KENIA - Wypadek Rafała

Dodane dnia 2011.07.23 -- Zaktualizowano dnia 2013.06.13

Wpis dotyczy kraju: KENIA

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: KENIA

22.07.2011 ZANZIBAR
Od 12 dni jesteśmy z Krzychem na Zanzibarze. Właśnie spełnia się jedno z naszych marzeń – wylegujemy się w cieniu palm, ciepły, bialutki piaseczek przyjemnie grzeje w plecy a Ocean Indyjski swym szumem koi do snu. Ideale miejsce na idealny relaks. Ja jednak myślami wracam wciąż i wciąż do Kenii, do traumatycznych  zdarzeń sprzed niespełna 3 miesięcy. Może nadszedł już czas, żeby wreszcie opisać to szczegółowo? Dla mnie, dla bliskich, dla trzymających za nas kciuki, dla prasy, która wypisywała bzdury, a przede wszystkim dla samego Rafała, który stracił pamięć, żeby wreszcie wiedział dokładnie, co zaszło 28.04.2011 w KENII, w Chogorii, u podnóży masywu Mount Kenya.

Wpierw, postanowiłam wkleić poniżej maila, którego wysłałam dzień po wypadku do rodziny i przyjaciół. Opisuje on zdarzenia w dużym skrócie, ponieważ wtedy nie znałam jeszcze wszystkich szczegółów, zarównano związanych z samym wypadkiem, jak i ze stanem Rafała. Poniżej przytoczonego maila, postaram się opisać jak najszczegółowiej wszystko co nam się przytrafiło. Zastanawiałam się, czy warto opisywać to samo dwa razy. Mail do rodziny był jednak pisany „na gorąco” i może lepiej oddaje ówczesną atmosferę. To co napiszę poniżej tego maila, będzie pisane już z perspektywy 3 miesięcy, odtwarzane z zakamarków pamięci, do których moja podświadomość próbuje zepchnąć wspomnienia z tamtych dni.
Ponieważ Rafał stracił pamięć z tamtego okresu, jestem niejako jego pamięcią podręczną. Dlatego też opis zdarzeń będzie bardzo szczegółowy i może być przydługi dla przeciętnego czytelnika. Jeśli tak będzie, polecam po przytoczonym poniżej mailu, przejść do dwóch ostatnich rozdziałów „Czego się jeszcze dowiedzieliśmy” oraz „Jak to się skończyło”.

MAIL DO RODZINY I PRZYJACIÓŁ
– wysłany na drugi dzień po wypadku
29 kwietnia 2011 - piątek
Rafał miał wczoraj wypadek. Został potrącony lub przeciągnięty przez ciężarówkę. Nie wiemy dokładnie co się stało, ponieważ nie było nas przy tym. Dojechaliśmy na miejsce dopiero 30 min po fakcie. Rafał był w tym czasie już w pobliskim szpitalu. Odwiozła go tam para Brytyjczyków pracująca dla British Council. Kiedy dotarłam do szpitala dowiedziałam się, że Rafał miał atak epilepsji, że obecnie jest w śpiączce, że prawdopodobnie ma rozległe uszkodzenia mózgu, i że jego stan jest krytyczny. Szpital załatwił ambulans. Nie mogłam zgodzić się jednak, aby w takim stanie wieziono go po górzystym i wyboistym terenie karetką. Po pierwsze nie wiadomo było, czy i jak duże są krwawienia śródmózgowe lub/i wewnątrz organów, po drugie, każda minuta zdawała się być cenna! Przy ogromnej pomocy ambasady udało nam się załatwić helikopter, którym razem z Rafałem przyleciałam do Nairobi. Ponieważ wypadek miał miejsce w Chogorii, u podnóży masywu Mount Kenya (szczyt powyżej 5 tys m n.p.m), helikopter miał ogromne trudności z przylotem. Mgły i silne wiary utrudniały dotarcie do nas. Na szczęście udało się! Nasze rowery, bagaże i Krzycho pojechały do Nairobi z uprzejmymi Brytyjczykami - aniołami. Ja z Rafałem dotarliśmy na miejsce zaledwie w 40 min., Krzycho po 5 godzinach. Na miejscu okazało się, że Rafał poza sinikami i otarciami nie ma żadnych obrażeń kończyn ani narządów wewnętrznych. Niestety jednak, miał rozcięty język, stracił dolna wargę, doznał licznych obrażeń kości twarzoczaszki oraz ma w trzech miejscach przebitą kość czołową na wylot. Przez te otwory do czaszki dostało się powietrze, które chwilowo nie powoduje zmian w mózgu. Obecność powietrza jest monitorowana. W ciągu paru dni powinno samo się rozpuścić. Z powodu obrażeń twarzy, Rafał trafił na intensywną terapią, a stamtąd na emergency, na operacje plastyczną i czyszczenie ran przy otworach w kości czołowej, aby uniknąć zakażenia mózgu. Dziś rano ze zdumieniem odkryliśmy, że jego dolna warga, której wczoraj nie było, została idealnie zrekonstruowana (cuda techniki!). Operacja trwała od 2 do 5 nad ranem. Niebawem po operacji Rafał został przeniesiony z intensywnej terapii na normalny oddział. Ogólnie jego stan dziś był bardzo stabilny. Ma się lepiej. Próby komunikacji, w głównej mierze zakończone były sukcesem. Choć środki znieczulające i inne relaksujące dragi (min. opioidowy tramadol) utrudniają sensowna rozmowę. Najważniejsze że Rafał nas rozpoznaje, wie gdzie jest, zaczyna mieć chyba powoli świadomość, co się stało, wyraża swoje podstawowe potrzeby i reaguje na polecenia. Dwa razy sypnął nawet żarcikiem. Ambasada jest bardzo pomocna. Już od rana mieliśmy wizytę 2 jej przedstawicieli. Za parę dni Rafał przejdzie kolejną operację, tym razem w celu nastawienia złamanych kości policzkowych i pozostałych popękanych kości twarzoczaszki. Będzie miał je scalone tytanowa siatką. Jak na stan krytyczny, w którym był wczoraj, dzisiejszy jego stan napawa optymizmem. Już zjadł pierwszą zupę i został przez rehabilitantów posadzony a potem spionizowany na chwilę. Obecnie jedynym zagrożeniem, jest powietrze w mózgu, które możne jeszcze przysporzyć problemów, lub może wdać się zakażenie do mózgu przez to, że przez dziury do Rafała czaszki dostały się ziemia, żużel i trawa. Jak już pisałam, zostało to dokładnie wyczyszczone, ale ryzyko nadal istnieje. Jeśli wszystko przebiegnie według prognoz, Rafała twarz będzie zrekonstruowana w sposób idealny. Rafał leży w Nairobi Hospital - w prywatnym, najlepszym szpitalu od Izmiru w Turcji aż po Johannesburg w Płd. Afryce. My z Krzychem zostaliśmy przygarnięci przez Brytyjczyków - Chrisa i Elizabeth. Bardzo dobrze się nami opiekują. Nasze rzeczy i rowery znalazły schronienie w ich garażu. Do szpitala mamy relatywnie blisko. Kierowca ciężarówki był na miejscu zdarzenia. Został zatrzymany w celu przesłuchania. Miazga z Rafała roweru została zatrzymana jako dowód rzeczowy. Reszta rzeczy Rafała jest w komplecie mimo, że sakwy były rozwleczone po całej drodze. Miejscowi, jeszcze do szpitala donosili jakieś rzeczy. Niczego nie rozkradli, o dziwo wszystko co do papierka jest! Oprócz okularów i kasku które zostały doszczętnie zmiażdżone. Już druga noc od wypadku. Wydaje mi się, że nie czuję stresu, ale jednak ani mi się spać nie chce, ani jeść, ani pić. Cały czas obroty podkręcone. Piszę więc do Was, zamiast przewalać się bezsennie po łóżku. Teraz też jest właściwie pierwszy moment odsapnięcia. Już wiemy na czym obecnie stoimy. Stan Rafała jest stabilny. Jutro rano, spodziewam się, że będzie jeszcze w lepszym stanie niż dziś. Prawdopodobnie będzie bardziej przytomny, na co bardzo liczę!

