MOZAMBIK - łodzią przez rzekę, rowerami przez busz.

Dodane dnia 2011.08.26 -- Zaktualizowano dnia 2014.04.15

Wpis dotyczy kraju: MOZAMBIK

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: MOZAMBIK

MOZAMBIK

25.08.2011, DZIEŃ III
To już trzeci dzień w Mozambiku. Wrażenia są niezwykłe! Naprawdę bardzo się cieszę, że zdecydowaliśmy się tu przyjechać! Zdarzyło się już tyle, że mam uczucie, jakbym była tu co najmniej od tygodnia!

W polskiej wersji Wikipedii, przeczytałam, że Mozambik jest jednym z najbiedniejszych krajów świata. Takie stwierdzenia są dla mniCiekawskie dziecie zawsze dodatkową zachętą. Z mojego dotychczasowego doświadczenia – im kraj był biedniejszy i im gorszą reputacją dotyczącą bezpieczeństwa się cieszący – tym fantastyczniejszych spotykaliśmy ludzi i tym fantastyczniejsze mieliśmy przygody. Jedynym wyjątkiem jest tu Etiopia, w której co dzień dzieci rzucały w nas kamieniami i niewiele w związku z tym spędziliśmy tam przyjemnych dni. Oczywiście entuzjazm dotyczący krajów niebezpiecznych, ograniczam do pewnego marginesu rozsądku. Nie spodziewam się np., że Somalia, skoro uznawana za biedną i niebezpieczną, będzie fajna dla rowerzysty. Ale z kolei, gdy usłyszeliśmy od ambasadora PL w Nairobi, że pod żadnym pozorem mamy nie jechać do Zimbabwe, bo kraj ten się rozpadł, żadna państwowość tam nie istnieje, szaleje inflacja i panuje anarchia, od razu wymieniliśmy z Krzychem porozumiewawcze spojrzenia i oczywiście teraz Zimbabwe jest następnym krajem na liście:-)
Wracając do Mozambiku. Polska Wikipedia posiada dane z 2003 roku i nie podaje informacji, które można wyczytać w nowszych źródłach. A  mianowicie, że Mozambik, uważany jest za wschodzącą gwiazdę Afryki Wschodniej. Za wzór sprawnej odbudowy infrastruktury, gospodarki i wprowadzania demokracji.  

Po odkryciu przez  Vasco da Gamę w 1498 r, Mozambik w 1505 r stał się kolonią portugalską. Portugalczycy zainteresowani byli jednak jedynie wybrzeżem i kopalniami złota, inwesMocimboa da Praiatując tylko w te obszary, resztę kraju pozostawiając zaniedbaną i z zerową infrastrukturą. Jest to dużym kontrastem w porównaniu z byłymi koloniami brytyjskimi, w których zbudowano sieć dróg, koleje, szpitale, szkoły itd. Choć kraje będące pod Brytyjczykami były eksploatowane w łupieski sposób,  mimo wszystko Anglicy zostawili tu po sobie drogi, jakiś model administracji, edukacji, wodociągi, prąd itd. W Mozambiku wyglądało to zupełne inaczej. Po pierwsze Portugalczycy nie stworzyli tu żadnej infrastruktury, a do tego wycofując się w 1975 r, niszczyli swoje przybytki, zatapiali statki a studnie zalewali cementem – zostawili Mozambik zacofany i pogrążony w totalnym chaosie. Zaraz po tym, rozpoczęła się w Mozambiku podjudzana przez RPA wojna domowa, która trwała przez 17 lat! Gdy wreszcie podpisano w 1992 r zawieszenie broni, Mozambik był jedną, wielką ruiną. Od tamtej pory sytuacja polityczna się ustabilizowała, a kraj powstaje niczym feniks z popiołów.

