MOZAMBIK

Dodane dnia 2011.12.22 -- Zaktualizowano dnia 2014.04.09

Wpis dotyczy kraju: MOZAMBIK

Zobacz wszystkie wpisy Krisa z kraju: MOZAMBIK

 

Mozambik.
23.08.11 Mozambik
   Droga się skończyła. Przede mną rzeka Ruvuma. Po drugiej jej stronie rysuje się brzeg Mozambiku. Nie ma tu mostu, wiec na drugi brzeg musieliśmy przeprawić się rybacka łodzią. Rowery zmieściły się na ścisk! Mała łódka zakołysała się i po chwili odbiliśmy od brzegu. Starałem się sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał ten długo wyczekiwany przeze mnie kraj. W Mozambiku mówi się po Portugalsku, gdyż była to kolonia południowych europejczyków. Wyobrażałem sobie miejskie, wąskie, brukowane uliczki, kolorowe targi, południową kuchnie, temperament i muzykę, a wszystko to w tropikalnym wydaniu, z palmami kokosowymi, białym piaskiem i błękitem Oceanu Indyjskiego. Nagle łódką mocniej zakołysało i momentalnie złapałem się ramy roweru. Obawiałem się, że przewróci się na bok i wypadniemy wraz z całym załadunkiem do wody. Moje obawy dotyczące stabilnościnaszej łódki minęły w momencie gdy zobaczyłem na przeciwko zbliżający się obiekt...
2.DROGA PIASKOWA
   Droga była piaszczysta. Pierwszego dnia udało nam się dopchać rowery zaledwie do pierwszej wioski Quionga, oddalonej jedynie o 15 km od posterunku granicznego. Po głębokim piachu i w piekielnie gorące popołudnie pchać było nam bardzo ciężko. Wokół nie było nic poza gęstymi, klaustrofobicznymi krzakami, dwoma pustymi chatami i piachem na którym odciśnięte były ślady bosych stop, wielkie pomarszczone słoniowe odciski i świeże słoniowe kupy. Wyobraźnię pobudzał docierający do nas zewsząd mocny zapach zwierzyny a każdy trzask gałęzi wywoływał ciarki na skórze. Te doznania sprawiały, że momentami nawet całkiem, całkiem pchało się nam nasze rowery a czasem nawet wskakiwaliśmy na siodełka i zdałoby się bez wysiłku podjeżdżaliśmy spory kawałek. Dodatkowej energii dodawała nam świadomość, że niebawem zapadnie zmrok. Odetchnęliśmy z ulgą widząc pierwszą chatę, przy której rozbiliśmy swój namiot. Dość długo nie moglem zasnąć nasłuchując dźwięków z kniei. Następnego dnia wysłuchaliśmy opowieści o żyjących w tych okolicach lwach i ich atakach na ludzi. Z tą wiedzą na pewno przejechałbym ten odcinek bez zbędnego zatrzymywania J 
Pomiędzy Quionga a Palmą tylko kilkakrotnie widzieliśmy ludzi. Każde spotkanie z tambylcami było niezwykle. Te spotkania zapamiętam na zawsze. Do dziś się zastanawiam co o nas myśleli? O co chcieli zapytać?
 Bo było to tak. Pewnego upalnego dnia, jeden tambylec woła pozostałych  tambylców. Chodźcie, zobaczcie co siedzi pod moim drzewem! I przybyli tambylcy z całej okolicy. Starzy, młodzi, duzi, mali, kobiety i mężczyźni. Zebrali się przy drzewie nerkowca i nie mogą uwierzyć w to, co widzą. Dwóch białych dziwolągów w śmiesznym nakryciu głowy, o oczach w których widać własne odbicie, którzy przypchali pojazdy, na których przewożą dużo rzeczy. Siedzą i szeleszczą w jakimś dziwnym języku. Na pewno się zgubili bo nigdy ich tu wcześniej nie widzieliśmy. Ale skąd się wzięli? Może przylecieli? Możne coś nam przywieźli? Co tam na tych pojazdach mają?
Widziałem jak rozmawiają miedzy sobą, jak na na ich twarzach rysowała się chęć zapytania o wszystko. Niestety nie znaliśmy wzajemnie naszych języków. Zastanawiałem się nad tym jak tutaj żyją? Jak sobie radzą w tych ciężkich warunkach? I o czym rozmawiają ze sobą na codzień? Jak bronią się przed dzikimi zwierzętami? Czy już wcześniej przejeżdżał tędy ktoś na rowerze? Skąd mają te europejskie ubrania? Gdy uważniej przyjrzałem się otaczającej nas grupce tambylców, zauważyłem, że przed pobliską chatą siedzi Messi, z chrustem na głowie przygląda mi się Eto, a na przydrożnym kamieniu Podolski gaworzy z dłubiącym w nosie Zidanem. 
3. DROGA CZERWONA
