JORDANIA 16.11.2010 - Mała Afryka - Petra - Pierwszy raz daleko od domu.

Dodane dnia 2010.11.27 -- Zaktualizowano dnia 2013.06.13

Wpis dotyczy kraju: JORDANIA

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: JORDANIA


12.11.2010 DZIEŃ V
PIERWSZY RAZ NAPRAWDĘ DALEKO OD DOMU

Po wczorajszych, traumatycznych przeżyciach z muchami, dziś postanowiliśmy wyruszyć wcześnie rano, tak aby zjeść śniadanie bez ich towarzystwa oraz mieć choć godzinę spokojnej jazdy, zanim gównluby przypuszczą atak. Na trasie byliśmy już o 6 - tej (co wiązało się z pobudką o 4.45). Cudownie mknęło się o poranku wzdłuż zasnutych mgłą brzegów Morza Martwego.

Po jakimś czasie brzeg morza znikł gdzieś w oddali, a krajobraz znienacka zmienił się tak diametralnie, że jechaliśmy urzeczeni nie wierząc własnym oczom! Nagle nadmorskie skaliste pustkowie zamieniło się w zielone pola i gaje daktylowe. Pierwszy raz w życiu widzieliśmy gaje daktylowe!!

Nie ujechaliśmy zbyt wiele, gdy naszym oczom ukazał się kolejny dziw – zielone połacie znienacka ustąpiły miejsca półpustyni. Zrobiło się żółto, znikły palmy, znikły gliniane domy, a na ich miejscu pojawiły się namioty beduinów z „zaparkowanymi” przy nich wielbłądami.

Chwilę później zobaczyliśmy pierwszą w życiu wielbłądzią karawanę. Spojrzałam w prawo i zorientowałam się, że już drugi dzień na horyzoncie majaczą brzegi Izraela. Wszystko czego tego dnia doświadczałam – Morze Martwe, Izrael, palmy, skały, piaski, upał, muchy – było tak nowe, tak inne od doświadczeń wcześniejszych, że odwróciłam się do Krzycha i powiedziałam, że wiele już kilometrów w tej podróży przejechaliśmy, wiele widzieliśmy, ale teraz, po raz pierwszy w życiu czuję, że jestem NAPRAWDĘ DALEKO OD DOMU!  Uczucie to było przejmujące i niezwykle przyjemne:-)  Jedyne co przyćmiewało trochę przepełniającą mnie radość (aczkolwiek również podkreślało fakt bycia daleko od domu), to napotykane co chwilę grupki dzieciaków celujących do nas  z procy.

MAŁA AFRYKA
Dzień ten, i tak już pełen niespodzianek, miał przynieść ze sobą kolejne porcje wrażeń. Wczesnym popołudniem rozstaliśmy się z Rafałem, który ruszył przodem w poszukiwaniu kompresora. Gdy byliśmy już w pobliżu umówionego miejsca, skręciliśmy do jednej z wiosek, myśląc, że tam znajdziemy Rafała. Nasze zdumienie było niezmierne, gdy z betonowych domostw, poprzeplatanych nomadzkimi namiotami, wychynęła gromada dzieciaków o negroidalnych rysach! Prawie wszystkie dzieci były brązowe, bądź wręcz czarne!!! Jadąc do Afryki oczywiście spodziewaliśmy się, w którymś momencie natknąć na czarną ludność, ale nie już w Jordanii!!! Gdy wreszcie w kolejnej wiosce znaleźliśmy Rafała, zastaliśmy go otoczonego bandą  dzieciaków, z którymi zupełnie nie dawał sobie rady. Okazało się bowiem, że dzieci te, choć już wyrośnięte, pozostały nadal na etapie poznawania rzeczywistości w sposób organoleptyczny – wszystko co nowe, musi być dotknięte. A że nowe były dla nich zarówno nasze rowery wraz z zainstalowanym na nich bagażem, jak i my sami, trudno było się opędzić od ciekawskich, wszędobylskich, małych rączek. Macane było wszystko! Rama, sakwy, opony, lusterko, flaga, pedały...Jeden chłopiec nawet nadgryzał moje chwyty na kierownicy, tak jakby pierwszy raz w życiu widział tworzywo gumowe....Największą jednak furorę zrobiły moje lustrzane okulary przeciwsłoneczne. Dzieciaki, widząc własne odbicie, były tak zafascynowane, że przeglądały się ze zdumieniem albo stroiły same do siebie głupie miny, zupełnie nie mając świadomości, że ja wciąż przez te okulary na nie patrzę:-) Gdyby dziecko było jedno, dwoje czy troje, nie byłoby problemu. Niestety flaga Rafała już została podarta, dzieci była cała gromada,a my nie wiedzieliśmy jak je odsunąć na odpowiedni dystans od naszych rowerów nie będąc przy tym niuprzejmym.

