MOZAMBIK - busz, kurz i malaria

Dodane dnia 2011.09.18 -- Zaktualizowano dnia 2014.04.15

Wpis dotyczy kraju: MOZAMBIK

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: MOZAMBIK

 

MOZAMBIK

18.09.2011 Chimoio

 Nasza mozambijska przygoda dobiega końca. Tak myślałam jeszcze wczoraj, dziś już sama nie wiem, co mam myśleć. Jesteśmy w Chmoio. Od granicy z Zimbabwe dzieli nas zaledwie 80 km. 80 km do nowej wspaniałej przygody, czy 80 km do niepotrzebnego ryzyka i koszmaru...? W związku z zastraszającymi wieściami dot. sytuacji z Zimbabwe, nie jesteśmy już pewni, czy chcemy tam jechać. Ponoć totalny rozpad, bandyteria, bieda, rasizm, napady z bronią, aresztowania i pobicia białych, pustki w sklepach, brak paliwa, prądu, rozwalone drogi, szalejąca cholera a do tego w wrześniu ma odbyć się referendum, które może doprowadzić do strzelanin i zamieszek w wioskach i miastach. Wciąż się zastanawiamy. Kusi nas, żeby osobiście sprawdzić te pogłoski. Jeżeli jednak się na wjazd nie zdecydujemy, jutro przedłużymy nasze mozambickie wizy i kolejny miesiąc spędzimy w tym kraju jadąc na samo południe, do stolicy – Maputo, skąd pojedziemy do Swazilandu a potem do RPA. Nasza afrykańska przygoda skończy się w tym wariancie już za 2 – 3 miesiące! Szkoda by mi było bardzo ominąć Botswanę, ale z drugiej strony....Już jestem zmęczona Afryką i szybsze przedostanie się do Brazylii jest kuszące. Zmęczona jestem głównie ludźmi...Tym bardziej, że Mozambik dał nam się pod tym względem we znaki. Z drugiej strony, fajnie by było zobaczyć też południe i dać szansę Mozambikowi się zrehabilitować. Ponoć zaniedbana, oddalona o 3 tys km od stolicy północ i prowincje południowe, to dwa, zupełnie inne światy. Magiczną granicą jest rzeka Zambezi. Na południu, podobno ludzie są bardziej wyedukowani, obyci z obcokrajowcami, sklepy pełniejsze no i przyroda piękniejsza, ciekawsze i bardziej różnorodna. Tam droga wiedzie nad samym brzegiem Oceanu Indyjskiego, wśród palm, malowniczych wiosek i miasteczek. Zapewne dobrze by mi zrobiło zobaczenie drugiej, południowej, twarzy Mozambiku, bo póki co przeżywam wielkie rozczarowanie... Z kilku powodów, w dużej mierze z powodu tego, że przemierzamy go na rowerach i w związku z tym ogarnia mnie przeogromna NUUUUDAAAA!!!!!! Przez 1800 km nChaty w buszuie zobaczyliśmy niczego innego jak tylko busz, busz i jeszcze raz buuuusz! Suchy, badylowaty, kolczasty busz, poprzecinany gdzieniegdzie wioskami składającymi się chat zbudowanych z badyli, gliny i suchej trawy na dachu. Przez cały kraj to samo. Cały czas ten sam budulec. Zero odmiany. Tylko na samej północy krajobraz odmieniały liczne sady drzew orzechów nerkowca oraz w paru momentach przybliżyły się do nas dość ciekawe, skaliste góry a inny rodzaj budownictwa pojawił się dopiero gdy przekroczyliśmy rzekę Zambezi. Ciekawe były za to niektóre większe wioski, dawniejsze prazos, czyli portugalskie folwarki,  w których ostało się sporo zabudowań z tamtej epoki. Większość zrujnowana, dodająca jednak niezwykłego uroku i wywołująca wyobrażenia jak to kiedyś musiało wyglądać.