   Droga przywiodła nas do Palmy. Gruby, grząski piach zmienił się na w miarę utwardzoną jezdnią. Zmienił się również jej odcień z żółtego na czerwony. Palma to mała mieścina, w której jest wszystko, czego było nam trzeba do szczęścia - mały market z owocami i warzywami, domowe piekarnie, wypiekające świeże bułki, schronienie w postaci misji, którą nadzorują siostry zakonne, słodka woda i wspaniały widok na wybrzeże Oceanu Indyjskiego, którego porośnięte palmami plaże były rajskim widokiem. Jak szczęśliwy staje się człowiek, gdy po trudach i ogromnym zmęczeniu, dotrze w takie miejsce. 
4. DROGA SZOSA 
   Tu skończyła się czerwona droga i zaczęła asfaltowa szosa. Mocimboa da Praia. Pierwsze miasto z pozostałością po portugalskiej zabudowie. Okazałe, śnieżnobiałe budynki, chodniki, skwery z kwiatami, ruiny starych willi, kolorowy mały market spożywczy a z drugiej strony stary, rybacki port. Cały z drewna i mnóstwem dłubanych lodzi z płóciennym białym żaglem, które kołysały się delikatnie przy brzegu. Mocimboa to bardzo przyjemne miasteczko. Tam ostatni raz widzieliśmy Ocean. Teraz nasza droga prowadzić będzie z dala od wybrzeża...
5. DROGA MARZENIE 
   Droga wiodła na południe. Oddalaliśmy się od wybrzeża. Po południu powietrze robiło się ciężkie a żar lał się z nieba. Jak okiem sięgnąć, wszędzie, aż po sam horyzont, rozciągał się busz. Coraz częściej i coraz gęściej, wzdłuż drogi Buszmeni stawiali swoje chaty. Często zastanawiałem się, co ich przyciąga do asfaltu? Jakie korzyści płyną wraz z tą czarną nitką przecinającą busz? Czy jest to dla nich początek cywilizacji, możliwości, lepszego życia? Czy może wypędził ich z dalekiego buszu nieznośny dźwięk chińskich maszyn wycinających drzewa hebanowe? Chińczycy przecież jak nikt inny, potrzebują trochę wolnej przestrzeni. Tymczasem na drodze panuje spokój. Tylko parę razy dziennie przejedzie tędy jakieś auto rozkojarzając i odrywając wszystkich od większych bądź mniejszych obowiązków.
6. DROGA ALEJA 
   Droga na podwórze, wiodła długą, eukaliptusową aleją. Na wytyczonym, piaszczystym placu, w cieniu mangowego drzewa, stały cztery, małe gliniane chaty. Dwie z nich służyły za sypialnie, jedna za spiżarnię i kuchnię a największa z nich stała pusta. Wokół małego gospodarstwa rosło dużo manioku, bananowców i dwa mangowce. Na samym środku podwórza rosła wysoka palma. Pod spiżarką spotkaliśmy gospodarza, którego spytaliśmy o możliwość rozbicia naszego namiotu na jego terenie. Entuzjastycznie wyraził zgodę, zapraszając nas do swojej sypialni i oferując swoje łózko! To niezwykłe, jak ludzie tutaj są gościnni, szczególnie gdy są muzułmanami, jak nasz dobrodziej. Długo odmawialiśmy noclegu w jego chacie, przekonując, że mamy swój namiot i nie chcemy robić kłopotu. 
Wieczorem popijaliśmy słodką herbatę z jego synem i córką. Siedzieliśmy na macie w świetle żarzącego się w kuchni ogniska. Noc była duszna i gwieździsta. Po chwili przyszedł zaproszony regulo, czyli szef wioski, który tamtejszym zwyczajem miał obowiązek przywitać się z przybyszami oraz zadbać o ich bezpieczeństwo i wygodę. W ramach tego obyczaju poprosił o nasze paszporty. Pokazaliśmy mu kopie. Może dlatego, że było ciemno a może dlatego, że druk był już trochę wytarty, szef dumnie wyczytał z mojego nazwiska JOZEFOWSKI numer 70286011541. To było niezwykle, genialne! Ja przez całe życie nie dopatrzyłem się w swoim nazwisku tych cyfr! A może regulo był wróżbitą? Wódz zabrał nasze kopie paszportów na noc i powiedział, że zwróci nam je jutro rano, „gdy słonce będzie tutaj” i zamaszystym ruchem wskazał na palmę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co to oznacza. Byłem szczęśliwy, że regulo dzisiejszej nocy będzie studiował numerologię.
.