Na razie, jesteśmy jeszcze na dalekiej północy, więc czujemy, że nie zaczął się na dobre „prawdziwy” Mozambik. Jedziemy przez małe wioski rybackie, w których czuć mocne wpływy zza Tanzańskiej granicy – Portugalski nie jest tu zbKobiety przy pompieyt powszechny, wszyscy mówią w Suahili – tym samym języku, którym mówi się w Kenii i Tanzanii. Pod wieloma względami czuję się jakbym wciąż była w Tanzanii, a pod wieloma, czuję się tak, jak bym wróciła do Etiopii. Podobieństwa do Tanzanii, to niczym nie różniący się strój, ten sam język, podobne gliniane chaty pokryte strzechą, podobne, radosne usposobienie ludzi. Podobieństwa z Etiopią to bieda i brak edukacji, które przejawiają się w żebraniu i uciążliwej, stałej obecności gapiów podczas każdej czynności. W Kenii i Tanzanii, nikt na nas nie zwracał uwagi. Gdy np. jedliśmy, ludzie zatrzymywali się, żeby nas pozdrowić, po czym oddalali się bierząc do swoich spraw. Tutaj zaś, ludzie zachowują się dokładnie jak w Etiopii. Gdy już nas zauważą, zatrzymują się jak zahipnotyzowani i nie mogą przestać się gapić. Z chwili na chwilę, tłum robi się coraz większy, ludzi przybywa, i kiedy jest ich już z 10-tka to zaczynają się głośne debaty i komentarze tuż nad naszymi głowami, po czym zaczyna się jeszcze nawoływanie wioski, żeby każdy mógł przybiec nas popodziwiać. Bardzo ciekawe jest to zjawisko. Zastanawiamy się z Krzychem, czy jest to sprawa majętności, edukacji, kultury, czy wszystkiego na raz? Przecież Tanzania miejscami wcale nie była bogatsza, od tutejszych obszarów Mozambiku a jednak nikt nie żebrał. W niektórych rejonach też nie było szkół – a jednak ludzie nie zbierali się wokół nas, jakby cyrk przyjechał do wioski...W Tanzanii też nikt się nas nie bał. Jest to bardzo zaskakujące, bo choć miejscowi mają komórki, noszą dżinsy i koszulki FC Barcelony, na każdy nasz ruch uciekają w krzaki, aż się za nimi kurzy. Czasami są to naprawdę kuriozalne sytuacje jak dziś -  zatrzymaliśmy się, żeby napić się wody z bidonu, wokół nas natychmiast zrobiło się zbiegowisko, Krzycho podniósł nogę (nie zsiadając z roweru), żeby się podrapać przy kostce i nagle zobaczyliśmy, jak wszyscy czmychają w krzaki! Jesteśmy tu zaledwie 3 dni a już wielokrotnie zdarzyło nam się niechcący wypłoszyć tłum, który uciekał w popłochu. Na czym to polega, że w położonej jedynie za rzeką Tanzanii, ludzie są zupełnie inni? Nie znamy odpowiedzi jeszcze na to pytanie. Mamy jedynie nadzieję, że nie odnajdziemy w tym kraju większej ilości podobieństw z Etiopią, bo na razie bardzo nam się tu podoba.

Wstecz, czyli DZIEŃ I, 23.08.2011
Z noclegu wyruszyliśmy bladym świtem, żeby stawić się na granicy z sameKilambogo rana. Po 12 km jazdy  piaskową drogą, naszym oczom ukazała się piękna wioska z glinianych domów ze słomianymi dachami. Okazało się, że to już Kilambo. Było to naprawdę miłym zaskoczeniem, ponieważ dotychczas wszystkie miejscowości przygraniczne były tłumne, brudne, obskurne i pełne podejrzanych typków. Tu, w Kilambo,było czysto, panowały cisza i spokój. Wioska właściwie dopiero budził się do życia, a naganiacze zachęcający do skorzystania z łodzi lub wymiany waluty, choć liczni, byli jeszcze bardzo zaspani.

 

 

ODPRAWA
Odprawa, choć przeciągnięta wieloma pytaniami odnośnie naszej podróży, poszła sprawnie. Problemy zaczęły się na posterunku policji, gdzie miały być sprawdzane nasze bagaże. Pijany policjant, który dziabnął sobie ostro już z samego rana, doczepił się do tego, że na naszych rowerach powiewają polskie flagi. Podniesionym głosem zaczął mówić, że jesteśmy w Tanzanii i inne flagi nie są tu dozwolone. Kazał pokazać nam dokumenty zezwalające na podróż z flagą Polski. Gdy Krzycho odpowiedział mu, żeby pokazał nam dokument zabraniający wiezienia naszej flagi, pijak wkurzył się i jeszcze bardziej podniesionym głosem kazał nam natychmiast ściągnąć nasze flagi. Nie zamierzałam tego robić i jakoś udało mi się na głupa wybrnąć z impasu, tłumacząc w Suahili, że Polandi i Tanzania to rafiki, i że Tanzania to przecież kraj hakuna matata, czyli, że Polski i Tanzania to przyjaciółki, i że Tanzania jest krajem bezproblemowym. Policjant podchwycił tą nutę, rozchmurzył się, i zaczął ściskać nam ręce i powtarzać, że Polska i Tanzania to przyjaciele.