Kolejnym powodem, dla którego, podróż rowerem wpływa niekorzystnie na moje postrzeganie tego kraju jest to, że ogromy dystanZabudowa postportugalskas, który mieliśmy do pokonania w miesiąc (1800km!), spowodował niesamowity pośpiech i to, że nie mogliśmy ani razu zboczyć z trasy, żeby zobaczyć coś poza buszem. Wielka szkoda!!! Nie zboczyliśmy więc ani do Pemby, ani wyspy Mozambik, pierwszej stolicy tego kraju z zabudową portugalską z XVI wieku. Do każdej z tych miejscowości musielibyśmy odbić z głębi lądu nad morze ok.80 km. Nie mogliśmy sobie na to pozwolić, ponieważ jazda w tą i z powrotem do obu tych miejsc, zajęłaby nam 4 dni plus zwiedzanie. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że wizę Mozambiku można bez problemu przedłużyć,  a także wtedy nadal jeszcze żyliśmy zaszczepioną w naszych głowach przez Rafała wizją, że WSZYSTKO trzeba bezwzględnie przebyć NA ROWERACH, O WŁASNYCH SIŁACH! Nie ukrywam, że jest to świetne uczucie, gdy pomyślę o trudach całej tej trasy, o tych 17 tys km, które pokonałam siłą własnych mięśni, siłą własnej woli, na moim niestrudzonym rowerze. Po długich debatach, rozmyślaniach i wątpliwościach, w naszej rowerowej podróży pojawiło się coś nowego – AUTOSTOP. Nie ukrywam, że gdy pakowaliśmy nasze rumaki na pierwszego pick – upa, moje serce było lekko ściśnięte z żalu, a i duma lekko cierpiała, bo jednaAutostopk trudno było przegnać uczucie swego rodzaju porażki, przegranej....sama nie wiem dokładnie czego. Wiele czynników wpłynęło na tą decyzję – przede wszystkim odległość – 1800 km czystej trasy, bez zbaczania gdziekolwiek. Dodając do tego jakieś 200 km zapasu, robi nam się 2000 km. Dzieląc to na 30 dni, musielibyśmy pokonywać 65 km dziennie. Taki dystans nie jest problemem, jednak w takiej trasie, koniecznie trzeba przeznaczyć jakieś dni na wypoczynek, zwiedzanie, dni, w których z jakichś powodów nie wyrobi się normy oraz inne  nieprzewidziane okoliczności. Zostawiliśmy sobie 5 takich zapasowych dni i po podzieleniu 2000 km na 25 dni wyszło nam, że każdego dnia musimy pokonać 80 km! Taki dystans nie był problemem w płaskim jak stół Egipcie czy na sudańskiej pustyni, ale tu, przez pierwsze 3 dni jechaliśmy grzęznąc w piachu po offroadzie, non stop z podjazdami z zjazdami. Już sam pierwszy dzień, podczas którego musieliśmy pchać rowery cały czas i pokonaliśmy jedynie 20 km, przysporzył nam sporych strat. Kolejne dni jechaliśmy już asfaltem, ale cały czas pod wiatr. Każdy dzień wyglądał tak samo – 4.45 pobudka, gimnastyka, pakowanie obozu, 6.00 wyjazd. Godzina jazdy, 7.00 śniadanie. 8.00 w drogę.12.00 – 14.00 przerwa na gotowanie i obiad. 14.00 – 17.30 dalsza jazda, pod koniec dnia Kolczasty buszzwieńczona długim czekaniem aż ludzie zejdą z pól. Co dzień to samo, bez możliwości wytchnienia. Do tego niemiłosierny upał i monotonny busz! Kiedy już w tym pędzie ominęliśmy i Pembę i Wyspę Mozambik, zorientowaliśmy się, że taka podróż zupełnie nie ma sensu! Co z tego, że będę mogła się chwalić wszem i wobec, że oto, przejechałam całą Afrykę na rowerze, skoro w przypadku Mozambiku, przez to NIC nie zobaczę, nie doświadczę kultury, nie poznam, żadnych ludzi, nie przysiądę ani razu w lokalnym barze na lokalną strawę i ostatecznie będę pamiętać tylko mozół, pył, kurz i busz? Dlaczego więc w ogóle zdecydowaliśmy się na Mozambik, skoro wiedzieliśmy, że tyle mamy kilometrów do pokonania? Przecież mogliśmy spokojnie, nie spiesząc się, pojechać z Dar es Salaam, przez Tanzanię, do Malawi, stamtąd, do Zambii, Botswany i do RPA. Odpowiedź jest prosta – bezpieczeństwo. Gdy podejmowaliśmy tą decyzję, jeszcze przez myśl nie przechodziło nam, że moglibyśmy choć kilometr przebyć nie na rowerze. Tirowcy i kierowcy busików w Tanzanii okazali się jednak takimi świrami bez wyobraźni, że oboje stwierdziliśmy, że dalsza jazda główną trasą na Malawi, zupełnie odpada. Uznaliśmy, że jeżeli jakimś cudem, żadne z nas nie zostanie potrącone, to i tak cała ta trasa będzie koszmarem, podczas którego cały czas będziemy musieli kurczowo trzymać kierownicę i jechać z wbitym przed siebie wzrokiem (jak to było za każdym razem gdy wjeżdżaliśmy na główną drogę w Tanzanii). Stwierdziliśmy, że pojedziemy w takim razie do Mozambiku ze znikomym ruchem, zobaczymy byłą kolonię portugalską, oraz zajedziemy do owianego złą sławą Zimbabwe. Do tego, gdy jeszcze przeczytałam na blogu pary rowerzystów, że w Mozambiku ludzie w ogóle nie są natrętni i że rowerzysta jest mniejszą sensacją niż w krajach ościennych, byłam już całkiem do przyjazdu tu przekonana. Okazało się, że tamci cykliści byli tylko na południu w okolicach Maputo – czyli tak jakby w innym państwie. Cóż, koniec końców, wylądowaliśmy tutaj, w nudnym buszu, smażąc się w upale i zmagając ze zdzierżaniem wioskowej ciekawskości. 