W nocy dopadła mnie malaria. Dzięki uprzejmości gospodarzy, mogliśmy zostać do czasu mojego wyzdrowienia. Trwało to piec dni. Każdy dzień wyglądał podobnie, dzięki temu szybko dostosowałem się do panujących na podwórzu zwyczajów. Rytm dnia wyznaczało słonce. Nie trudno było tego nie zauważyć. Te lekcje pojąłem już pierwszego poranka, gdy słońce tylko wyjrzało znad korony drzewa. Dzień sprawiedliwie na dwa dzieli czterogodzinna sjesta. Pierwsza cześć – poranek, wyglądał następująco. Gdy gwiazdy jeszcze nie zdążyły zniknąć z nieba, głęboką i błogą cisze przerywał świrnięty kogut. Zaczynał on biegać wokół domów i wlatywał na dach, piejąc przeraźliwie głośno! Po chwili odzywały się z oddali inne koguty. Gospodarstwo budziło się do życia. Właściciel ocierając śpiochy, podnosił z ziemi kamień i rzucił nim w koguta, wciąż jeszcze nadającego z dachu. Po celnym rzucie, zabierał się za zamiatanie podwórza. Małą, przykrótką miotełką ogarniał w mig obejście. W tym czasie jego syn podkładał do ognia kolejne patyki, by zagotować wodę na herbatę. Wschód słońca rozświetlał podwórze, dając sygnał, że nadszedł czas na picie herbaty. Cała rodzina zbierała się przy zachodniej ścianie spiżarki, gdyż o poranku tam jest najdłuższy cień. My również odruchowo przestawiliśmy nasz namiot pod palmę. Tamtego dnia odwiedził nas regulo. Przyszedł z naszymi odbitkami paszportów, ale nie chciał się z nami podzielić swoimi numerologicznymi wróżbami. Zapytał o moje samopoczucie. Czułem się generalnie dobrze, tylko było mi bardzo gorąco. W nocy wypociłem z siebie kilka litrów wody. Śpiwór i koszulki można było wykręcać. Wódz oficjalnie wręczył nam nasze dokumenty i w tym momencie rozwiązała się zagadka palmy. Szef raz jeszcze wskazał zamaszystym gestem na palmę, mówiąc, że przyszedł o czasie jak nam wcześniej obiecał. Wszystko stało się jasne. Palma była zegarem słonecznym! Gdy cień wskazał na aleje eukaliptusowa, był to znak do zakończenia ceremonii herbacianej. Mężczyźni opuszczali posesje. Stary szedł do sąsiadów posiedzieć a młody albo do szkoły albo na drogę, która była tu jedyna atrakcja. Kobiety w tym czasie ubijały maniok na mąkę, zmywały naczynia, szły po wodę, i przygotowywały posiłek. Cień palmy przesunął się wskazując na bananowca. Wraz z cieniem wędrował nasz namiot. Godzina bananowa była jednoznaczna z jedenastą, czyli sjesta!
Na wypoczynek zbierali się wszyscy pod spiżarką, bo tam przez dokładnie cztery godziny będzie zacienione miejsce. Skwar był niemiłosierny i faktycznie w połowie dnia najrozsądniejszym zajęciem było schronienie się w cieniu. Co można robić przez cztery godziny w cieniu? Generalnie czeka się na zbiory. Obserwuje się dojrzewające banany i mango. Niebawem nadejdzie również czas na orzechy nerkowca. Bo gdy dojrzeje mango, to będzie można się zajadać godzinami a jeszcze dłużej wyciągać spomiędzy zębów długie włókna. Dziś w menu są inne czasoumilacze. Grillowana kukurydza i trzcina cukrowa. Pyszne! I faktycznie wydłubywanie resztek spomiędzy zębów jest czasochłonne. Po wysiłku czas na krótka drzemkę.
Po wypoczynku w powietrzu można było wyczuć delikatne ochłodzenie. Temperatura spadła do trzydziestu paru stopni, a cień wskazał na pusta chatę. Wybiła trzecia i zaczęła się druga cześć dnia. Kobiety poszły do sąsiadek by pomóc w myciu naczyń, wspólnym praniu i uzupełnieniu zapasów wody, a sąsiedzi przyszli by posiedzieć z naszym gospodarzem. Syn ruszył aleją albo do szkoły albo na drogę. Obydwie opcje mają charakter edukacyjny a na pewno poznawczy. Rożnica polega na tym, że w szkole jest nudno a przy drodze dzieje się wszystko. Szosa jest jak żywy telewizor. Można pooglądać nowe modele samochodów, dowiedzieć się co transportują wielkie ciężarówki. Od rowerzystów przewożących węgiel drzewny, żywy towar ( kury ), owoce bądź warzywa, można otrzymać informacje o nowinkach z sąsiednich wiosek. Rowerowi kurierzy pełnią także funkcje mailowa. 
Tuż przed małym mostkiem jest mały zajazd a tam dwa małe straganiki. To ulubione miejsce schadzek lokalnej młodzieży. Chłopcy podrywają tam dziewczyny, dziewczyny dają się podrywać chłopakom, jest wesoło. Ciekawe czy czasem myślą by się stąd wyrwać? W moich oczach wyglądają na szczęśliwych. A może marzą o wielkim świecie gdzieś w  Europie lub w Ameryce? Na pewno wielu europejczyków ŚNI  o czterogodzinnej sjeście i soczystym mango.
8. DROGA ZIMBABWE 
   Za rzeką Zambezi droga rozwidla się. Jedna jej część prowadzi dalej na południe, do wielkiego, bogatego Maputo. Nasza droga pnie się w stronę górzystego Zimbabwe. Jeszcze dla nas bardzo tajemniczego, owianego wieloma czarnymi opowieściami.
 