PRZEPRAWA
Do Ruvumy, rzeki wytyczającej granicę pomiędzy Tanzanią a Mozambikiem, musieliśmy podjechać jeszcze 5 km. Byłam trochę poddenerwowana i nastawiona bojowo, bo wiedziałam, że dużo zajmie nam czasu targowanie się i oPrzeprawa rganizacja łodzi za normalną cenę. Od spotkanych wcześniej Amerykanów wiedzieliśmy, że za przeprawę z motorem, skasowano ich po 30 Dolców! Nie zamierzałam zapłacić więcej niż 10 Dolarów, dlatego więc stresowałam się na myśl o tym, ile mi zajmie, zanim dobiję targu. Traf chciał, że doczepił się do nas jeden z naganiaczy. Skądś szybko zorganizował sobie rower i odsadził biegnący za nami tłumek konkurentów. Przez długi czas, zupełnie gościa ignorowaliśmy, postrzegając go jako natręta. Gościu jechał jednak za nami twardo, mieląc nogami na za małym rowerze. Gdy już zbliżaliśmy się do rzeki, a facet choć cały spocony, nadal  dotrzymywał nam tempa, postanowiłam spróbować dobić z nim targu. Okazało się, że zmęczony jazdą, gotów był przystać na cokolwiek. Do tego podchwycił ulubioną w Tanzanii nutę, że Tanzania to rafiki, czyli przyjaciel i tak, po przyjacielsku, zgodził się zabrać nas za 10 000 Tanzańskich szylingów od osoby, czyli za 20 PLN. Potem, wszystko poszło już bardzo sprawnie. Podpłynęła mała rybacka łódź, w której jakimś cudem zmieściliśmy się w pięć osób wraz z naszymi rowerami. Odbiliśmy od brzegu i odpychani długim kijem, zaczęliśmy sunąć cicho po wodach Ruvumy. W międzyczasie, na łódce, pozbyliśmy się reszty Szylingów, które zamieniliśmy na mozambickie Meticale. Zawsze w takich sytuacjach towarzyszy mi lekki niepokój – czy te pieniądze nie są fałszywe? Czy potem nie okaże się, że nas jakoś wyrolowali? Ale co zrobić, skoro Meticali nie można nabyć poza Mozambikiem, a najbliższy bankomat jest dopiero w Mocimboa da Praia, za 120 km? Nic, trzeba zaryzykować wymianę na czarnym rynku. Na wypadek, gdyby okazało się, że zostaliśmy oszukani, pocieszałam się, że przynajmniej wymiana ta odbyła się w bardzo czarownych okolicznościach:-)
Po chwili dobiliśmy do drugiego brzegu. Naszym oczom ukazała się plaża i trzciny. Gdzie jest Mozambik? - spytaliśmy. Spoko, spoko, zaraz wam pokażemy. W piątkę zaczęliśmy W Afryce nie ma rzeczy niemozliwychpchać po piachu nasze objuczone rowery  Po paru minutach okazało się, że goście przewieźli nas tylko przez kawałek zakrętu, nadal jesteśmy po stronie Tanzańskiej i musimy wziąć jeszcze jedną łódź, żeby faktycznie dostać się na stronę Mozambiku. Pogodziliśmy się z tym, że zostaliśmy oszukani i nawet nie chciało mi się z gostkami dyskutować. Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, okazało się, że wszystko przebiegło zgodnie z umową i druga łódź zabrała nas w ramach tej samej opłaty. Tym razem była to mała dłubanka z żaglem. Ledwo się do niej wszyscy załadowaliśmy, a woda prawie przelewała się przez burtę. Na środku rzeki, zobaczyliśmy jak tutejsi mistrzowie żeglugi, transportują na drugi brzeg auto terenowe, które stoi na deskach, położonych na 3 związanych ze sobą łódkach rybackich! To jest dopiero sztuka! W tamtej chwili zrozumiałam, że przewiezienie naszych rowerów, o których bezpieczeństwo tak się bałam, to dla miejscowych czysta gratka!
Na drugim brzegu, chłopcy chcieli wyciągnąć od nas jeszcze kasę za to, że pchali nasze rowery po piachu, ale ostatecznie zadowolili się uśmiechem, przybiciem piątki i tym, że Polandi i Tanzania to rafiki.
I tak oto dotarliśmy do Mozambiku!:-)