LUDZIE – MAGIA TŁUMU

Tak jak dotąd chwaliłam sobie rower ponad wszystkie inne sposoby podróży po Afryce, tym razem, jestem już napGapierawdę zmęczona! Ludzie w większości miejsc są uciążliwi jak w Etiopii. Jesteśmy non stop oblężeni, gdziekolwiek się nie zatrzymamy. Codziennie musimy wstawać o 4.45 aby zdążyć się wysikać i przebrać, zanim znajdą nas w krzakach pierwsi gapie, a pod wieczór musimy pedałować, aż do zachodu słońca, bo ludzi pełno kręci się po drogach i na polach jeszcze długo po zmroku. Nie obawiamy się specjalnie, żeby ktoś mógł nas okraść, ale wiemy z doświadczenia, że jeśli zostaniemy zauważeni podczas rozbijania namiotu, widownię od samego wschodu słońca mamy gwarantowaną! W związku z tym, różnie to bywa z moim nastrojem i pogodą ducha. Większość dni uśmiecham się do wszystkich i macham ochoczo pozdrawiającym nas Mozambijczykom, ale zdarzają się też i takie dni, kiedy już po prostu psychicznie nie wyrabiałam tego ciągłego bycia pod obserwacją miejscowych. W Etiopii o tyle jakoś łatwiej to było zrozumieć, ponieważ nasza publika składała się w 99% z dzieci! Ubranych w tradycyjne stroje, na boso, z glinGapieianymi dzbanami na plecach, czy z kozą na powrozie. Kontrast kulturowy był ewidentny i choć było to bardzo męczące, trudno było się dziwić, że dzieci nie mogły oderwać od nas oczu. Prawie nigdy gapiami nie byli dorośli i gdy jacyś starsi pojawiali się w okolicy, dzieci zaraz były przeganiane. Tu, w Mozambiku, widownia składa się z każdego, kto tylko nas zobaczy. Młodzi, starzy, kobiety, dzieci. Wszyscy! Spory tłum zbiera się od 5 min do godziny, zależnie od gęstości zaludnienia. Pierwsi, którzy się zatrzymują, stają wpierw dość daleko, np. po drugiej stronie drogi. Z czasem, gdy ciekawskich przybywa, wreszcie pojawia się ktoś odważny, który robi pierwszy krok w przód – cały tłum za nim. I tak, metodą małych kroczków, po jakimś czasie, jesteśmy całkiem otoczeni pGapierzez rozgadany tłum, który ogląda nas zupełnie tak, jakby oglądali telewizję, tak jakby nas tam nie było. Tzn. my jemy np. śniadanie siedząc na kocu na ziemi, a ludzie stoją nad nami i debatują na temat każdego wykonanego przez nas ruchu, często zaśmiewając się do rozpuku, dając sobie kuksańce w bok. Ich śmiech bynajmniej nie jest szyderczy, jest raczej postrzegany przez nas jako reakcja na to co nowe, co nieznane. Np. odpalenie gazowej kuchenki zawsze budzi wybuch śmiechu. Mycie zębów, też często jest powodem do radości. Małe a cieszy:-) Dlaczego jest to jednak dla nas trudne? Właśnie dlatego, że jedziemy na rowerach i kontakt z ludźmi mamy 24h na dobę. Podczas jazdy, podczas postojów, podczas gotowania, jedzenia, podczas zakupów itd. Podróżnik jadący samochodem, zamyka się w swojej blaszanej przestrzeni, włącza klimatyzację i ludzi widzi tylko przez szybę. Może nie mieć z nimi kontaktu nawet cały dzień, a kiedy dojeżdża do miasta, wchodzi do zabukowanego hotelu, gdzie wita go anglojęzyczna obsługa. Nie twierdzę, że chciałabym przesiąść się do auta, podkreślam tylko różnicę, która powoduje, że czasem mamy zupełnie inne zdanie dot. ludności niż napotkani zmotoryzowani podróżni i dlaczego czasem jesteśmy dla miejscowych trochę opryskliwi, co zmotoryzowanym może się nie zdarzać (?).

