robotnicy drogowi, którzy stoją z łopatami przy dziurach w szosie i udają, że je zasypują ziemią. Gdy są mijani, unoszą nad dziurę łopatę pełną ziemi i proszą o pieniądze na wsparcie ich społecznej inicjatywy. Po otrzymaniu środków, gdy samochód znika za zakrętem, zaraz tę samą dziurę odkopują. Przypuszczam, ze proceder powtarza się w kółko, każdego dnia. Nie ujeżdżamy daleko od „robót drogowych”, gdy na pobocze wybiega kobieta i krzyczy „Biali, białaski, dajcie mi jakieś ubrania! Ubranka dla dzieci!” - tłumaczę, że nie mam ubrań dziecięcych ze sobą, ale kobieta biegnie dalej.

Docieramy do małego, przydrożnego sklepikuRazem docieramy do małego, przydrożnego sklepiku, do którego zbaczamy z nadzieją, że kobieta nas zostawi. Okazuje się, że jest jego współwłaścicielką. Ze środka wychodzą jeszcze dwie kobiety, ale na szczęście nie przyłączają się do próśb o ubrania. Patrzą za to na nas ze zdumieniem i pytają „A wy nie boicie się tak na tych rowerach...?” Udaję, że się nie boję i pytam - „A jest tu czego się bać o tej porze dnia?” Kobiety patrzą po sobie, jak bym zadała jakieś głupie pytanie, na które wszyscy znają oczywistą odpowiedź. Najstarsza, odpowiada z lekkim ociąganiem - „Nooo jeest się czego bać. Nie słyszeliście o tych biednych rowerzystach?” - Kiwamy przecząco głowami. Kobieta ciągnie dalej - „No tu, niedawno, o tam – spójrzcie, tam na zakręcie. Strasznie krzyczała.” - Czuję, że nie mam ochoty słuchać dalszej części tej opowieści ale kobiety ciągną nie proszone - „O tam, na zakręcie. Widzicie, tam na przełęczy. Niedawno zamaskowani, uzbrojeni bandyci napadli na turystów na rowerach. Okradli biedaków ze wszystkiego – buty, skarpety im zabrali. Biedaczkę zgwałcili na dodatek. Zupełnie nadzy po drodze szli! Jeszcze przed zmierzchem było. Biedaczka!” Czuję jak kurczy mi się żołądek.  - „A to skoro słyszeliście krzyki, czemu nie pomogliście” - pytam. Kobiety spuszczają wzrok i patrzą sobie przez dłuższy czas na buty. Starsza znów się odzywa - „Bo my nie słyszeliśmy, to za daleko było. Sąsiedzi mówili, że słyszeli.” Wiem, że kłamią, ale nie dziwię im się, że nie chciały nosa z chaty wyściubiać. Pewnie same były przerażone. Dociera do mnie, że jesteśmy w kolejnym kraju, w którym jesteśmy narażeni na realne niebezpieczeństwo i ponownie w kraju, w którym nikt nam nie pomoże! Próbuję jeszcze sama się pocieszyć i mówię - „No ale teraz jest dopiero 8 rano. Chyba o tej porze to nic nam nie grozi?” Kobiety znów mają miny, jakbym wygadywała jakieś głupoty. Ta, co za nami biegła mówi - „Pani, tu jest niebezpiecznie niezależnie od pory dnia i nocy. Nawet dla nas - miejscowych nie jest bezpiecznie. My jak już wrócimy z pola, to nie wychodzimy z chałupy. Ja to się zamykam już po 17-stej!” -  Nie cierpię słuchać sensacji od wioskowych bab, bo te niezależnie od zakątka świata, zawsze lubują się w opowiadaniu najmroczniejszych wydarzeń z okolicy oraz z gazet i telewizji. Gdybyśmy słuchali tych opowieści, daleko byśmy w naszej podróży nie ujechali. Tym razem jednak jakoś nie mam ochoty obalać mitów i udowadniać, iż mimo że niedawno zgwałcono tu rowerzystkę z Europy, to miejsce nadal jest bezpieczne. Nie mamy jednak wyjścia. Musimy jechać dalej. Przecież nie zamieszkamy z kobietami w ich chacie, a i zawracać się do Nikaragui nie ma sensu. Ruszamy przed siebie. Na horyzoncie majaczy zakręt, o którym była przed chwilą mowa. Wiem, że prawdopodobieństwo, że coś nam się stanie o tej porze dnia jest znikome. Mimo to, modlę się w duchu, aby jechało teraz jak najwięcej samochodów. Nie chcę abyśmy na zakręcie byli sami. Niestety ruch jest prawie zerowy. Na szczęście mijamy felerne miejsce bez kłopotów.