To tyle w telegraficznym skrócie. Uprzedzając pytania, nie zastanawiamy się na razie nad tym co dalej, skupiamy się na Rafale i jego sprawach tu i teraz.
Chyba postaram się zasnąć.
Trzymajcie za Rafała i za nas kciuki! Wysyłajcie dobrą energię!
Dzięki!
Adelka

A TERAZ SZCZEGÓŁOWY OPIS – CZYLI KROK PO KROKU, CO SIĘ ZDARZYŁO.
Dzień przed wypadkiem, 27 kwietnia, wyjechaliśmy z misji katolickiej w Ruiri, koło Meru, w której odwiedziliśmy ks. SłonieDarka, znajomego Rafała. Kierowaliśmy się ponownie do Nairobi, do którego zamierzaliśmy dostać się tym razem jadąc wschodnim zboczem masywu Mt. Kenya. Po drodze widzieliśmy dwie grupy słoni taplających się w błocie. Jechało nam się bardzo przyjemnie. W Meru zrobiliśmy zakupy, skorzystaliśmy z internetu (Rafał dowiedział się, że w stolicy czeka już  na niego paczka z nowym kołem oraz wieloma częściami zapasowymi do roweru), zjedliśmy obiad  w lokalnej knajpce i popedałowaliśmy leniwie przed siebie. Nie ujechaliśmy zbyt wiele, gdy zaczęło się powoli ściemniać. Schronienie na nocleg znaleźliśmy za murami kościoła w Nkubu, gdzie na trawniku rozbiliśmy nasze namioty.