W Mozambiku wielu ludzi ubiera się zupełnie jak w Europie, i w związku z tym, często donoszę mylne wrażenie, że są to ludzie obyci i  wyedukowani (tak jak to było np. w Kenii). Młodzi chłopcy mają lansersko opuszczone dżinsy w dół, koszulMagia tłumukę z ulubionym klubem piłkarskim a w ręku nowoczesną komórkę, z której głośno płyną miejscowe rytmy. To już nie jest etiopskie dziecko w podartym, tradycyjnym kocyku, ale wyglancowany młodzik, który na pierwszy rzut oka, kulturowo zdaje się niczym od nas nie różnić. Okazuje się jednak, że różnica jest ogromna. W zasadzie dzieli nas cywilizacyjna przepaść! Taki „zeuropeizowany” czy „zamerykanizowany” na pierwszy rzut oka młodzieniec, staje z rozdziawionymi ustami tuż nad moim talerzem i nie może oderwać wzroku niczym zahipnotyzowany! Przez całą podróż, marzyłam o tym, żeby móc zapytać się takich ciekawskich, co nimi kieruje? Czy nie jest im głupio tak stać nad kimś? Czy sami chcieli by być tak obserwowani? Czy to jest w ich kulturze normalne? Niestety, zawsze dzieliła nas bariera językowa, jako że do tej pory prawie zawsze byli to bardzo prości ludzie, którzy władali tylko swoim plemiennym językiem. Tu, po raz pierwszy, wreszcie mogłam po portugalsku zadać te wszystkie nurtujące mnie pytania. Raz, gdy miażdżył nas rozentuzjazmowany tłum, wykrzyknęłam z wyrzutem w głosie - „Ludzie, czy wy jesteście normalni? Co się tak tłoczycie? Czy nie jest wam głupio tak się na nas pchać i tak się na nas gapić???” Odpowiedź była natychmiastowa i zdumiewająca!!! Z tłumu zaczęły padać narzekania, z jeszcze większym wyrzutem - „Ej, no co? Daj się trochę popatrzeć! Przecież my nigdy czegoś takiego nie widzieliśmy! Nie widzieliśmy nigdy białych na rowerach! A tak w ogóle to masz trochę kasy? Diniero, daj trochę diniero!” Innym razem, gdy gościu stał sam nad nami ponad godzinę, na koniec zadałam mu te same pytania. Powiedział, że chce się dokładnie przyjrzeć, żeby wszystko dobrze zapamiętać. I też mówił z wyrzutem, że powinnam dać mu się popatrzeć. No cóż....prawda....Nie mogę nie dać im się trochę popatrzeć, choć zaakceptować mi  te zwyczaje trudno.....

PRZYJDZIE BIAŁY I CIĘ ZABIERZE!