Do posterunku granicznego, po tej stronie rzeki, mieliśmy kolejne 5 km. Piaskowa droga wiodła przez gęsty busz i całkowite bezludzie. Szybko znikły za nami chaty, a na początku trasy, powitała nas wielka, słoniowa kupa, jeszcze wilgotna od spodu. Trochę pchając, trochę jadąc, dotarliśmy do Namoto. Pierwsze słowa po portugalsku i wreszcie pieczątka wjazdowa została wbita do naszych paszportów. Witaj MOZAMBIKU:-)

Po dwugodzinnej sjeście pod posterunkiem granicznym, po 13 – stej ruszyliśmy w dalszą drogę. Nad szlabanem Buszwidniała informacja, że najbliższa wioska – Quionga – jest za 15 km, a od Palmy – pierwszego miasteczka, dzieli nas 40 km. Ponieważ godzina była jeszcze wczesna, a dystans niewielki, byliśmy pewni, że niebawem dotrzemy do Quiongi, zrobimy zakupy i być może jeszcze dziś dojedziemy do Palmy. Wszystko potoczyło się jednak zupełnie inaczej. Gdy tylko opuściliśmy granice posterunku, naszym oczom ukazał się gęsty, nieprzenikniony busz, przecięty jedynie nitką piaskowej drogi. Początkowo jechało nam się całkiem nieźle. Rowery dość gładko sunęły po piasku, a my delektowaliśmy się faktem, że po raz PIERWSZY na naszej afrykańskiej trasie znaleźliśmy się w prawdziwym buszu. Bez chat, bez przerzedzonego pobocza, bez wycinek, bez plantacji, słowem – bez jakichkolwiek śladów człowieka.
Pojawiły się jednak inne ślady – wielkie, ogromne słoniowe kupy. Ponieważ wszystSloniowe kupykie były wyschnięte, jechaliśmy niespiesznie, podekscytowani nową przygodą. Rozprawialiśmy o tym, jak ten zdałoby się głuchy busz, musi ożywać nocą, i o tym, jak to dobrze, że do wioski jest tak niedaleko. W pewnym momencie od strony rzeki nadjechał pick up z pasażerami. Kierowca zaczął namawiać nas na to, żebyśmy załadowali rowery na pakę i zabrali się z nim. Bardzo nam się podobała okolica i nie widzieliśmy powodu, dla którego mielibyśmy jechać autem. Kierowca powiedział, że zabierze nas za darmo i zaczął niemalże prosić, żebyśmy się zgodzili. Kiedy zaczęliśmy tłumaczyć, że dobrze nam tu, i że nie ma problemu - hakuna matata. Pasażerowie chórem odezwali się - „Matata, matata. Simba matata! - czyli „Problem, problem. Lew problem!” Ponieważ już niejednokrotnie słyszeliśmy takie opowieści, uśmiechnęliśmy się z niedowierzaniem i pożegnaliśmy zatroskanych tubylców.
Po paru kilometrach, droga zamieniła się w grząski piach, w którym nasze rowery zapadały się co i rusz. Momentami nie dało się zupełnie jechać a pchać też było trudno. Na podjazdach, musieliśmy sobie pomagać wzajemnie, bo żadne z nas nie było w stanie samodzielnie wtachać swojego roweru pod górę. Po godzinie jazdy w takich warunkach, okazało się, że przebyliśmy jedynie 3 km!  W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że słoniowych kup przybywa na każdym kroku, a z buszu co chwilę zalatuje zwierzyną – zapachem, który znaliśmy tylko z ZOO. Choć adrenalina trochę zaczęła buzować mi w żyłach, uspakajałam się tym, że kupy były suche. Nagle natknęliśmy się na wielką, mokrą kupę i jeszcze większe, okrągłe odciski słoniowych nóg. Z buszu znów buchnął odór zwierzyny. Zawsze myślałam, że jeśli uda mi się zobaczyć ślady słonia, na pewno je sfotografuję. Rzeczywistość zweryfikowała te wyobrażenia – nie myślałam o niczym innym jak o tym, żeby czym prędzej brać nogi za pas! PotykPod gore po piachuając się i spoglądając co chwilę w lusterko, błagałam mój rower, żeby ujechał choć przez najbliższy kilometr nie brnąc w piachu! Zbliżała się godzina 15, a od Quiongi dzieliło nas jeszcze 8 km bezludnego buszu. Biorąc pod uwagę fakt, że słońce zachodzi o 17 – stej, a my przemieszczaliśmy się 3 km na godzinę, sytuacja zaczęła robić się nieciekawa. Już mi się wcale tak ta przygoda nie podobała. Pchałam spiesznie, głośno śpiewając – bynajmniej nie z rozpierającej mnie radości, ale żeby nie zaskoczyć słonia na ścieżce. Na piasku wszędzie były ślady jakichś zwierząt. Zapewne miejscowi, potrafiliby odczytać, kto tędy szedł, kiedy i jakich był rozmiarów.  Ja niestety umiałam tylko odczytać, że przekicał tędy jakiś ptaszek, tędy przemknęła jakaś jaszczurka a tamtędy przemknął jakiś wąż. W pewnym momencie ku naszemu zaskoczeniu, zobaczyliśmy, że w środku buszu, na drodze bawiła się gromada dzieci – na piasku pełno było odciśniętych małych łapek. Po chwili zagadka się rozwiązała - usłyszeliśmy trzask gałęzi i na drogę wyległa banda małp:-) Ok 17-stej, pojawiły się pierwsze sady drzew nerkowca i pierwsze chaty. Do wioski mieliśmy jeszcze 3 km – czyli godzinę „jazdy”. Rozbiliśmy się więc tuż obok czyjegoś domu, z nadzieją, że słonie nie będą się tędy nocą przechadzać. Ponieważ jednak jakieś 500 m od naszego noclegu, widziałam ostatnią kupę, całą noc spałam niespokojnie, nasłuchując wszystkich odgłosów buszu.