23.08.11 Mozambik

  

 

Droga skończyła się. Przede mną rzeka Ruvuma. Po drugiej jej stronie rysuje się brzeg Mozambiku. Nie ma tu mostu, więc na drugi brzeg musieliśmy przeprawić się rybacka łodzią. Rowery zmieściły się na ścisk! Mała łódka zakołysała się i po chwili odbiliśmy od brzegu. Starałem się sobie wyobrazić, jak będzie wyglądał ten długo wyczekiwany przeze mnie kraj. W Mozambiku mówi się po portugalsku, gdyż była to kolonia europejczyków z południa. Wyobrażałem sobie miejskie, wąskie, brukowane uliczki, kolorowe targi, południową kuchnie, temperament i muzykę, a wszystko to w tropikalnym wydaniu, z palmami kokosowymi, białym piaskiem i błękitem Oceanu Indyjskiego. Nagle łódką mocniej zakołysało i momentalnie złapałem się ramy roweru. Obawiałem się, że przewróci się na bok i wypadniemy wraz z całym załadunkiem do wody. Moje obawy dotyczące stabilnościnaszej łódki minęły w momencie gdy zobaczyłem na przeciwko zbliżający się obiekt...

 

DROGA PIASKOWA

   

 

Droga była piaszczysta. Pierwszego dnia udało nam się dopchać rowery zaledwie do pierwszej wioski Quionga, oddalonej jedynie o 15 km od posterunku granicznego. Po głębokim piachu i w piekielnie gorące popołudnie pchać było nam bardzo ciężko. Wokół nie było nic poza gęstymi, klaustrofobicznymi krzakami, dwoma pustymi chatami i piachem na którym odciśnięte były ślady bosych stop, wielkie pomarszczone słoniowe odciski i świeże słoniowe kupy. Wyobraźnię pobudzał docierający do nas zewsząd mocny zapach zwierzyny a każdy trzask gałęzi wywoływał ciarki na skórze. Te doznania sprawiały, że momentami nawet całkiem, całkiem pchało się nam nasze rowery a czasem nawet wskakiwaliśmy na siodełka i zdałoby się bez wysiłku podjeżdżaliśmy spory kawałek. Dodatkowej energii dodawała nam świadomość, że niebawem zapadnie zmrok. Odetchnęliśmy z ulgą widząc pierwszą chatę, przy której rozbiliśmy swój namiot. Dość długo nie moglem zasnąć nasłuchując dźwięków z kniei. Następnego dnia wysłuchaliśmy opowieści o żyjących w tych okolicach lwach i ich atakach na ludzi. Z tą wiedzą na pewno przejechałbym ten odcinek bez zbędnego zatrzymywania 