Kolejnym trudnym do zrozumienia i smutnym aspektem podróży po północnym Mozambiku jest to, że ludzie dość często się nas BOJĄ! Szczególnie było tak na północy, na szczęście im dalej na południe, tym tendencja ta spada. Jest to pierwszy taki kraj. Czy jest to wynikiem ciężkiej kolonialnej przeszłości, strachu przed nowym, nieobyciem z obcDzieci z dziećmi na plecachym czy może miejscowi straszą się nawzajem od dziecka? Skąd ten strach przed nami? Przecież w Mozambiku jest bardzo dużo białych potomków Portugalskich, którzy tu się urodzili i uważają się za Mozambijczyków. Sporo też spotyka się białych Południowoafrykańczyków, którzy prowadzą nadmorski hotele,  budują drogi i wiercą studnie dla miejscowych. Nie brakuje też chińskich inżynierów i budowlańców a także mieszanek portugalsko i chińsko – mozambickich. W niemal każdym sklepie za ladą widzi się też Hindusów, którzy trzymają w ręku m.in. handel produktami spożywczymi. I nie mówię tu o dużych miastach. Mówię o rzeczywistości zaobserwowanej wzdłuż głównej drogi. O rzeczywistości widzianej także w małych wioskach. Myślę, że sęk tkwi w tym, że żaden członek z wymienionej przeze mnie grupy nie mieszka na wsi oraz, że nikt z nich nie jeździ rowerem, ale wszyscy, przemykają przez wioski swoimi autami, często z kierowcą u boku. Być może, w niektórych miejscach byliśmy pierwszymi „Akunia”, czy też „Muzungu”, czyli białymi, których ludzie mogli zobaczyć z bliska. Mężczyźni raczej się nas nie boją. Starsze kobiety nieraz zauważywszy nas przystają z wielką kupą chrustu na głowie, patrzą ze strachem w oczach w krzaki i widać, że nie bardzo wiedzą co mają zrobić. Widząc to, już z daleka pozdrawiamy je przyjaznym Bom dia! Como estas siniora! Na szczęście to krótkie pozdrowienie powoduje, że choć schodzą z drogi, to nie uciekają. Młodsze kobiety często już zawczasu usuwają się gdzieś w krzaki a niektóre dzieci często biegną tak przerażone, że tylko się za nimi kurzy. Prawie każde dziecko powyżej 4-tego roku życia, ma do pleców dodatkowo przywiązanego chustą braciszka lub siostrzyczkę. Podczas tego dzikiego biegu, niemowlakom tak latają główki, że czasem miałam wrażenie, że im odpadną! Przeważnie dzieci szukają schronienia za swoją chatą, zza której mogą nas już z bezpiecznej odległości obserwować. Na szczęście wystarczy się w takiej sytuacji zatrzymać, odezwać paroma przyjaznymi słowami i ciekwaskość dzieci wygrywa i powoduje, że zaprzestają ucieczki i po chwili już są kilka kroków od nas. Dwa razy jednak zdarzyło się nam wystraszyć miejscowych nie na żarty. Raz, toczyliśmy się z górki gadając ze sobą. Dość daleko przed nami szła boso, młoda kobieta z dzieckiem przywiązanym do pleców. Kobieta w pewnym momencie odwróciła się i na nasz widok zaczęła uciekać. Wpierw jeszcze nie dotarło do nas, że to przez nas kobieta biegnie, nie hamowaliśmy więc rowerów, które z górki nabierały rozpędu. W pewnym momencie zorientowaliśmy się, że kobieta biegnie jak szalona, jak by był to bieg o życie! Kiedy powoli zbliżaliśmy się do niej coraz bardziej, nagle w akcie desperacji wskoczyła z dzieckiem w kolczasty busz i znikła nam z oczu. Krzycho mijając to miejsce, widział ją przycupniętą za krzakami. Przykre. 

Innym razem przy drodze, naprzeciw swojej chaty, stał chłopczyk w wieku może ok 7 lat. Gdy nas zobaczył wpadł w jakiś amok. Zaczął tak strasznie wrzeszczeć, jakby go obdzierali ze skóry. Ruszył biegiem w stronę chaty i nadal wrzeszcząc i zanosząc się płaczem, wtulił się w spódnicę mamy. Drugie dziecko w podobnym wieku też zaczęło krzyczeć i płakać. Zatrzymaliśmy się i chcieliśmy malców jakoś uspokoić, pokazać, że nie jesteśmy niebezpieczni, ale gdy zobaczyli, że zwalniamy zaczęli aż przytupywać ze strachu w miejscu, mocniej trzymać się spódnicy i krzyczeć jeszcze głośniej. Ich młoda mama stała i śmiała się do nas lekko przepraszająco. Ta sytuacja nasunęła nam podejrzenie, że być może starsi straszą dzieci opowieściami w stylu - „Jak będziesz niegrzeczny to przyjdzie biały i cię porwie!” albo „Przestań płakać bo przyjedzie biały i cię oddamy!” Nie wiem, nie mam pojęcia, ale to jedyne wytłumaczenie, które znajduję dla takich sytuacji...