28.04.2011 czwartek – WYPADEK RAFAŁA

Po nocnym deszczu, rano zza chmur wyjrzało słonko. Zapowiadał się naprawdę piękny dzień. Rozłożyliśmy tropiki do suszenia, a w tym czasie spichciliśmy i zjedliśmy śniadanie. Na wyjeździe z kościoła, zauważyliśmy z Krzychem na drzewie Ostatnie śniadanie z Rafałemkameleona. Zatrzymaliśmy się, żeby mu się przyjrzeć i zrobić kilka fotek. Rafał niecierpliwiąc się czekaniem na nas, ruszył w poszukiwaniu wody utlenionej. Chwilę po wyjechaniu na główną drogę, spotkaliśmy Rafała i dalej już ruszyliśmy razem. Jako, że jechaliśmy zboczami Mt. Kenii, teren zrobił się pagórkowaty. Droga wiodła raz z górki, raz pod górkę. Rafał z górki rozpędzał swój rower bardziej niż my, szybciej więc też wkręcał pod górkę. Ciężko było mi za nim nadążyć, więc czasem znikał mi z oczu za wzniesieniem. Ok. 11 zatrzymaliśmy przy przydrożnych straganach, żeby kupić trochę owoców. Jak zawsze zaczął się rytuał targowania. Kiedy wreszcie dobiliśmy targu wysypałam z portfela monety próbując uzbierać ustaloną kwotę. Sprzedające kobiety zauważyły na mojej dłoni monety z Egiptu i Sudanu, z widniejącymi na nich piramidami. Zaczęły się pytać skąd to i ile to warte, a ponieważ dopisywał mi dobry humor, zaczęłam opowiadać im o tych krajach i próbowałam wymienić drobniaka sudańskiego za papaję. Rafał powiedział, że zrobił już zakupy, i że będzie „powoli kręcił.” Umówiliśmy się, że jeśli go zaraz nie dogonimy, to ok.12.30 wyśle nam smsa, z informacją gdzie zatrzymał się na lunch. Jeszcze chwila zeszła mi na rozmowie z kobietami, po czym ruszyliśmy z Krzychem, we dwójkę, dalej. Dość ciężko mi się jechało ponieważ nie lubię krótkich zjazdów z krótki i ostrymi podjazdami. Trud wynagradzały jednak wspaniałe widoki. Zatrzymaliśmy się z Krzychem pTarg bananowyarę razy, żeby popatrzeć i porobić zdjęcia. Najdłużej zatrzymał nas niezwykły targ bananowy. Gdy tak staliśmy patrząc na bananowe szaleństwo, powiedziałam Krzychowi, że okolica jest taka ładna i jednocześnie droga dla mnie na tyle męcząca, że nie chce mi się spieszyć, żeby gonić Rafała na trasie. Krzycho odparł, że nie musimy go gonić, że możemy spotkać się z nim na  lunchu. Potem jeszcze rozmawialiśmy o tym, że nie rozumiemy czemu Rafał ciągle pędzi, czemu czuje się niezadowolony jeśli wyruszymy za późno z noclegu i do obiadu nie ukręci określonej liczby kilometrów. Stwierdziliśmy, że czasem przez ten pośpiech dużo traci.  Zastanawialiśmy się, co go tak goni. Śmiejąc się stwierdziliśmy, że wiek. Ruszyliśmy dalej jadąc raz z, raz pod górkę. O 12.30 zaczęło mi już mocno burczeć w brzuchu. O 12.45 powiedziałam Krzychowi, że jestem  strasznie głodna, i że nie mam już siły jechać. Smsa od Rafała nie było, więc zasugerowałam, żebyśmy zjechali w boczną dróżkę, schowali się za krzakami i tam zjedli. Stwierdziłam, że skoro Rafał nie wysłał smsa, to znaczy, że jeszcze się nie zatrzymał, czyli, że być może będziemy musieli jechać co najmniej pół godziny lub więcej żeby go dogonić. Krzycho powiedział, że w zasadzie też jest już bardzo głodny ale zaproponował, żebyśmy spróbowali pojechać jeszcze 15 min. Trochę zaczęłam marudzić, że już mi się ciemno przed oczami robi, i że wolę się zatrzymać ale ostatecznie, sama nie wiem czemu, przystałam na to, żeby zatrzymać się o 13. Ruszyliśmy więc dalej pnąc się pod górkę. Kiedy wybiła godz. 13, mijaliśmy właśnie skrzyżowanie, na którym widniały kolorowe tablice wskazujące kierunek do szpitala w Chogorii. Już mieliśmy zacząć rozglądać się za miejscem na lunch, kiedy ze skrzyżowania wyjechał Landrover, który nas wyminął i zatrzymał się na poboczu. Z auta wysiadł biały mężczyzna, który spiesznie zaczął iść w naszą stronę. Pomyślałam sobie, że mężczyzna ciesząc się na widok białych rowerzystów, spieszy do nas, by zadać typowe pytania – skąd jesteście? Jak długo jesteście w drodze itd. Rzeczywiście zaczęło się od pytania, ale nie takiego, jakiego się spodziewałam...
-  Czy jedziecie może razem z mężczyzną z brodą?
-  Taaaak.
- Wasz kolega miał wypadek drogowy. Właśnie odwiozłem go do szpitala.
Spokojny sposób w jaki Chris nam to oznajmił, albo może mechanizmy obronne w moim mózgu, spowodowały, że w pierwszej chwili, w ogóle nie przyjęłam do świadomości, że mogło stać się coś poważnego. Zobaczyłam w wyobraźni coś w stylu obrazka, na którym Rafał wywrócił się, kuleje i zostaje przez zapobiegliwych Brytyjczyków odwieziony do szpitala. Przyjęłam więc informację, ale nie wzbudziła ona we mnie jeszcze większych emocji. Pomyślałam, że Rafał musi się martwic o swoje rzeczy, których pewnie nie mógł zabrać ze sobą.
-  A gdzie jest jego rower i rzeczy? - spytałam.
- Cóż, szczerze mówiąc, niewiele zostało z jego roweru. Jest kompletnie zmiażdżony - nadal spokojnie odpowiadał Chris.
Dopiero w tym momencie poczułam jak zdejmuje mnie strach i przerażenie.
- O Boże! Jak to zmiażdżony?!
- Potrąciła go ciężarówka. Jego rower został wgnieciony w barierkę a sakwy są rozwleczone po całej drodze. Ma poważne obrażenia głowy. Odwieźliśmy go z żoną do szpitala. Widzieliśmy Was chwilę wcześniej,  zanim zobaczyliśmy waszego kolegę, więc założyliśmy, że prawdopodobnie podróżujecie  razem. Zostawiłem więc żonę  z Rafałem i natychmiast ruszyłem was szukać.
Poczułam, że do mojego krwiobiegu dostaje się coraz więcej adrenaliny.
- Czy Rafał jest przytomny? - spytałam z obawą.
- Jest bardzo oszołomiony, ale gdy go wieźliśmy do szpitala, próbował sam siadać.
Mój obronny system wypierania złej informacji, jeszcze nadal działał. Jeszcze się łudziłam, że może to nic poważnego.
- Czy może mówić? - zadałam kolejne pytanie.
- Tylko be be be be...
W tym momencie poczułam jak przeszywa mnie paraliżujące przerażenie. Już nie było mowy o dalszym łudzeniu się. Wiedziałam, że Rafał musi mieć poważne uszkodzenie mózgu. Nagle ugięły się pode mną nogi i wszystko zaczęło się we mnie trząść. Wszystkie myśli w głowie zawirowały.
W pierwszym odruchu, chciałam natychmiast wskoczyć do auta Chrisa i popędzić do szpitala. „OK. - weź się w garść! Tylko nie panikuj, tylko nie panikuj! Co robić? Co robić? Co robić?” - milion myśli na sekundę.
Zdecydowaliśmy szybko, że skoro Rafał jest już pod opieką lekarzy, my powinniśmy wpierw zadbać o jego rzeczy. Chris odradzał to posunięcie, bo twierdził, że policja już je zabezpiecza i nie sądzi, żeby nam je wydała. Ja się jednak uparłam, że i tak chcę spróbować.
Krzycho został z naszymi rowerami w cieniu, a ja pojechałam z Chrisem na odległe zaledwie o 3 km, miejsce wypadku. Gdy wsiadałam do samochodu, zorientowałam się, że trzęsą mi się ręce tak, że nie mogę zdjąć rękawiczek kolarskich. W aucie Chris, zaczął mówić, że jest mu przykro, że musiał nam przekazać tą informację. Słyszałam go jak przez mgłę. Powiedziałam mu, że nie ma sprawy, że dziękuję, że się zatrzymał, i że już straciłam jednego kolegę w tej podróży. Przez chwilę poczułam niesamowitą niechęć do tej wyprawy. Pomyślałam, że jeśli Rafał tego nie przeżyje, to na pewno nie będę już jej kontynuować. Zauważyłam, że ręce przestały mi się trząść. Poczułam, że poziom adrenaliny przestawił mnie już na tryb awaryjny. Spięcie całego ciała, zero dygotu, pełna gotowość do działania. W pewnym momencie zobaczyłam z daleka, w połowie ostrego podjazdu, tłum ludzi i  tył stojącej na ukos, na dwóch pasach, białej, wielkiej ciężarówki. Po drugiej stronie ulicy stało kombi z zapakowanym z tyłu rowerem i sakwami Rafała. Nie dotarłszy na samo miejsce wypadku, przesiadłam się do tamtego auta i umówiłam się z Chrisem, że wróci po Krzycha i nasze rowery, i że spotkamy się w szpitalu.
W kombi okazało się, że za kierownicą siedzi jakiś miejscowy nauczyciel a z tyłu policjant. Obejrzałam się za siebie i zobaczyłam, że ciężarówka powoli odjeżdża. Przez chwilę poczułam brak kontroli nad sytuacją. Spytałam policjanta, jak to możliwe, że sprawca odjeżdża. Powiedział, że w tej ciężarówce, razem z kierowcą,  siedzi drugi policjant, który ma dopilnować, żeby kierowca wraz z pojazdem trafili na komisariat. Nie wiem jak ci policjanci się dostali na miejsce wypadku. Podejrzewam, że na stopa, bo nigdzie nie było widać policyjnych pojazdów. Ruszyliśmy w stronę szpitala. Tym razem te 3 km dłużyły mi się w nieskończoność. Chciałam jak najszybciej zobaczyć się z Rafałem. Policjant i nauczyciel próbowali mnie zagadywać i zadawali mi typowe pytania min. ile mam lat, czy jestem zamężna i ile mam dzieci oraz czy w Polsce mamy drużynę piłkarską i czy lubię Manchester United. W ówczesnej sytuacji wydawało mi się to zupełnie nie na miejscu. Myślałam już tylko o Rafale i przygotowywałam się mentalnie do działania. Ponieważ panowie z uśmiechami kontynuowali, spytałam czy już zaczęło się przesłuchanie, bo jeśli nie, to nie mam ochoty ochoty odpowiadać.
Kiedy wreszcie dotarliśmy do szpitala (trwało to chwilkę, dla mnie wieki), była 13:15. Panowie zaczęli kręcić się w miejscu, szukać, pytać. W końcu pojawiła się jakaś pani, która szurając klapkami zaczęła prowadzić nas niespiesznie. Wszystko wydawało mi się płynąć jak w smole. Miałam ochotę biec.
W końcu wprowadzono mnie do dużej sali, w której były biurka, masa papierów, kilka łóżek z parawanami i kilku lekarzy siedzących na tych przy łóżkach lub wypełniających coś przy biurkach.