Pomiędzy Quionga a Palmą tylko kilkakrotnie widzieliśmy ludzi. Każde spotkanie z tambylcami było niezwykle. Te spotkania zapamiętam na zawsze. Do dziś się zastanawiam co o nas myśleli? O co chcieli zapytać?

 

 

Bo było to tak. Pewnego upalnego dnia, jeden tambylec woła pozostałych  tambylców. Chodźcie, zobaczcie co siedzi pod moim drzewem! I przybyli tambylcy z całej okolicy. Starzy, młodzi, duzi, mali, kobiety i mężczyźni. Zebrali się przy drzewie nerkowca i nie mogą uwierzyć w to, co widzą. Dwóch białych dziwolągów w śmiesznym nakryciu głowy, o oczach w których widać własne odbicie, którzy przypchali pojazdy, na których przewożą dużo rzeczy. Siedzą i szeleszczą w jakimś dziwnym języku. Na pewno się zgubili bo nigdy ich tu wcześniej nie widzieliśmy. Ale skąd się wzięli? Może przylecieli? Możne coś nam przywieźli? Co tam na tych pojazdach mają?

Widziałem jak rozmawiają miedzy sobą, jak na na ich twarzach rysowała się chęć zapytania o wszystko. Niestety nieznaliśmy wzajemnie naszych języków. Zastanawiałem się nad tym jak tutaj żyją? Jak sobie radzą w tych ciężkich warunkach? I o czym rozmawiają ze sobą na codzień? Jak bronią się przed dzikimi zwierzętami? Czy już wcześniej przejeżdżał tędy ktoś na rowerze? Skąd mają te europejskie ubrania? Gdy uważniej przyjrzałem się otaczającej nas grupce tambylców, zauważyłem, że przed pobliską chatą siedzi Messi, z chrustem na głowie przygląda mi się Eto, a na przydrożnym kamieniu Podolski gaworzy z dłubiącym w nosie Zidanem.

DROGA CZERWONA

   

 

Droga przywiodła nas do Palmy. Gruby, grząski piach zmienił się na w miarę utwardzoną jezdnią. Zmienił się również jej odcień z żółtego na czerwony. Palma to mała mieścina, w której jest wszystko, czego było nam trzeba do szczęścia - mały market z owocami i warzywami, domowe piekarnie, wypiekające świeże bułki, schronienie w postaci misji, którą nadzorują siostry zakonne, słodka woda i wspaniały widok na wybrzeże Oceanu Indyjskiego, którego porośnięte palmami plaże były rajskim widokiem. Jak szczęśliwy staje się człowiek, gdy po trudach i ogromnym zmęczeniu, dotrze w takie miejsce. 

DROGA SZOSA 

   Tu skończyła się czerwona droga i zaczęła asfaltowa szosa. Mocimboa da Praia. Pierwsze miasto z pozostałością po portugalskiej zabudowie. Okazałe, śnieżnobiałe budynki, chodniki, skwery z kwiatami, ruiny starych willi, kolorowy mały market spożywczy a z drugiej strony stary, rybacki port. Cały z drewna i mnóstwem dłubanych lodzi z płóciennym białym żaglem, które kołysały się delikatnie przy brzegu. Mocimboa to bardzo przyjemne miasteczko. Tam ostatni raz widzieliśmy Ocean. Teraz nasza droga prowadzić będzie z dala od wybrzeża...