 

RADOŚĆ

Pomimo wyżej opisywanych sytuacji, muszę mocno zaznaczyć, że główną reakcją na nasz widok jest radość! Starsi pRadośćozdrawiają nas po portugalsku serdecznie sprzed swych chat. Dzieci wybiegają na drogę i krzyczą głośno „akunia!” oznajmiając tym samym całej wiosce, że zbliżają się biali a następnie biegną za nami machając rączkami i krzycząc „bom dia, bom dia, bom dia!” Kobiety, szczególnie te młode, wpierw ze zdumienia wydają z siebie przeciągłe „uuuuuu” albo przerywane „a a a a a” a następnie zaśmiewają się w wniebogłosy. Bynajmniej nie, żeby nas urazić. Jest to wyraz zdumienia przemieszanego z zaskoczeniem, zakłopotaniem i radością – wszystko naraz. Ogólnie ludzie są bardzo pozytywni, chętni do rozmowy i sympatyczni. Jedynie tłumy gapiów są męczące ale niemal wszystkie spotkania z mniejszą ilością osób były bardzo przyjemne.

AUTO – STOP

Przemyślawszy wszystkie za i przeciw, o których wcześniej pisałam, zdecydowaliśmy się ostatecznie podjechać stopem trochę na południe z nadzieją, że zobaczymy coś innego, że będziemy mogli zostać 2 – 3 dni w jednym miejscu, że będzieNampulamy bardziej zrelaksowani i bardziej otwarci na kontakty z miejscowymi. Pierwszy stop był trochę dziwny, z powodu mieszanych uczuć dotyczących przerwania tradycji wyłącznego pedałowania. Mieszane uczucia dość szybko jednak minęły po pierwsze, z tego powodu, że z paki auta nie zobaczyłam niczego, czego bym mogła żałować. Po obu stronach drogi wciąż ciągnął się busz, a do tego droga zmieniła się znów w grząski piach. To co pokonaliśmy autem w parę godzin, pokonywalibyśmy parę dni. Dzięki tej powózce, mogliśmy pozwolić sobie na pozostanie dwa dni w NAMPULI. Wreszcie mogliśmy poczuć atmosferę byłej portugalskiej kolonii, rozsmakować się w ulicznym gwarze, przejść się za rękę, przystanąć, pogadać z miejscowymi. Wypocząć psychicznie od ciągłego pędu. Niezwykłe wrażenie robi zestawienie portugalskiej architektury z lat 50 – tych z drewnianymi budami, kobietami noszącymi na głowach miski z maniokiem oraz ulicznymi handlarzami z wielkimi tacami słodyczyNampula i chleba. Pobyt w Namupli zaowocował wspaniałymi spotkaniami z ludźmi, ciekawymi konwersacjami, mile spędzonym czasem i wywiezioną stamtąd ponowną sympatią do tłumu (również dlatego, że odpoczęliśmy). Kolejny raz podrzuciliśmy się stopem 16 km do Alto Molocue. Był piątek. Zepsuła nam się kuchenka i mieliśmy albo wybór podrzucenia się autem i możliwości jeszcze tego samego dnia, sprawdzenia w internecie, jak ją naprawić, albo dopiero po weekendzie, za 200 km polować na internet w następnym większym mieście. I znów stopa nie żałowałam! Alto Molocue, choć wpierw niepozorne okazało się być wspaniałym, miasteczkiem, w którym z przyjemnością spędziliśmy całe popołudnie. Krzycho zagrał nawet mały mecz w nogę a mi udało się zamieścić wpis na blogu oraz znaleźć instrukcję do naszej maszynki.