Ogólnie bajzel i luźna atmosfera. Gdy weszłam do środka, podszedł do mnie lekarz i spytał, czy jestem znajomą tego muzungu (białego). Przytaknęłam i spytałam jak się sprawy mają. Lekarz powiedział, że stan Rafała jest bardzo poważny, a właściwie krytyczny. Że ma bardzo rozległe i poważne uszkodzenia mózgu, że prawdopodobnie w mózgu jest bardzo duże krwawienie, że miał przed chwilą atak epilepsji, i że teraz jest w śpiączce. Spytałam czy jest w śpiączce farmakologicznej czy neurologicznej. Lekarz powiedział, że w neurologicznej, i że jak Rafał przyjechał o 12:45 to jeszcze był przytomny, ale uszkodzenia mózgu są tak rozległe, że teraz jego stan w skali Glasgow wynosi 6 – czyli nieprzytomny, zero kontaktu. Lekarz powiedział, że tu nie mają zupełnie warunków dla takich przypadków, i że zamówił już ambulans, który ma zawieźć Rafała do Nairobi. Spytałam, ile według niego zajmie przejechanie 200 km, dzielących nas od stolicy, po kenijskich dziurawych drogach, wyboistym i górzystym terenie. Lekarz odparł, że razem z korkami na przedmieściach Nairobi, jakieś 4 godziny. Szybko przeanalizowałam sytuację i powiedziałam, że jeżeli rzeczywiści krwawienie w mózgu jest rozległe, to Rafał raczej nie przetrwa tej podróży po wybojach. Lekarz powiedział, że raczej nie. Spytałam, czemu więc nie zamówił helikoptera? Usłyszałam na to, że w tym stanie, to jedyna szansa dla Rafała, ale on nie wie jak to zorganizować i jeżeli ja wiem, to proszę bardzo! Spytałam jeszcze tylko gdzie jest Rafał. Lekarz wskazał salę obok, przez której uchylone drzwi widziałam kawałek łóżka. W sali panowała absolutna cisza. Chwilę wcześniej widziałam jak wychodził stamtąd jakiś murzyn z białą, przerażoną kobietą. Poczułam, że na razie nawet nie chcę tam wchodzić, że teraz muszę się skupić, muszę coś wymyślić. Wszyłam na zewnątrz. Na ławce siedziała kobieta, którą chwilę wcześniej widziałam. Okazało się, że to Elizabeth, żona Chrisa. Spytała jak się sprawy mają. Powiedziałam, że muszę jakoś załatwić helikopter, ale nie mam komórki bo zostawiłam ją Krzychowi, i że teraz muszę czekać, aż się tu pojawi wraz z jej mężem. Czas leciał, a ja nie mogłam nic zrobić. Usiadłam na ławce w jakimś odrętwieniu i powiedziałam z przekonaniem, że Rafał raczej tego nie przeżyje. Elizabeth zbladła i powiedziała z nadzieją w głosie, że wszystko będzie w porządku. Pokręciłam przecząco głową i powiedziałam, że nawet jeśli z tego wyjdzie, to na pewno nie w pełni sprawny. Na to odezwał się murzyn, który cały czas stał obok. Powiedział - „This guy will be perfectly O.K! I'm telling you. You will see. He will be PERFECTLY fine!” Nie wiedziałam kto to jest, więc zignorowałam go zupełnie i zapadłam się na chwilę w swoje myśli. Przypomniał mi się szpital w Izmirze i Arek, nasz wspólny przyjaciel i kompan podróży, który zmarł w śpiączce. Pomyślałam, że Rafała czeka to samo, jeśli pozwolę, żeby wieźli go w takim stanie karetkę. CZAS! Liczył się CZAS, a ja siedziałam bezczynnie, czekając aż Krzycho dotrze z komórką, w której miałam numer do ambasady. Chyba siedziałam  tak bardzo długo (mam wrażenie, że 5 min, ale chyba było to co najmniej pół godziny!). Przez mgłę pamiętam, że ludzie donosili jakieś rzeczy Rafała. Ktoś podał mi jego sandały, ktoś opakowanie od organków, ktoś wreszcie pęknięty, przesiąknięty krwią kasak, w którym był kawałek ramki od okularów. Odkładałam te rzeczy na bok i nie wiem co robiłam. Chyba po prostu czekałam....
Kiedy wreszcie pojawił się Krzysiek (musiała być już co najmniej godz. 14:00), zastał mnie nadal siedzącą bezczynnie na ławce i podobno (zupełnie tego nie pamiętam) pierwsze słowa, które ode mnie usłyszał, brzmiały - „Rafał tego nie przeżyje.” Nie wiem co mną kierowało. Może wrodzony fatalizm, może wrodzony realizm a może po prostu wolałam się nastawić na najgorsze niż siedzieć i myśleć życzeniowo. Jedno jest pewne, są lepsze sposoby na oznajmienie komuś, że jego kolega może umrzeć. Jak już pisałam, nie wiem co mną w tamtym momencie kierowało. Wszystko działo się jak za mgłą i kiedy to wszystko wspominam, to pamiętam jakieś ogólne odrętwienie.
Nie jestem pewna, co dokładnie potem zrobiłam, ale chyba nie tłumacząc Krzychowi niczego wzięłam telefon i zaczęłam dzwonić do ambasady. Pod ogólnym numerem nikt nie odbierał. Chris, jak się okazało, pracuje dla British Council. Skontaktował się więc z British High Comission, aby ci skontaktowali się z polską ambasadą. I znów nic. Znów zero akcji. Już od co najmniej 30 min  byłam na miejscu, i jeszcze nic nie zdziałałam! Nagle ktoś podał mi saszetkę Rafała. Znalazłam jego telefon, odszukałam nr do księdza Darka – znajomego, u którego spędzaliśmy Wielkanoc. Udało się połączyć. Poczułam jak opuszcza mnie odrętwienie, które ustępuje miejsca determinacji i pewności siebie.  Wreszcie zaczęłam działać!
Darek przesłał mi nr prywatny do Piotra, jednego z pracowników ambasady. Od tego momentu wreszcie wszystko ruszyło! Pan Piotr skontaktował się z PZU oraz z księżną Marią Sapiehą (wnuczką Eustachego Sapiehy, ministra spraw zagranicznych II RP). Pani Maria mieszka w Kenii i jest właścicielką firmy AAR (Africa Air Rescue Health Services), posiadającej własne helikoptery. Po chwili zadzwoniła do mnie Pani Maria i poprosiła, żebym podała jej lekarza. W trakcie ich rozmowy usłyszałam jak lekarz mówi, że pacjent jest w śpiączce, że jego stan jest krytyczny, że zaczyna się obrzęk mózgu, że ma rozdwojony język, stracił dolną wargę i prawdopodobnie także oko. To były nowe fakty, z którymi wcześniej nie zostałam zapoznana.
Pani Maria zadzwoniła jeszcze raz i powiedziała, że wysyła do nas helikopter. Spytała też, czy coś piłam i poprosiła, żebym o siebie zadbała, żeby nie było takiej sytuacji, że zemdleję z odwodnienia i z nerwów. Powiedziałam, że jakoś się odnajduję w tej sytuacji, i że się nie denerwuję (co o dziwo w tamtej chwili było prawdą). Pani Maria powiedziała, że słyszy to w moim głosie, ale i tak prosi, żebym po skończeniu naszej rozmowy poszła i wypiła szklankę wody (co zrobiłam).
Po wielu telefonach do i z ambasady, do i od Pani Marii, w końcu, po ok 30 min, dostaliśmy wiadomość, że helikopter będzie wysłany, mimo iż PZU jeszcze nie wysłało gwarancji płatności (musiało być już ok. 14.30). Okazuje się, że cała procedura nie jest taka prosta, i helikopter wcale nie zjawia się w 5 min. Wpierw musi być stwierdzone, że rzeczywiście pacjent tego wymaga, potem centrala musi sprawdzić, czy jest jakiś wolny helikopter, pilot oraz ratownicy, trzeba się upewnić, czy i gdzie jest miejsce, w którym helikopter mógłby wylądować, pilot musi zaplanować trasę, musi być załatwiony szpital docelowy, który potwierdzi gotowość przyjęcia pacjenta no i na to wszystko musi być oczywiście kasa, tak więc jeszcze się czeka, aż ubezpieczyciel wyśle gwarancję płatności za całą imprezę. Ogólnie milion fax-ów i telefonów. Próbowałam jeszcze walczyć o to, żeby móc lecieć z Rafałem, ale od razu powiedziano mi, że helikopter jest za mały, więc nie ma mowy.
Pani Maria powiedziała, że załatwi nam najlepszy, prywatny szpital oraz najlepszych lekarzy. Potem zadzwonił jeszcze pan Piotr i powiedział, żebym się nie martwiła, że nie mogę lecieć z Rafałem bo w Nairobi będzie na niego czekał polski doktor, i że będzie w dobrych rękach.
Pamiętam, że poprosiłam konsultanta z PZU, Panią Marię oraz ks. Darka, żeby na razie nie informowali rodziny Rafała. Jeszcze tyle mogło się zmienić w najbliższym czasie, że nie chciałam siać zamieszania i postrachu w domu Rafała. Chciałam się do nich odezwać dopiero ze szpitala w Nairobi, kiedy już będzie wiadomo co i jak.
Pośród tej lataniny, odbierania miliona telefonów, pamiętam, że pod nogami szwendali się dwaj policjanci. Nie miałem okazji dłużej skupić na nich swojej uwagi, ale pamiętam, że rzucił mi się w oczy przede wszystkim ich rażący brak profesjonalizmu. Łazili z oberwanym kawałkiem kartki , na której bazgrali zbierane informacje. Pamiętam, że rozmawiałam cały czas przez telefon. Kątem okaz zobaczyłam Krzycha i powiedziałam mu, żeby spisał numery służbowe tych policjantów.  Miałam przeczucie, że jeśli tylko my damy im nasze namiary, a oni nam nie, ślad po panach zaginie.
Ok 15 zadzwoniła Pani Maria i powiedziała, że helikopter wystartował i może być w każdej chwili pomiędzy 15.30 a 16.15. Wpierw byłam bardzo zaskoczona. Przecież dobre pół godziny temu, dostaliśmy informację, że już lecą, a teraz okazało się, że dopiero wystartowali. Pani Maria wytłumaczyła mi, że nad Mt. Kenią szaleje burza, i że pilot musiał wytyczyć trasę dokoła masywu, oraz, że miał problemy z uzyskaniem zgody na start. Z powodu trudnych warunków oraz z powodu późnej pory. Helikoptery ratownicze nie mają prawa latać po zmroku. Słońce zachodzi o 18.30, więc śmigłowiec dostał zgodę na lot w ostatniej możliwej jeszcze chwili.
W międzyczasie Chris z Elizabeth, zmienili swoje plany i postanowili zrezygnować z ostatniego dnia wakacji. Zaproponowali, że zabiorą nas oraz nasze rowery i bagaże do Nairobi, gdzie obecnie mieszkają. Krzycho z Chrisem poszli pakować do auta nasze sprzęty a ja wykonałam parę telefonów do poznanych wcześniej księży i uzgodniłam z nimi, że będziemy mogli wraz z całym naszym dobytkiem zatrzymać się w głównej bazylice, w centrum Nairobi.
Teraz nie mogłam już nic więcej zrobić. Zaczęło się długie oczekiwanie. Wreszcie mogłam pójść do Rafała!
Okazało się, że Rafał odzyskuje powoli przytomność. Gdy weszłam do sali wpierw usłyszałam bolesne jęczenie, a potem moim oczom ukazał się straszny widok. Cała twarz Rafała była we krwi, oczy były tak sine i zapuchnięte, że trudno było powiedzieć, czy je ma, czy nie, w dolnej wardze była wyrwa, przez którą widać było zęby. Na udach nad kolanami widać było rany cięte tak głębokie, że widać było przez nie mięśnie. Po ranach na twarzy chodziły muchy, a niektóre pielęgniarki nie miały na rekach rękawiczek. Gdy weszłam, akurat jena z nich odwiodła Rafała ramię aby oczyścić dłonie z krwi i mimo bolesnego charczenia ze strony Rafała, nie przychodziło jej do głowy, że przy takim wypadku, człowiek może mieć połamane wszystkie kończyny. Gdy pojawiłam się w drzwiach, pielęgniarka powiedziała - „tell tour friend to calm down”. Musiałam bardzo głośno, dobitnie i dwa razy powtórzyć, że ma go zostawić w spokoju! Poczułam straszne wyrzuty sumienia, że dopiero teraz znalazłam się przy jego łóżku. On tam nie powinien był być ani chwili sam!
- Rafał, Rafał, słyszysz mnie? - odpowiedzi nie było.
Postanowiłam w jakiś inny sposób nawiązać komunikację. Położyłam Rafałowi jedną dłoń na sercu, a drugą wzięłam jego dłoń, ścisnęłam ją mocno i powiedziałam mu, że to ja, i że jeżeli słyszy, to żeby odwzajemnił uścisk. Nic, cisza.
Powtórzyłam to trzy razy i za czwartym, nagle poczułam lekki uścisk.
Postanowiłam kontynuować. Powiedziałam, że jeżeli wie, kto mówi, to, żeby jeszcze raz odwzajemnił uścisk. Reakcja była natychmiastowa! Trudno opisać radość i wzruszenie jakie poczułam.
Rafał z chwili na chwilę robił się coraz przytomniejszy, co dawało wielką nadzieję ale miało to taki minus, że coraz bardziej odczuwał ból. Zaczęło się głośne jęczenie przechodzące momentami w przerażające charczenie, walka z gorsetem, dotykanie twarzy i ściąganie dopiero co założonych opatrunków. Trzeba było trzymać Rafała za ręce i jednocześnie go uspokajać. Rafał wyrywał się coraz bardziej i coraz trudniej było go przytrzymywać nie rozsierdzając go przy tym jeszcze bardziej.
Na szczęście pojawił się Krzycho, który w międzyczasie jakimś cudem zdołał razem z Chrisem zapakować nasze rowery i sakwy do ich Landrovera.