Strażnik wraca po pracy autostopem. Zatrzymał kierowcę wymachując strzelbą. Może taki pasażer jest nawet mile widziany. Zapewnia bezpieczneństwo.Po napadzie w Nikaragui, ciągle wyczekiwałam opuszczenia tego kraju. Myślałam, że wraz z przekroczeniem granicy, moja trauma po napadzie minie. Honduras nie przywitał nas jednak pozytywną aurą. Czuję, że nie mam już żadnej przyjemności z  podroży przez ten region świata. Wstajemy codziennie po 4 i wyruszamy przed 6, żeby zdążyć przed złodziejami, zanim ci zbudzą się po nocnych rozbojach, a o 14 już szukamy bezpiecznego miejsca na nocleg. Ludzie biegną za nami i krzyczą „daj mi jakieś ciuchy, daj mi kasę” a maczeta wisi im u pasa. Zaczynam zastanawiać się, po co mam się tu męczyć, ryzykując życie? W imię czego? Po głowie zaczyna mi chodzić wsiąście w autobus i wydostanie się nim z Hondurasu jak najszybciej. Z drugiej strony, takie myśli miałam też w Nikaragui. Zdecydowaliśmy się jednak jechać dalej i nie spotkało nas nic złego.

Wioskowe pranieW południe docieramy do miejscowości Choluteca. Centrum miasteczka jest bardzo ciche, ładne i kolorowe. Na zacienionym placu, miejscowi przeczekują w półśnie największy upał. Znajdujemy mały hotel i zatrzymujemy się w nim, aby przemyśleć dalszą strategię działania.

Ponieważ miasto wydaje się dość bezpiecznePonieważ miasto wydaje się dość bezpieczne, udajemy się na zakupy na miejscowy targ. Gdy tylko tam się zjawiamy, Kris mówi do mnie spokojnie ale i stanowczo - „Zostaliśmy namierzeni. Obczaja nas sześciu młodych gości. Nie patrz w lewo. Idziemy przed siebie, idziemy!” Nie patrzę, ale czuję napięcie i wiem, że powinniśmy się stamtąd jak najszybciej zmyć. Ruszmy wprost do otwartych drzwi autobusu, z nadzieją, że może odjeżdża i zabierzemy się nim kilka ulic dalej, byle by zniknąć z oczu podejrzanych typków. Niestety autobus nigdzie nie jedzie. Odwracam się i widzę...Widzę ich. Rzeczywiście jest ich sześciu i trudno nie zauważyć, że się na nas zasadzają. Próbujemy opuścić bazar, przedostać się w stronę ulicy. Mężczyźni jednak starają się nas okrążyć. Jeszcze trzymają duży dystans. Wszystko wygląda na pozór normalnie, ale dzięki przytomności Krzycha, wiemy do czego ta sytuacja zmierza. Widzę jak łypią na nas ukradkiem oraz na siebie porozumiewawczo. Czuję się, jak bym miała zaraz paść ofiarą stada hien. Przebiega mi przez głowę jeszcze cień nadziei, że przecież nie może nam się stać krzywda w biały dzień, w tłumie ludzi. W tym momencie rozglądam się dokoła i orientuję, że tego „tłumu” ludzi już nie ma! Nagle gdzieś się wszyscy rozpierzchli. Pan, który przed chwilą jeszcze stał tu ze sznurówkami wyparował, staruszek ze śmietaną i ten od cebuli też. Jeszcze tylko starsza babcia, nieporadnie, w popłochu zwija koc, na którym miała rozłożone warzywa. Czuję, że coś jest naprawdę nie tak! Rozglądam się wokół i widzę, że została jedna pani, która smaży coś na ogromnej patelni, której nie jest w stanie zabrać. Za głosem jakiegoś instynktu wycofujemy się w stronę tej pani. Wiemy, że ona nie może uciec. Nie może zebrać swojego kramu z kilka sekund. Idziemy niemal tyłem, nie spuszczając zbirów z oczu. Gdy docieramy do pani, stajemy za nią, pod płóciennym daszkiem. Widzę że ma panikę w oczach i niemal jakby mówi nam bezgłośnie - „Tylko nie tu!” Zbiry zaczynają się niby od niechcenia, ale powoli do nas zbliżać. Nagle zatrzymuje się busik, z którego wysypuje się niczego nie świadomy tłum. Ludzie ustawiają się w kolejce do pani. Sprzedawcy, którzy właśnie przybyli na handel wyładowują swoje towary. Pomocnik kierowcy nawołuje zbierając kolejnych pasażerów. Matka z płaczącym dzieckiem przystaje akurat obok zbirów i zaczyna sobie poprawiać bobasa na plecach. Wykorzystujemy zamieszanie na szybką ocenę sytuacji. Nieopodal widzę zaparkowaną taksówkę. Rzucam do Krzycha - „Teraz!” Szybkim, zdecydowanym krokiem przemierzamy metry dzielące nas od pojazdu. Myślę sobie - „Tylko nie biegiem, tylko nie biegiem!”. Wskakujemy do taksówki, blokujemy wszystkie drzwi i wyrzucamy głośno - „JEDŹ!!!”