 

DROGA MARZENIE 

 

 

 Droga wiodła na południe. Oddalaliśmy się od wybrzeża. Po południu powietrze robiło się ciężkie a żar lał się z nieba. Jak okiem sięgnąć, wszędzie, aż po sam horyzont, rozciągał się busz. Coraz częściej i coraz gęściej, wzdłuż drogi Buszmeni stawiali swoje chaty. Często zastanawiałem się, co ich przyciąga do asfaltu? Jakie korzyści płyną wraz z tą czarną nitką przecinającą busz? Czy jest to dla nich początek cywilizacji, możliwości, lepszego życia? Czy może wypędził ich z dalekiego buszu nieznośny dźwięk chińskich maszyn wycinających drzewa hebanowe? Chińczycy przecież jak nikt inny, potrzebują trochę wolnej przestrzeni. Tymczasem na drodze panuje spokój. Tylko parę razy dziennie przejedzie tędy jakieś auto rozkojarzając i odrywając wszystkich od większych bądź mniejszych obowiązków.

DROGA ALEJA 

   Droga na podwórze, wiodła długą, eukaliptusową aleją. Na wytyczonym, piaszczystym placu, w cieniu mangowego drzewa, stały cztery, małe gliniane chaty. Dwie z nich służyły za sypialnie, jedna za spiżarnię i kuchnię a największa z nich stała pusta. Wokół małego gospodarstwa rosło dużo manioku, bananowców i dwa mangowce. Na samym środku podwórza rosła wysoka palma. Pod spiżarką spotkaliśmy gospodarza, którego spytaliśmy o możliwość rozbicia naszego namiotu na jego terenie. Entuzjastycznie wyraził zgodę, zapraszając nas do swojej sypialni i oferując swoje łózko! To niezwykłe, jak ludzie tutaj są gościnni, szczególnie gdy są muzułmanami, jak nasz dobrodziej. Długo odmawialiśmy noclegu w jego chacie, przekonując, że mamy swój namiot i nie chcemy robić kłopotu. 

Wieczorem popijaliśmy słodką herbatę z jego synem i córką. Siedzieliśmy na macie w świetle żarzącego się w kuchni ogniska. Noc była duszna i gwieździsta. Po chwili przyszedł zaproszony regulo, czyli szef wioski, który tamtejszym zwyczajem miał obowiązek przywitać się z przybyszami oraz zadbać o ich bezpieczeństwo i wygodę. W ramach tego obyczaju poprosił o nasze paszporty. Pokazaliśmy mu kopie. Może dlatego, że było ciemno a może dlatego, że druk był już trochę wytarty, szef dumnie wyczytał z mojego nazwiska JOZEFOWSKI numer 70286011541. To było niezwykle, genialne! Ja przez całe życie nie dopatrzyłem się w swoim nazwisku tych cyfr! A może regulo był wróżbitą? Wódz zabrał nasze kopie paszportów na noc i powiedział, że zwróci nam je jutro rano, „gdy słonce będzie tutaj” i zamaszystym ruchem wskazał na palmę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co to oznacza. Byłem szczęśliwy, że regulo dzisiejszej nocy będzie studiował numerologię.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W nocy dopadła mnie malaria. Dzięki uprzejmości gospodarzy, mogliśmy zostać do czasu mojego wyzdrowienia. Trwało to piec dni. Każdy dzień wyglądał podobnie, dzięki temu szybko dostosowałem się do panujących na podwórzu zwyczajów. Rytm dnia wyznaczało słonce. Nie trudno było tego nie zauważyć. Te lekcje pojąłem już pierwszego poranka, gdy słońce tylko wyjrzało znad korony drzewa. Dzień sprawiedliwie na dwa dzieli czterogodzinna sjesta. Pierwsza cześć – poranek, wyglądał następująco. Gdy gwiazdy jeszcze nie zdążyły zniknąć z nieba, głęboką i błogą cisze przerywał świrnięty kogut. Zaczynał on biegać wokół domów i wlatywał na dach, piejąc przeraźliwie głośno! Po chwili odzywały się z oddali inne koguty. Gospodarstwo budziło się do życia. Właściciel ocierając śpiochy, podnosił z ziemi kamień i rzucił nim w koguta, wciąż jeszcze nadającego z dachu. Po celnym rzucie, zabierał się za zamiatanie podwórza. Małą, przykrótką miotełką ogarniał w mig obejście. W tym czasie jego syn podkładał do ognia kolejne patyki, by zagotować wodę na herbatę. Wschód słońca rozświetlał podwórze, dając sygnał, że nadszedł czas na picie herbaty. Cała rodzina zbierała się przy zachodniej ścianie spiżarki, gdyż o poranku tam jest najdłuższy cień. My również odruchowo przestawiliśmy nasz namiot pod palmę. Tamtego dnia odwiedził nas regulo. Przyszedł z naszymi odbitkami paszportów, ale nie chciał się z nami podzielić swoimi numerologicznymi wróżbami. Zapytał o moje samopoczucie. Czułem się generalnie dobrze, tylko było mi bardzo gorąco. W nocy wypociłem z siebie kilka litrów wody. Śpiwór i koszulki można było wykręcać. Wódz oficjalnie wręczył nam nasze dokumenty i w tym momencie rozwiązała się zagadka palmy. Szef raz jeszcze wskazał zamaszystym gestem na palmę, mówiąc, że przyszedł o czasie jak nam wcześniej obiecał. Wszystko stało się jasne. Palma była zegarem słonecznym! Gdy cień wskazał na aleje eukaliptusowa, był to znak do zakończenia ceremonii herbacianej. Mężczyźni opuszczali posesje. Stary szedł do sąsiadów posiedzieć a młody albo do szkoły albo na drogę, która była tu jedyna atrakcja. Kobiety w tym czasie ubijały maniok na mąkę, zmywały naczynia, szły po wodę, i przygotowywały posiłek. Cień palmy przesunął się wskazując na bananowca. Wraz z cieniem wędrował nasz namiot. Godzina bananowa była jednoznaczna z jedenastą, czyli sjesta!