Teraz już razem przy łóżku Rafała czekaliśmy na helikopter. Rafał momentami zapadał w letarg, momentami szarpał się na nowo. Najgorsze było to, że Rafał kompulsywnie wysuwał język przez otwór, który pozostał po wyrwanej wardze oraz żuł kawał skóry, który po wardze pozostał. Cały czas z Krzychem mówiliśmy mu, żeby głęboko oddychał i nie żuł własnej wargi. Ciekawe było to, że Rafał absolutnie nie reagował na komendy wydawane po angielsku, natomiast do naszych, wydawanych po polsku, przez większość czasu nawet się stosował. W pewnym momencie jednak, ku naszemu przerażeniu, odkryliśmy, że Rafał w amoku, zjadł kawał własnej wargi!
Te chwile ciągnęły się w nieskończoność. Każdy odgłos motocykla na drodze zrywał nas na równe nogi w nadziei, że to helikopter. W pewnym momencie, pielęgniarki zaczęły wypychać łózko na zewnątrz – przyleciał! Znów skucha – ktoś odpalił kosiarkę nieopodal. Kiedy wybiła 16, zaczęłam mieć wątpliwości, czy dobrze zrobiłam walcząc o helikopter...Miało być dużo szybciej niż karetką a ostatecznie wyglądało na to, że czasowo wyjdzie na to samo...Byłam na siebie zła. Pocieszałam się jedynie faktem, że w helikopterze przynajmniej tak nie trzęsie.
Ostatecznie, o 16.15, cztery godziny po wypadku, wreszcie przylecieli! Wyobrażałam sobie, że teraz zacznie się poważna akcja ewakuacyjna. Przez chwilę poczułam wielką ulgę! Jakież było moje zdumienie gdy okazało się, że ratownicy wpierw przybijają sobie ze wszystkimi wkoło piątki, zaczynają gaworzyć z personelem i leniwie przeglądać papiery. Potem ratownicy zaczęli szukać butli z tlenem w swoich przepastnych torbach. Gdy wreszcie ją znaleźli, ratowniczka rzuciła ją na łózko tak, że wylądowała na piszczelach Rafała. W sali rozległ się przeraźliwy jęk oraz przepraszające „sori my friend, sori” i głupi uśmiech. Traciliśmy z Krychem cierpliwość. Nie mogliśmy pojąć czemu NIKOMU SIĘ NIE SPIESZY?!
Kiedy przyjechaliśmy ambulansem na boisko szkolne, na którym wylądował helikopter, wioskowy tłum był tak wielki, że nie mogliśmy Rafała wyciągnąć z karetki. Atmosfera robiła się coraz bardziej nerwowa. Pilot zaczął biegać wokół, okładając ludzi parasolem, my z Krzychem zaczęliśmy agresywnie odpychać ścianę ludzi napierającą na karetkę. Niektórzy mężczyźni zaczęli łapać się za ręce, tworząc swego rodzaju kordon, próbując ochronić nas przed napierającym tłumem. Ludzie wrzeszczeli z podniecenia, a ich wrzask zlewał się w jeden przyprawiający o ciarki dźwięk przypominający okrzyki wojenne. Cieszyłam się bardzo, że Rafał dostał narkotyczny tramadol, dzięki, któremu, był poza tym wszystkim. Jakież musiałoby by być przerażające, nie mogąc otworzyć oczu, słyszeć tę straszliwą wrzawę!
Przez rozemocjonowany tłum oraz przez opieszałość ratowników, GODZINĘ zajęło nam zapakowanie Rafała do helikoptera! Krzycho na przykład składał dla nich specjalistyczne nosze, bo pielęgniarze zachowywali się, jakby własny sprzęt widzieli po raz pierwszy! W międzyczasie udało mi się przekonać pilota, żeby zabrał mnie na pokład. Głównym argumentem, który przeważył za, było to, że Rafał najbardziej reagował na moje polecania.
Cały czas bardzo zależało mi na tym, żeby lecieć. Głównie dlatego, że nie chciałam Rafała zostawiać samego w tych przerażających chwilach; dla tego, że chciałam być przy tym jak go przyjmują do szpitala w Nairobi oraz dla tego, że....nigdWidok z helikopteray bym sobie nie wybaczyła, gdybym dotarłszy autem parę godzin później, dowiedziała się, że Rafał zmarł w szpitalu...sam, bez nas.....
Kiedy żegnałam się z Krzychem, kiedy już miałam wsiadać do helikoptera, zdjął mnie niesamowity sytach! Poczułam, że nie chcę lecieć, że boję się bardzo. Zdałam sobie sprawę, że teraz rozdzielamy się z Krzychem, i że zostaję całkiem sama z Rafałem i całą tą sytuacją.
Chwilę jeszcze zajęło zanim wystartowaliśmy, ponieważ wieśniacy podnieceni widokiem zakrwawionego białasa, przykładali twarze do przeszklonych ścian helikoptera, rozpłaszczając na nich nosy i wargi. Pilot znów musiał wysiąść i zrobić rundę wokół okładając tłum parasolem. Potem dowiedziałam się, że na miejscu była policja, ale funkcjonariusze stali na uboczu, obserwując całe zdarzenie z daleka...
Gdy wreszcie znaleźliśmy się w powietrzu, moim oczom ukazała się bajkowa, piękna kraina. Postanowiłam zrelaksować się na tyle na ile było to możliwe i cieszyć widokami, ponieważ za chwilę miała zacząć się szpiNairobitalna latanina. Wpierw lecieliśmy nad gęstym lasem równikowym na zboczach Mt. Kenii, potem mijaliśmy plantacje ryżu, kawy i herbaty oraz pięknie z góry wyglądające wioski i miasteczka.
Po 20 minutach lotu dotarliśmy do Nairobi. Z góry zobaczyłam wpierw slumsy a potem gigantyczny korek. Ratownicy powiedzieli, że takiego korka jeszcze nie widzieli i sięgnęli po komórki, żeby zrobić zdjęcia. Powiedzieli mi, że w takich warunkach, Rafał byłby wieziony ambulansem dobre 5 godzin, ponieważ w Kenii nikt nie ustępuje pierwszeństwa karetce na sygnale (!?).
Gdy wylądowaliśmy, ratownicy znów musieli przybić sobie piątki z kolejnymi znajomymi. Gdy w końcu byliśmy już w karetce, u bram lotniska zatrzymał nas strażnik, który powiedział, że bez kopii mojego i Rafała paszportu nie może nas wypuścić. Okazało się, że jest to policyjne lotnisko i strażnik musi mieć dane każdego kto je opuszcza i nie może pojąć, że my się spieszymy do szpitala. Po krótkiej awanturze, udało nam się wreszcie wyruszyć.
W Nairobi Hospital byliśmy po 5 minutach. Po raz kolejny błędnie założyłam, że teraz wreszcie zacznie się akcja ratunkowa z prawdziwego zdarzenia. Ku mojemu zdumieniu, Rafał został przyjęty nie na ostry dyżur ale na „obserwację”! Po sali kręciły się leniwie pielęgniarki, niezbyt chętne do tego, żeby cokolwiek przy Rafale zrobić! Przez dobre 45 min nie działo się kompletnie NIC! Rafał leżał bez opieki a ja zostałam zabrana do okienka, w którym w ramach rejestracji, poza podstawowymi informacjami, miałam jeszcze udzielić odpowiedzi na pytania jakiego Rafał jest wyznania, jaki ma zawód oraz jaki jest jego status matrymonialny. Miałam już szczerze dość tej maskarady! Zadzwoniłam do konsula i powiedziałam, że Rafał miał być pod najlepszą opieką, a tymczasem nie dzieje się nic! Dopiero po tym, zostaliśmy zabrani na badania – prześwietlenie głowy, kręgosłupa, kończyn oraz USG jamy brzusznej. Niestety to wszystko też odbywało się w ślimaczym tempie. Przed nas wpychali się regularni pacjenci szpitala a pielęgniarka dopowiedziana za Rafała stała, oglądając sobie sztuczne paznokcie. Gdy wreszcie wjechaliśmy do sali z aparaturą do tomografii komputerowej, spytałam pielęgniarki, jak zamierza sama Rafała, który może ma uszkodzony kręgosłup, przełożyć na łóżko, które wjeżdża do urządzenia? Na to pielęgniarka poskrobała się po peruce i ruszyła szurając klapkami, poszukać pomocy. Po 10 min, przystąpiliśmy do badania. Byłam już strasznie wściekła i rozgoryczona tą opieszałością! Już ledwo trzymałam nerwy na wodzy, bliska wybuchu.
Dopiero po 21-ej, na 2,5 godziny po przyjęciu do szpitala, Rafał miał zrobione podstawowe prześwietlenia, oraz WRESZCIE pojawił się lekarz! Dr Kiboi, neurochirurg, zrobił na mnie początkowo bardzo dobre wrażenie. Obejrzeliśmy razem wszystkie skany, na których uwidocznił się brak złamań kończyn oraz brak obrażeń narządów wewnętrznych. Wyniki tomografii głowy nie były jednak zbyt ciekawe. Okazało się, że Rafał ma liczne pęknięcia i złamania kości twarzy z lewej oraz głównie z prawej strony. W sklepieniu prawego oczodołu oraz w kości czołowej, nad łukiem brwiowym pęknięcia czaszki były tak duże, że przez powstałe otwory, do przestrzeni mózgowej dostało się sporo powietrza, które uciskało prawy płat czołowy. Lekarz pocieszył mnie, że powietrze prawdopodobnie w ciągu paru dni samo się rozpuści, i że jeśli tak się stanie, lekki obrzęk mózgu widoczny na skanie, powinien zniknąć. Ostrzegł mnie zarazem, że jeśli do mózgu wda się zakażenie lub powietrze się nie rozpuści, będzie musiał przeprowadzić operację z otwarciem czaszki. Pośród tych złych wieści, niesamowicie pocieszający był dla mnie fakt, że na skanie nie uwidoczniono żadnego krwawienia w mózgu.
Po oględzinach dr. Kiboia, ok 22, Rafał trafił na oddział intensywnej terapii, gdzie dowiedziałam się, że jak najszybciej musi przejść operację w celu oczyszczenia ran oraz rekonstrukcji straconej wargi. Okazało się, że przez powstałe w kości czołowej otwory, do jego czaszki dostała się ziemia, żużel i trawa, które trzeba jak najszybciej usunąć aby nie dopuścić do zakażenia mózgu.
Chirurg plastyczny, twarzowo- szczękowy, dr Kahugu, miał pojawić się lada chwila, ponieważ o 23 miał kogoś operować. Rafał miał być następny. Poproszono mnie abym poczekała do przyjazdu lekarza, ponieważ miałam podpisać zgodę na operację.
W międzyczasie, po 22-giej, pojawił się Krzycho. Po licznych przygodach udało im się dotrzeć do Nairobi. Po drodze urwał się na wybojach hak z naszymi rowerami, wpadli do rowu, omal nie zabili w ciemnościach rowerzysty jadącego pod prąd, a potem omal nie przejechali osła. Gdy wreszcie dotarli do Nairobi, do bazyliki, okazało się, że strażnicy nic nie wiedzą i nie chcą Krzycha wpuścić a księża, z którymi się wcześniej umawiałam, nie odbierają telefonów. W końcu Chris z Elizabeth zaproponowali, żebyśmy zatrzymali się u nich.
Ponieważ zrobiła się 23-cia a lekarza chirurga nadal nie było (mimo, że o 23 miał zacząć kogoś operować), nie chcąc dłużej trzymać Brytyjczyków na parkingu, podpisałam zgodę na operację i ruszyliśmy z Krzychem do samochodu. Chris i Elizabeth byli naprawdę zmęczeni. Byłam im niesamowicie wdzięczna za to, że uratowali Rafała, ryzykując własne życie przywieźli Krzycha i nasze rzeczy do Nairobi a teraz zaproponowali nam nocleg!!!
Gdy dotarliśmy do ich domu, okazało się, że to wspaniała wiktoriańska willa w iście kolonialnym stylu - z ogrodem, strażnikiem u bamy, murem z drutami pod napięciem oraz służbą. Dom Chrisa i ElizabethNasze rowery znalazły schronienie w garażu, a my dostaliśmy własny pokój z wielkim łóżkiem i łazienką. Po szybkim prysznicu, zeszliśmy na dół, na kolację. Dopiero uświadomiłam sobie, że od rana nic nie jadłam. Czekały już na nas kubki z gorącą czekoladą oraz fasolka z tostami. Elizabeth powiedziała, że możemy zostać u nich dwa tygodnie, dopóki, nie wróci ich córka. Powiedziała też , że mamy czuć się jak w domu, i że ma nadzieję, że będziemy „jak piraci, plądrować śmiało ich lodówkę.” Nie mogłam uwierzyć w to, że spotkaliśmy takich aniołów!
Ok 2 nad ranem, kiedy wreszcie kładłam się spać, myślami nadal byłam w szpitalu. Właśnie zaczynała się operacja Rafała. Po tym długim, pełnym stresów dniu, zasypiałam w miękkim łóżku niesamowicie wdzięczna Elizabeth i Chrisowi za to, że dali nam schronienie w tak trudnej chwili. Zapadłam w sen szybko, przygotowując się mentalnie na kolejny długi dzień.