W hotelu opowiadamy co nam się przydarzyło. Miejscowa obsługa nie jest zbyt zdziwiona. W zasadzie, najbardziej dziwi ich to, że udało nam się umknąć. Gdy pytam o zachowanie handlarzy mówią, że nikt nie chciał być świadkiem napadu na nas. Każdy, kto mógł chciał się stamtąd jak najszybciej zwinąć. Nie mieć z tym nic wspólnego. Ci ludzie handlują tam codziennie. Sprzedaż na targu to jest ich „być albo nie być”. Nikt nie chce mieć zatargów ze zbirami, których prawdopodobnie wszyscy znają i w trosce o własne bezpieczeństwo nawet i prawdopodobnie karmią. Wszyscy zgodnie przytakują, że Salvador, do którego mamy jutro wjechać, jest jeszcze niebezpieczniejszy.

Hotel, w którym się zatrzymaliśmy - to nasza "ostoja spokoju"Trudno mi się otrząsnąć. Zaczynam poważnie rozważać opcję wyjazdu autobusem. Nie widzę powodu do dalszego pedałowania przez Honduras. Życie mi się nie znudziło i nie marzy mi się kolejny napad a tym bardziej gwałt przez zdesperowanych Honduraszczyków. Najgorsza jest świadomość, że coś nam się możne stać i nasze rodziny nigdy się nie dowiedzą co i gdzie.

Oczywiście słyszę już głosy protestu, tych którzy tędy rowerami przejechali i nic im się złego nie stało. Oczywiście, mam nadzieję, że takich jest więcej niż tych, których spotkał zły los. Rozumiem bardzo dobrze tych, którzy na podstawie własnych doświadczeń mówią nam, że bardzo fajnie było w Hondurasie czy Salvadorze i zachęcają do dalszej jazdy. Jeden znajomy rowerzysta, który przejechał pomyślnie przez te rejony, gdy podzieliłam się z nim moimi rozterkami napisał - „Adela, zmień nastawienie. Już wyczerpałaś limit złych przygód. Teraz spotkają Cię już tylko dobre.” My też przez 4,5 roku w drodze, zanim nie dotarliśmy do Nikaragui, nie doświadczyliśmy żadnych zagrożeń ze strony ludzi i też, gdy słyszeliśmy, że jacyś rowerzyści boją się jechać przez dany kraj, bo tam rabują, śmialiśmy się w duchu z tego. Stałą moją śpiewką było - „No to co, że kogoś napadli. Codziennie na świecie ludzie są napadani. W Polsce też rabują. To co, mamy w ogóle nie wychodzić z domu?” Prawda jest taka, że jeśli się tego samemu nie przeżyje, nie da się wyobrazić sobie uczuć i emocji, które pozostawia po sobie napad i związany z tym stres. Oczywiście każdy jest inny. Tak samo jak i my z Krzychem. Na mnie ewidentnie cała sytuacja dużo mocniej się odbija. Kris jest gotów jechać dalej rowerem. We mnie oczywiście odzywa się ambicja, która zakłóca mi trochę przytomną ocenę sytuacji. Gdy myślę o autobusie coś się jednak we mnie burzy. Mam poczucie, że jeśli nie pojadę dalej rowerem, to tak jakbym przegrała walkę ze strachem, to tak jakbym się poddała bez walki. Poza tym, już nie będę mogła powiedzieć, że przejechałam całą Amerykę Środkową ROWEREM. Zaczynam zastanawiać się, czy ambicja jest moim sprzymierzeńcem? Po raz pierwszy w tej podróży czuję, że nie jestem w bezpiecznym kraju i wcale nie czuję, że wyczerpałam „limit złych przygód.” Myślę sobie, że jeszcze tyle lat podróży przed nami, tyle jeszcze pięknych zakątków Ziemi. Czy warto ryzykować dla przejechania tego skrawka honduraskiej ziemi?

 

Komentarze

Hohoho!

Teraz lepiej rozumiem, skąd to milczenie... Nie chcialbym być na miejscu Waszych rodzin i czytać takie rzeczy wiedząc, że ciągle tam jesteście... Zastanawiam się, czy w końcu wsiedliście do tego autobusu. Rozumiem ten dylemat. To jak koan zen, w odmianie dla rowerzystów wyczynowców.

Hej Grzesku! Honduras

Hej Grzesku!
Honduras dostarczył nam wiele wrażeń ;)
Ciag dalszy nastąpi.
Jak sie toczy życie w raju?
Pozdrowienia dla Rosity