MALARIA

Mozambik, choć miejscami niesamowicie nudny, dostarczył nam typowo afrykańskich przygód, których nie dane nam było dotTu Krzycho przechodził malarięąd doświadczyć. Zaczęło się od przeprawy łódką rybacką przez Ruvumę, przeżyliśmy przygodę w buszu ze słoniami, raz, o mało nie zostaliśmy napadnięci przez zombie żebraków, potem zalęgły się nam robaki w d****, których, żadnymi farmaceutykami nie mogliśmy się pozbyć, a zwieńczeniem była malaria, która dopadła Krzycha 9.września w nocy.  Jak zawsze mieliśmy szczęście w nieszczęściu. Tego wieczora bowiem, po raz PIERWSZY w całej naszej afrykańskiej wyprawie, zmęczeni czekaniem aż ludzie zejdą z pól, w wiosce Amoro, postanowiliśmy spytać o gościnę miejscowych. Zajechaliśmy w ciemnościach na jedno podwórze, głośno rozmawiając, żeby nie wypłoszyć mieszkańców chaty. Zgodę na rozbicie namiotu na podwórzu dostaliśmy bez problemu, choć trochę zajęły nam negocjacje, żeby odmówić noclegu w chacie, w łóżku syna gospodarza – taka gościna! Gospodarz, miejscowym zwyczajem, zaprosił szefa wioski, który też musiał wyrazić na nasz nocleg zgodę, której udzielił po upeSyn gospodarzawnieniu się, że niczego nam nie brakuje. Gospodarz, jako, że my spaliśmy na zewnątrz, też ułożył się na macie na zewnątrz, tłumacząc na nazajutrz, że takie są tu prawa gościny – albo śpimy w łóżku z środku, albo on z nami na zewnątrz; że on nie może spać w łóżku, kiedy goście śpią na podwórzu „na ziemi”. To jest właśnie powód dla, którego unikamy jak ognia konieczności pytania o nocleg u ludzi. Już w świecie arabskim zaczęła się gościna, która przerasta nasze poczucie komfortu. Nieziemska gościna, obca Europejczykowi, stawiająca gościa w pozycji tak uprzywilejowanej, że wręcz trudnej do zaakceptowania (właśnie to, że np. gospodarz kłuty przez komary, męczy się na zewnątrz). Tego wieczora, nie wiedzieć czemu, choć oboje czuliśmy się wyśmienicie, zdecydowaliśmy się jednak na nocleg u ludzi. Już w nocy Krzycho dostał bardzo wysokiej gorączki i zaczęły go oblewać niesamowite poty. Jak się okazało, Mozambik, choć w polskiej Wikipedii opisywany jako najbiedniejszy kraj świata, bez jakiejkolwiek infrastruktury, posiada małą przychodnię co ok 20 km! 

Szczęśliwie, do najbliższej było jedynie 2 km! Podjechaliśmy na rowerach, ale okazało się, że lekarz jest w terenie. Wróciliśmy do naszych gospodarzy, zostawiliśmy rowery, namiotu nawet nie pakowaliśmy i busikiem, podjechaliśmy do Nicoadale, do szpitala oddalonego zaledwie o 20 km. Jakież to szczęście, że akurat nocowaliśmy u tych ludzi na podwórku! Mogliśmy zostawić u nich wszystko i nie martwiąc się o nasze rzeczy, zająć się Krzychem. Na miejscu, natychmiast zrobiono Krzychowi test, który stwierdził malarię spowodowaną pasożytem falciparum. W tym „najbiedniejszym i niedorozwiniętym” kraju zarówno wizyta, badanie jak i leki są dla wszystkich, także i dla nas DARMOWE! Do Amoro wróciliśmy na stopa ciężarówką. Już wczesnym popołudniem Krzycho leżał z powrotem w namiocie, na podwórzu, w cieniu palmy, naszpikowany lekami. 

Jaka jest ta malaria? Na pewno Krzycha trzeba pytać, ale z moich obserwacji i naszych dyskusji – NIE TAKA STRASZNA JAK JĄ MALUJĄ! Wprawdzie miał Krzycho i dreszcze ze Malariaszczękaniem zębami, które były dla mnie jako obserwatora trochę przerażające i miał też 39.6 prawie non stop przez 3 noce i oblewały go nieziemskie poty. Pierwszy raz zobaczyłam na własne oczy dlaczego mówi się, że poty OBLEWAJĄ. Wszystko w namiocie było mokre. Materac ociekał, śpiwór był mokry i ciężki jakby wpadł do wody, ubrań nie starczyło na ciągłe zmiany. Ale prawda jest taka, że najgorsze trwało dwie noce, potem wszystko wracało do normy i 5-tego dnia mogliśmy ruszyć w dalszą drogę! Był już 15-sty, wiza kończyła nam się 21-wszego, a my mieliśmy jeszcze 600 km do granicy. Krzycho nadal miał jeszcze stan podgorączkowy i był osłabiony, więc postanowiliśmy po raz kolejny podjechać stopem. Chcieliśmy jak najszybciej dotrzeć do położonego w górach Chimoio, aby tam Krzych mógł w chłodzie wreszcie dojść całkiem do siebie. W Amoro, leżąc 5 dni w namiocie w nieziemskim upale, będąc trawionym przez nieziemską gorączkę, trudno było mu wypocząć. Namiot kilka razy dziennie wędrował po podwórzu podążając za cieniem palmy, ale ile ulgi może dać cień gdy w słońcu jest ponad 40 stopni a powietrze stoi w miejscu?