30.04.2011 sobota – KARTKA Z NOTATNIKA
Dziś trzeci dzień od wypadku. Już po pierwszej operacji. Rafał dziś był w dużo lepszym stanie niż wczoraj. Niestety dziś zauważyliśmy z Krzychem, że Rafałowi cieknie z nosa płyn rdzeniowo – mózgowy. Nikt z obsługi nie zwrócił wcześniej na to uwagi. Po wczorajszym dniu pełnym euforii, okazało się dziś, że będzie musiał przejść kolejną operację, tym razem neurologiczną. Lekarz mówił, że jeśli wyciek się powtórzy, będzie musiał otworzyć Rafała czaszkę. Do tej pory jakoś się trzymałam. Teraz dopiero płynął mi pierwsze łzy. Czytałam dziś w szpitalu Rafałowi jego notatki. Przypomniały mi się stare historie, radość, wspólnie przeżywane przygody i gdy pomyślałam, że Rafała pamiętnik może już nigdy nie zostanie dalej zapełniony, zrobiło mi się tak strasznie smutno!!! BOJĘ SIĘ O NIEGO!!! Teraz dopiero naprawdę się boję. On jest teraz taki biedny, taki bezbronny i taki dzielny! Boję się, że druga operacja go wymęczy. Jeśli do niej dojdzie, będzie musiał spędzić miesiąc w szpitalu....A dziś było już tak dobrze.....Boję się bardzo!