Na wypoczynek zbierali się wszyscy pod spiżarką, bo tam przez dokładnie cztery godziny będzie zacienione miejsce. Skwar był niemiłosierny i faktycznie w połowie dnia najrozsądniejszym zajęciem było schronienie się w cieniu. Co można robić przez cztery godziny w cieniu? Generalnie czeka się na zbiory. Obserwuje się dojrzewające banany i mango. Niebawem nadejdzie również czas na orzechy nerkowca. Bo gdy dojrzeje mango, to będzie można się zajadać godzinami a jeszcze dłużej wyciągać spomiędzy zębów długie włókna. Dziś w menu są inne czasoumilacze. Grillowana kukurydza i trzcina cukrowa. Pyszne! I faktycznie wydłubywanie resztek spomiędzy zębów jest czasochłonne. Po wysiłku czas na krótka drzemkę.

 

Po wypoczynku w powietrzu można było wyczuć delikatne ochłodzenie. Temperatura spadła do trzydziestu paru stopni, a cień wskazał na pusta chatę. Wybiła trzecia i zaczęła się druga cześć dnia. Kobiety poszły do sąsiadek by pomóc w myciu naczyń, wspólnym praniu i uzupełnieniu zapasów wody, a sąsiedzi przyszli by posiedzieć z naszym gospodarzem. Syn ruszył aleją albo do szkoły albo na drogę. Obydwie opcje mają charakter edukacyjny a na pewno poznawczy. Rożnica polega na tym, że w szkole jest nudno a przy drodze dzieje się wszystko. Szosa jest jak żywy telewizor. Można pooglądać nowe modele samochodów, dowiedzieć się co transportują wielkie ciężarówki. Od rowerzystów przewożących węgiel drzewny, żywy towar ( kury ), owoce bądź warzywa, można otrzymać informacje o nowinkach z sąsiednich wiosek. Rowerowi kurierzy pełnią także funkcje mailowa. 

Tuż przed małym mostkiem jest mały zajazd a tam dwa małe straganiki. To ulubione miejsce schadzek lokalnej młodzieży. Chłopcy podrywają tam dziewczyny, dziewczyny dają się podrywać chłopakom, jest wesoło. Ciekawe czy czasem myślą by się stąd wyrwać? W moich oczach wyglądają na szczęśliwych. A może marzą o wielkim świecie gdzieś w  Europie lub w Ameryce? Na pewno wielu europejczyków ŚNI  o czterogodzinnej sjeście i soczystym mango.

DROGA ZIMBABWE 

   Za rzeką Zambezi droga rozwidla się. Jedna jej część prowadzi dalej na południe, do wielkiego, bogatego Maputo. Nasza droga pnie się w stronę górzystego Zimbabwe. Jeszcze dla nas bardzo tajemniczego, owianego wieloma czarnymi opowieściami.

EKRANIZACJA WSPOMNIEŃ >>>