 

CHIMOIO – PRZEMIŁE SPOTKANIE

Jadąc trochę tirem, trochę pick upami, po dwóch dniach dotarliśmy do Chimoio. Rzeczywiście ulga niesamowita. Miło, chłodno, przyjemna okolica a i miasto niebrzydkie. Kierowca, wyrzucił nas pod supermarketem Shoprite, w którym od razu uderzyliśmy do apteki. Planowaliśmy następnie udać się do kościoła aby spytać, czy moglibyśmy rozbić się gdzieś na dziedzińcu. Gdy kończyliśmy zakupy, usłyszeliśmy za naszymi plecami miłe „dzień dobry!” Odwróciliśmy się zaskoczeni. Naszym oczom ukazał się, również miło zaskoczony Jan – Polak, Rodak! Jakże trywialnie dla mnie do tej pory brzmiały te słowa! Ale teraz, tak daleko od domu, w głębokiej Afryce spotkać Rodaka, to jest dopiero coś! Po raz kolejny zadziałała wieziona na rowerze flaga:-) Okazało się, że Jan od 30 lat mieszka w Afryce – na wyspach Zielonego Przylądka, pracuje dla UNICEF-u i obecnie stacjonuje w Mozambiku. Nasza radość była wielka, ale niestety Jana czas gonił więc mógł z nami spędzić zaledwie pół godziny. Zostaliśmy zaproszeni na pyszny obiad i.....Jan zafundował nam nocleg we wspaniałym hoteliku! Po raz kolejny trudno nam było uwierzyć w nasze szczęście oraz w to, jak ludzie są dobrzy! DZIĘKUJEMY BARDZO!!!!! Wreszcie zjedliśmy coś porządnego, Krzycho mógł wreszcie się porządnie wyspać w łóżku, wziąć ciepły prysznic, wypocząć. Tuż naprzeciw hotelu był szpital, w którym zrobiliśmy Krzychowi ponowny test na malarię. Wynik był negatywny – leczenie powiodło się ! Uradowani wróciliśmy do hotelu. Dosłownie 5 min później rozpętała się nad Chimoio burza gradowa, z niesamowicie silnym wiatrem i kulami lodu wielkości ziemniaka tłukącymi szyby i niszczącymi samochody. Patrzyliśmy z hotelowego pokoju, przez szybę na tą zawieruchę, w duchu tak bardzo Janowi dziękując! Nawet nie chcę myśleć jak by to było gdybyśmy byli w tamtym czasie pod namiotem!

Dziś nadal jesteśmy w Chimoio. Namiot rozbiliśmy w garażu w kościele. Jest niedziela. Jutro prawdopodobnie znów spotkamy się z Janem:-) a tymczasem musimy się zdecydować czy jutro przedłużamy wizy mozambickie i jedziemy na południe, czy pojutrze jedziemy do Zimbabwe.

Ogólnie moje wrażenia dotyczące Mozambiku są mieszane. Z jednej strony chciałabym pojechać dalej i zobaczyć południe oraz trochę więcej doświadczyć postportugalskiego klimatu nadmorskich miasteczek. Z drugiej strony jestem już jakoś zmęczona. Z trzeciej czuję ogromny niedosyt. Wiem że za bardzo się w tym kraju spieszyliśmy, nie daliśmy sobie szansy, żeby się niem rozsmakować, pobyć z ludźmi, lepiej ich poznać. 

 

 
Mali obserwatorzy
Autostop
Piekne stroje i piekni ludzie

Komentarze

Powodzenia Adela, Fajnie się

Powodzenia Adela,
Fajnie się czyta twoje opowieści z zaśawitów przy porannej kawie, naprawde inspirujące :) z niecierpliwoscią czekam na więcej no i na obiecana kartkę z czarnego lądu ;)
good luck!

Pozdrowienia z Botswany:-)

Fajnie:-) Ciesze sie, ze moge wirtualnie dzielic sie wrazeniami i inspirowac! Pocztowki beda! wczesniej nie moglismy kupic pocztowek!Takie kraje jak Mozambik czy Zimbabwe maja za duzo swoich problemow, zeby myslec o drukowaniu pocztowek!Jako, ze dotarlismy do Botswany, wszytsko sie zmienilo i strumien zyczen z Afryki, wkrotce poplynie:-)