3 maja 2011 – MAIL DO RODZINY

Hej kochani!
Mamy najnowsze wieści ze szpitala. Rafał pomyślnie przeszedł drugą operację i 2 godz. temu wrócił już do swojej sali. Operacja była bardzo skomplikowana. Trwała  ponad 4 godziny. Chirurg musiał nastawić mu nos oraz 5 kości twarzy, które scalił tytanową siatką. Musiał też dopracować jeszcze uprzednio odbudowaną wargę oraz pozostałe blizny na twarzy tak, żeby nie pozostał po nich ślad!
Bardzo się cieszymy, choć ostateczny entuzjazm rezerwujemy sobie na później. My z Krzychem, mamy się dobrze, choć coraz bardziej jesteśmy wycieńczeni krótkimi nocami i całymi dniami w szpitalu. Myślę, ze już teraz możemy zacząć spać spokojnie:-)
Dzięki Wam wszystkim za wysyłanie pozytywnej energii!
Pozdrawiamy!
Adela i Krzysiek

CZEGO SIĘ JESZCZE DOWIEDZIELIŚMY
W ciągu pierwszego tygodnia od wypadku, zbieraliśmy z Krzychem kolejne informacje. Chris z Elizabeth narysowali nam dokładnie gdzie był Rafał, gdzie jego rower, gdzie kierowca i gdzie ciężarówka, gdy przyjechali na miejsce. Z ich rysunku oraz relacjiTaką sytuację zastali Brytyjczycy wynika, że do wypadku doszło na stromym podjeździe, ok 150 m za miejscem gdzie zaczęła się linia dla powolnych pojazdów.  Chris mówił, że sam na tym podjeździe nie mógł jechać szybciej niż 40 km/h. Jak więc ciężarówka zdołała rozpędzić się tak, żeby wyrzucić Rafała 3 m od roweru? Jak kierowa na prostym podjeździe, gdzie były dwa pasy, wjechał w Rafała? Tego nie wiemy ponieważ Rafał nic nie pamięta a kierowca, choć nie uciekł z miejsca wypadku, odmówił zeznań.
Kiedy odebraliśmy rower Rafała, po szczegółowych oględzinach, zauważyliśmy, że ciężarówka przejechała po nim co najmniej jednym kołem (na przedniej sakwie był ślad bieżnika), oraz przemaglowała go pod spodem – w rower, który zamienił się w coś na kształt składaka, wkręcony był przewód paliwowy z podwozia ciężarówki. Większość roweru zstała po prostu zmiażdżona, a to co z niego zostało, nieśliśmy w jednym kawałku. Aż strach pomyśleć, co by było, gdyby Rafała buty kolarskie nie wypięły się z pedałów...Strach pomyśleć, co by było, gdyby Rafał nie miał na głowie kasku....Lekarze stwierdzili zgodnie, że kask uratował mu życie...
Okazało się też, że to nie Brytyjczycy pierwsi się zatrzymaliW rowerze widać przewód paliwowy. Osobą, która udzieliła Rafałowi pierwszej pomocy był Kenneth – Kenijczyk, którego widziałam w szpitalu razem z Elizabeth, i którego ignorowałam, nie wiedząc kim jest i czemu ciągle przy nas stoi. Okazało się, że to on zatrzymał Brytyjczyków.
Kenneth jest emerytowanym nauczycielem IT. Rodziców ma w okolicach Chogorii, ale z rodziną mieszka w Nairobi. W dniu wypadku Rafała dowiedział się, że jego córka miała wypadek parę dni wcześniej w Nairobi. Rodzina nie chciała go o tym informować, ponieważ córce nic się poważnego nie stało. W dniu, kiedy Kenneth dowiedział się o wypadku, próbował przesłać córce pieniądze. Ponieważ coś się komplikowało, postanowił ruszyć do Nairobi. Po drodze wstąpił do kościoła i pomodlił się o to, aby bezpiecznie dotrzeć do stolicy, oraz o to, żeby mógł sprostać wszystkim wyzwaniom, które tego dnia staną na jego drodze. Pierwsze matatu (busik) było przepełnione, udało mu się dostać dopiero do kolejnego. Nie ujechał zbyt wiele, gdy jego oczom ukazał się tłum ludzi zgromadzony wokół krwawiącego Rafała. Kenneth zorientował się, że nikt nic nie robi. Poprosił kierowcę busika aby zatrzymał swój biznes, wysadził pasażerów i zabrał rannego do pobliskiego szpitala. Kenneth zaproponował też, że zapłaci za ten kurs. Kierowca przystał na to i kiedy zawracał, KenRower został zmiażdżony!neth w tym czasie pobiegł do Rafała. Okazało się, że kierowca ciężarówki siedział naprzeciwko swojego pojazdu na barierce i patrzył się tępo przed siebie. Na pytanie Kennetha, czemu nic nie robi, nie udzielił odpowiedzi. Kenneth obejrzał dokładnie przód ciężarówki – nie zauważył zbitych lamp, ani żadnych wgnieceń na przodzie. Spisał numery rejestracyjne, zanotował, też, że była to 7 tonowa ciężarówka i ruszył do Rafała. Okazało się, że Rafał otoczony był tłumem gapiów, pośród których stał też pasażer ciężarówki, ale nikt nic nie robił. Rafał leżał na plecach, głową w dół stromego zbocza, krwawiąc obficie. Kenneth przekręcił Rafała głową w górę (sam, bo nikt mu nie chciał pomóc), a następnie zobaczył zbliżającego się Landrovera. Wyskoczył na drogę aby zatrzymać auto. W środku byli Chris i Elizabeth. W czasie gdy Brytyjczycy robili miejsce na tylnym siedzeniu, Kenneth zatrzymał kolejne auto, za którego kółkiem siedział nauczyciel (który mnie później zabrał do szpitala). Kazał nauczycielowi pozbierać sakwy Rafała i zawieźć je do szpitala. Jednocześnie ostrzegł zebrany tłum, że jeżeli choć jedna rzecz zostanie skradziona, spadnie na nich nieszczęście (prosty lud posłuchał). Kiedy Landrover był już gotowy, nikt nie chciał pomóc Kennethowi przenieść Rafała do środka. Ludzie patrzyli się baranim wzrokiem. Kiedy w końcu Rafał był w środku, Kenneth opowiadał, że trzymał jego głowę na swoich kolanach i modlił się głośno. Mówił, że modlił się tak mocno, że wiedział, że śmierć nie ma tu wstępu. To właśnie Kenneth kierowany silną wiarą, zaoponował w szpitalu moim czarnym wizjom, kiedy mówiłam, że Rafał tego nie przeżyje. Kenneth odwiedził Rafała w szpitalu w Nairobi kilkukrotnie. OdKenneth z synamizyskał też z posterunku Rafała rower, przywiózł go do Nairobi oraz pilnował, żeby policja wydała nam raport.
Zdumiewające są dla mnie brak wyobraźni i opieszałość Kenijczyków. Poza tym, że nikt nie pomógł, że lekarze z helikoptera się guzdrali, że w Nairobi badania zajęły 3 godziny, to Chris opowiadał jeszcze, że jak przywieźli Rafała do szpitala w Chogorii, gdy pobiegł do sali przyjęć, zastał tam 5 gaworzących lekarzy. Gdy powiedział im, że mają w samochodzie rannego, nikt się nawet nie ruszył. Chris musiał podnieść głos, żeby wreszcie ktoś się podniósł. Pielęgniarki, które przyniosły nosze, podstawiły je tak, że gdyby nie szybka reakcja Kennetha, głowa Rafała wisiałaby poza noszami. Długo by  pisać. Ogólnie KOSZMAR dla białego, przyzwyczajonego do tego, że czas płynie szybciej.