Wstecz, czyli DZIEŃ II, 24.08.2011
Ponieważ spaliśmy przy czyjejś chacie i nie chcieliśmy mieć wizytacji z samego rana, wstaliśmy skoro świt i o 5.30 byliśmy już w drodze. Nie zjedliśmy nawet śniadania, ponieważ chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do Quiongi, do której mieliśmy jedynie 3 km. Obstawialiśmy, że w niecałą godzinę stawimy się w wiosce. Droga była jednak tak fatalna, że w ogóle nie dało się jechać. Co chwilę musieliśmy pchać rowery we dwoje, jeden po drugim. Po godzinie, o 6.30, mieliśmy pokonaną zaledwie połowę dystansu! Słońce już paliło mocno. Zgrzani i głodni, zatrzymaliśmy się w cieniu na śniadanie, jeszcze z tanzańskich resztek.
Do Quiongi dotarliśmy dopiero o 8, po 2,5 godzinach. Tyle zajęło nam pokonanie 3 kilometrów! Naszym oczom ukazał się luksusowy domek położony na skarpie z widokiem na Ocean i las namorzynowy. Właścicielami okazali się być biali Południowoafrykańczycy. Dowiedzieliśmy się od nich, że do Palmy mamy jeszcze 25 km równie grząskiej drogi. Załamani zaczęliśmy liczyć ile DNI zajmie nam pokonanie tej trasy, jeżeli ostatnie 3 km pokonywaliśmy przez 2,5 godziny! Dowiedzieliśmy się też, że prawdą były opowieści o lwie, które słyszeliśmy dzień wcześniej od miejscowych. Południowoafrykańczycy powiedzieli, że w tych okolicach, co roku 2 – 3 osoby są pożerane przez lwy. Ponieważ nie zostaliśmy zaproszeni nawet na chwilę do cienia, nabraliśmy wodę do pełna (18,5 litra Krzycho, 7 litrów ja) i ruszyliśmy w dalszą drogę.
Wioska Quionga okazała się zapadłą dziurą z jakimś post portugalskimi Jak w Etiopiipomnikiem, budynkiem szkolnym i targiem warzywnym. Ludzie oblegli nas ciasnym kręgiem, zupełnie jak w Etiopii. Już tyle miesięcy nam się to nie zdarzyło, że prawie zapomnieliśmy jak to jest. Od razu mi się przypomniało jak bardzo tego aspektu podróży przez Afrykę nie lubię! Wpatrzone dziesiątki oczu i głośne komentarze polegające przeważnie na tym, że jedna osoba tłumaczy co widzi, a pozostali głośno cmokają, ciamkają i potakują a następnie przystępują do głośnej debaty, która trwa prawdopodobnie jeszcze długo po naszym odjeździe:-) Na targu oprócz chleba, manioku i cebuli nie było nic, ruszyliśmy więc dalej. Cała wioskowa dzieciarnia pobiegła za nami drąc się i wyśmiewając z nas gdy z mozołem pchaliśmy objuczone rowery pod górę. Na szczęście udało się je przepłoszyć robiąc im zdjęcia. Najwyraźniej tutaj też, tak jak w większej części Tanzanii, ludzie uciekają gdy wymierza się w nich obiektyw aparatu. Jest to więc nasza broń:-)