JAK SIĘ TO SKOŃCZYŁO
Ostatecznie Rafał przeszedł 3 operacje plastyczne i po 3 tygodniach (19 maja), został przetransportowany przez PZU do Polski.
Nam, jako jego opiekunom, te 3 tygodnie przysporzyły chyba więcej stresu niż sam dzień wypadku. Rafał przez pierwsze 5 dni był prawie całkiem nieprzytomny. Choć od pierwszego dnia sam jadł i udawało się z nim rozmawiać, rozmowa ta była w wiTyle zostało z roweru....ększości albo pozbawiona sensu, albo zapominana przez Rafała po 15 min. Rafał stracił pamięć od momentu wypadku, do 2 tyg po nim następujących. Prawdopodobnie już nigdy nie przypomni sobie tych chwil (może i dobrze). Przez pierwsze dni, Rafał zachowywał się jak stary dziadek. Prosił np. żebyśmy podali mu okulary, które położył na półeczce za głową (okulary były zniszczone w wypadku, a za głową nie było żadnej półeczki), albo prosił, żebyśmy podali mu komputer, który jest w sakwie piętro niżej. Gdy tłumaczyliśmy mu, że jego sakwy nie są piętro niżej, ale u Brytyjczyków w garażu, mówił ze zdziwieniem, że to nie możliwe, bo on przyjechał wczoraj do szpitala na rowerze. Na pytanie, dlaczego tu jest, mówił, że jakoś słabo mu się wczoraj zrobiło i postanowił zobaczyć się z doktorem. Kiedy przyszła pielęgniarka podać leki, Rafał mówił, że nie chce już pić whisky, a lekarzowi mówił, że wypadek miał 5 lat temu. Pytał nas też gdzie jest Marcin – pielęgniarz, który zabrał jego komputer na pole walki. Kiedy pytaliśmy się Rafała, czy był fizjoterapeuta, i czy z nim chodził, Rafał mówił, że nie było, ale on sam przechadzał się przed szpitalem, „żeby się wypierdzieć.”  Taka to była komunikacja. Z perspektywy czasu zabawna, ale wtedy nie było nam do śmiechu. Z jednej strony bardzo cieszyliśmy się, że w ogóle mówi i że nas rozpoznaje, i pamięta, że jest w szpitalu, w Nairobi, a z drugiej, drżeliśmy, że taki stan rzeczy może się utrzymać na dłużej. Neurochirurg mówił nawet o paru miesiącach. Pamiętam jak pierwszy raz przyniosłam Rafałowi jego komórkę. Byłam tak spięta gdy dałam mu ją do rąk. Obawiałam się, że nie będzie pamiętał cyfr (częste przy urazach mózgu). Jaka to była ulga, gdy okazało się, że Rafał czyta, liczy i pisze! Choć gdy np. chciał wysłać urodzinowego smsa do przyjaciela Buczka, sprawdziłam jak mu idzie. Zobaczyłam na ekranie komórki jakiś nonsens. Spytałam do kogo pisze, a Rafał z przekonaniem stwierdził, że do Cicia. Niczego, po prostu niczego, nie był w stanie pamiętać na początku dłużej niż 15 min. Dla nas było to początkowo zatrważające a potem uciążliwe. Rafał potrafił 5 razy dziennie dotykać się do twarzy i ze zdumieniem pytać nas - „Co ja mam na twarzy?Gdzie ja się tak poharatałem? Kto mnie tak urządził?” A my 5 razy udzielaliśmy mu tej samej odpowiedzi  - że miał wypadek, że rower jest zniszczony itd. i 5 razy dziennie przechodziliśmy z Rafałem te same emocje, ponieważ on za każdym razem tak samo emocjonalnie na te informacje reagował. Nie jest łatwo nawet raz powiedzieć komuś o tak dużej tragedii, głównie z powodu reakcji, które takie informacje wywołują u słuchacza. My przez to przechodziliśmy parę razy dziennie, przez 2 tygodnie. Przez ten czas, byliśmy w szpitalu od rana do wieczora. Niezależnie czy Rafał spał czy nie, byliśmy cały czas.
W międzyczasie wykonywałam i odbierałam miliony telefonów z PZU i w ich imieniu latałam po pietrach faxując dla nic różne dokumenty, których sami nie potrafili załatwić. Wieczory upływały na telefonach do rodziny Rafała, oraz naszych bliskich. Niby nic nie robiliśmy, a jednak byliśmy padnięci.
Dodatkowym naszym zmartwieniem było to, że Rafał nie zdając sobie sprawy ze swojego faktycznego stanu, zamierzał niebawem ruszyć w dalsza drogę. Kazał nam odebrać przesyłkę z częściami zapasowymi, która na niego czekała na poczcie (dotarła przed wypadkiem) i już snuł plany odbudowy swojego roweru. Kiedy próbowałam mu wytłumaczyć, że musi wrócić do Polski co najmniej na pół roku, nie chciał słuchać. Choć zabrzmi to strasznie, przyznam, że w pewnym sensie z ulgą przyjęliśmy informację od lekarza, że Rafał ma pęknięty kręg (okazało się to dopiero po 12 dniach). Wiedzieliśmy, że teraz damy radę mu wytłumaczyć, że nie może chwilowo jechać na rowerze. Kiedy wsadzili Rafała w gorset, widać było, że zaczyna rozumieć powagę sytuacji. Zaczął się też trzeci tydzień, w którym Rafał już pamiętał niektóre informacje nawet przez cały dzień. Choć gdy przyszło do dnia wylotu, Rafał spytał się mnie z wyrzutem, czy ja to wszystko zorganizowałam, i stwierdził, że on się nigdzie nie wybiera, bo w przyszłym tygodniu zamierza kontynuować podróż....
Ostatecznie, powietrze w czaszce Rafała się rozpuściło i lekarze pozwolili na jego powrót do kraju pod opieką ratownika, ze wskazaniem, że ma być ambulansem przetransportowany z lotniska do szpitala i trafić pod opiekę neurochirurga. Niestety po wylądowaniu nastąpiło zderzenie z Polską rzeczywistością. Lekarz na izbie przyjęć w szpitalu miejskim w Olsztynie (niestety mam Rafała uparła się na to miasto), stwierdził, że „Rafał wygląda za dobrze, żeby zostać w szpitalu”. I tak, człowiek po ciężkim wypadku, który 3 tyg leżał plackiem niemal nieprzytomny, został odesłany na wieś, do domu, bo „szpital to nie hotel”! Rafał, choć twierdzi, że czuje się wyśmienicie, nadal ma problemy z pamięcią i boryka się z polskim betonem. Minęły już ponad 2 miesiące od powrotu do kraju i Rafał dopiero w zeszłym tygodniu doczekał się prześwietlenia mózgu i kręgosłupa ,a wizytę u ortopedy ma przewidzianą na połowę grudnia! WITAJ POLSKO!!!
My z Krzychem, po 2 tygodniach pobytu u Brytyjczyków, przenieśliśmy się do Leszka – fantastycznego Polaka, którego poznaliśmy parę dni przed wypadkiem. Lechu dał nam schronienie na 3 tyg, jako, że po wylocie Rafała pochorowaliśmy się oboje i na zmianę leżeliśmy w łóżku przez 2 tyg. Prawdopodobnie uchodził z nas nagromadzony wcześniej stres.
Tak więc 2 tyg po powrocie Rafała do kraju, my z Krzychem zapakowaliśmy ponownie nasze poczciwe rowery i ruszyliśmy w stronę granicy z Tanzanią. Chwilowo jesteśmy na Zanzibarze, wkrótce  wracamy do Dar es Salaam, skąd planujemy udać się do Mozambiku. Mam nadzieję, że Afryka czeka na nas już tylko z dobrymi przygodami. Trzymajcie kciuki!

 
Rower zamienił się w składaka
Krzycho demontuje resztki roweru
Ucierpiała też ukochana gitara...
Ciężarówka przejechała po rowerze, miażdżąc go
Zmiażdżone koło
Chris z Krzychem
Widok z helikoptera na plantacje ryżu

Komentarze

Wypadek Rafala

Czesc!

  • Napisalam moje opdczucia juz na tablicy, wiec nie bede sie powtarzac. Jestes osoba, ktora chcialabym poznac- czulabym sie zaszczycona. Wszystkie wasze strony sa niezwykle interesujace, nawet pomimo, ze piszecie o tych samych miejscach, ale przeciez jestescie innymi osobami i macie inne, choc podobne w stopniu wrazliwosci odczucia.P
  • Poznalam Arka i Rafala przez przypadek we Wloszech i sledze ich- Wasze poczynania.

Pozwalacie wierzyc, ze istnieja tacy zwariowani marzyciele, ktorzy swoje marzenia przekuwaja w realia.
powodzenia. mam nadzieje, ze sie spotkamy...za lat pare.
anka

Dziekuje za przemile slowa!!!

Dziekuje za przemile slowa!!! Ciesze sie, ze nasza strona sie poboba, i ze mozemy inspirowac! Chcialam tez podziekowac za przepiekny list,ktory napisalas do Arka, ktory czytalismy Mu w Jego ostatnich chwilach.Pozdrawiam serdecznie!

Przechodzą mnie ciarrrrry po

Przechodzą mnie ciarrrrry po całym ciele gdy czytam twój Ada opis tego co przeżywaliście podczas mojego braku kontaktu ze światem. Moze faktycznie dobrze, ze nie byłem swiadom wtedy tych wszystkich rzeczy które działy się wokół mnnie, bo moja psycha - kolesia w puzlach mogłaby być poważnie zachwiana !!! Poświęciliście z Krzychem bardzo wiele dla mojego życia!!! I za to jestem wam BARDZO WDZIĘCZNY !!! DZIĘKUJĘ WAM :)

Rafał, nie ma sprawy! Wiesz

Rafał, nie ma sprawy! Wiesz przecież, że po śmierci Arka uświadomiliśmy sobie, że ta podróż jest na dobre i na złe. Cieszę się, że po prostu w ostatniej chwili mogłam znaleźć się we własciwym miejscu i o właściwym czasie:-) Ja też się cieszę, że nic nie pamiętasz i mam nadzieję, że sobie nie przypomnisz! Nie ma czego! Szybkiego powrotu na trasę:-)

Ada !!

Witajcie!!
 Jestem tym który gościł na jachcie w Czarno Górze Arka i Rafała.Poznałęm ich i trzymałem kciuki za ich szczęślwą podróż. Cóż chyba nie było mio dane pomóc im. Najpierw śmierć Arka a póżniej wypadek Rafała. Ale to dla Ciebie i Krzyąśka śle olbrzymie podziękowania za to co zrobiliście dla Rafała. Życzę Wam spełnienia marzeń . Równierz Rafałowi życzę powrotu do zdrowia i powrotui na szlak
Może właśnie tam gdzieś spotkamy się.
Bardzo Was pozdrawiam kpt. Zibi mój adres na stronie www.shanta.pl

Zbyszku! Dziękuję za miłe

Zbyszku!
Dziękuję za miłe słowa! Chłopcy często wspominali spotkanie z Tobą, a Arek zaliczał chwile spędzone na Waszym jachcie do jednych z lepszych przygód Jego wyprawy! Jak chodzi o trzymanie kciuków, zawsze się przydaje! Myślę, że każdy kciuk i każdy promyk pozytywnej energii wysyłany w naszą stronę pomaga nam i wspiera na odległość:-) Również pozdrawiamy i życzymy wiatru w żaglach! I coż..do zobaczenia w szerokim Świecie:-)

http://pcvokna.pl

http://pcvokna.pl