Chwilę później wioska z rozwrzeszczanym stadem dzieciaków została za nami, a przed nami znów roztoczył się busz i chZar lal sie z nieba a my pchalismy dalejolerna, piachowa droga. Z nieba lał się żar a my prowadziliśmy rowery i już nawet nie próbowaliśmy jechać, zmęczeni ciągłym wsiadaniem i zsiadaniem. Kiedy już pogodziliśmy się z tym, że nie dotrzemy dziś do Palmy, w pewnym momencie na ścieżce pojawiła się dwójka miejscowych rowerzystów. Okazało się, że znają drogę jak własną kieszeń i wiedzą dokładnie gdzie jest grząski piasek, gdzie trochę bardziej ubity. Trzymając się blisko naszych „przewodników”okazało się, że jesteśmy w stanie spore odcinki, nawet do 500 m, przejechać ciągiem, bez zsiadania z roweru. Dzięki temu podgoniliśmy trochę. Na lunch zatrzymaliśmy się pod drzewem nerkowca. Nie czułam się dobrze. Bolała mnie głowa i mimo upału było mi zimno, miałam dreszcze i gęsią skórę. Położyłam się w cieniu, żeby trochę się zdrzemnąć, ale zaraz zatrzymała się jakaś kobieta niosąca chrust na głowie i gdy tylko nas zobaczyła, jazgotliwym wrzaskiem zaczęła zwoływać całą okolicę. Zebrał się spory tłumek gapiów i mimo że widzieli, że źle się czuję, rozRozbilismy sie pod kosciolemsiedli się wokół nas i zaczęli głośno komentować co widzą, po czym zaczęli krzyczeć „Ej, my frendi, give me money!” Jedną z podstawowych zachęt, które spowodowały, że zdecydowaliśmy się na przyjazd do Mozambiku było to, że przeczytaliśmy w relacji innych rowerzystów, że miejscowi interesowali się nimi dużo mniej niż w sąsiednich krajach oraz, że Mozambijczycy są najradośniejszymi ludźmi jakich spotkali. Leżąc tam pod drzewem, zastanawiałam się, czy my na pewno jesteśmy w takim razie w Mozambiku? Czy można mieć tak różne doświadczenia w tym samym kraju? Wyciągnęliśmy mapę i okazało się, że tamci ludzie jechali jedynie przez południe. Zaczęło do nas powoli docierać jak olbrzymia musi być różnica pomiędzy zacofaną północą, a południem, które rozwija się dzięki bliskości stolicy – Maputo.
Ku naszemu miłemu zaskoczeniu, już o 16 dotarliśmy do Palmy. Nawet tu, zainteresowanie nami było takie samo jak w wioskach.
Namiot rozbiliśmy pod kościołem, przed domem zakonnic.

 

Komentarze

Niezwykle

Mam pytanie. Czy nie boicie sie zwirzyny? Co zrobicie gdy spotkacie na swej drodze lwa?
 

Czasem sie boimy. Nie,

Czasem sie boimy. Nie, wlasciwie, bardziej sie obawiamy niz boimy (jak z reszta mozna przeczytac w powyzszym wpisie). Jeszcze nie wiem, co bysmy zrobili, gdybysmy spotkali lwa. Zalezy, co lew by zrobil:-) Ale prawde mowiac, wiekszosc lwow jest wybita lub zamknieta w parkach narodowych. Spotykalismy za to na swojej drodze slonie i hieny. Na szczescie za kazdym razem udalo nam sie utrzymac pokojowe stosunki:-)

Polandi i Tanzania to rafiki :)

Adela! pare dni temu trafilam na tego bloga i od tamtej pory nie ma dnia w ktorym, nie przeczytalabym jakiejs notki.. czytam od pierwszego wpisu i zdazylam sie juz uzaleznic, ogladam zdjecia i nie moge sie napatrzec... w miedzyczasie ucze sie czekajac na kolejny ktory przeczytam.. a czytam je jak ksiazke :) podziwiam Was, podziwiam Ciebie.. jestes wielka mimo tego co juz przezylas!!! powodzenia w dalszej drodze, za pare dni bede juz pewnie na biezaco!!!