Sympatię do naszych małych, uciążliwych towarzyszy straciliśmy, gdy wpierw ochoczo, niby bezinteresownie, zaprowadzili nas do meczetu, pokazali gdzie jest woda a potem w naszą stronę wysunęła się ręka i padło hasło „money!” Byliśmy zasmuceni. Nigdy dotąd, w żadnym muzułmańskim kraju nic podobnego nam się nie przytrafiło! Było gorąco, dokoła tylko piach. Byliśmy zmęczeni towarzystwem tych dzieci – ich wrzaskiem, ciekawością  i natarczywością. Josh skwitował całą naszą sytuację bardzo trafnie. Stwierdził, że mamy tu w Jordanii mała próbkę Afryki - można sprawdzić, czy daje się radę, a jak nie, to jest jeszcze czas, żeby zawrócić. Za wioską skręciliśmy w bok, kierując się w stronę Petry. Zaczął się niezwykle piękny, malowniczy podjazd. Nocleg spędziliśmy na półce skalnej z przecudnym widokiem na dolinę. Piękny dzień!!!! Choć długi, momentami trudny, to pełen zdumienia, niespodzianek, wrażeń i „pierwszych razy”:-)

13.11.2010 DZIEŃ VI
„TO TYLKO DZIECI!”

Dziś cały dzień odpłacaliśmy przedwczorajszy wspaniały zjazd do Morza Martwego. Teraz, aby dotrzeć do Petry, musieliśmy wydostać się z 390 metrowej depresji i wjechać na 1400 metrów powyżej poz. morza. Pięliśmy się mozolnie, ale wspaniałe widoki wynagradzały nam ten trud. Wieczorem, przytrafił nam się kolejny incydent z dzieciakami. W miasteczku dzieciaki zaczęły rzucać kamieniami w Krzycha, pilnującego naszych rowerów, których w tym kraju nie chcieliśmy zostawiać samych. Widzący to dorosły podszedł i spytał - „Jak ci się podoba w Jordanii?”- ze znanych tylko sobie powodów licząc chyba na jakiś pozytywny komentarz. Krzycho zgodnie z prawdą odparł, że przyroda, owszem jest piękna, ale dzieci okropne. Mężczyzna nadal się ciesząć, powiedział „To tylko dzieci, to tylko dzieci!” Jego entuzjazm przygasł dopiero po uwadze Krzycha, że to nie są TYLKO dzieci, ale AŻ dzieci, które są przyszłością tego kraju.

15.11.2010 DZIEŃ VIII
POLAK POTRAFI!

Wczoraj dotarliśmy do Petry. W Wadi Musie, przyległym miasteczku, znaleźliśmy mega tanie lokum na zadaszonym dachu hotelu Musa Springs. Po krótkich negocjacjach, osiągnęliśmy cenę 2 JOD za noc (2 €). Ponieważ całe poddasze mieliśmy dla siebie, rozbiliśmy tam istny obóz beduinów. Skoro mieliśmy już bazę wypadową, mogliśmy spokojnie zastanowić się co począć z wygórowaną stawką za zwiedzanie Petry. Choć bowiem zabytek wart zobaczenia, nasz budżet nie pozwalał na uiszczenie narzuconej  obcokrajowcom ceny! 50 JOD za bilet jednodniowy,  55 za dwu- i 60 za trzydniowy.  Co odpowiednio oznacza 50, 55 i 60 Euro! Kiedy wyszliśmy na miasto poszukać jakiejś alternatywy, naszym oczom ukazał się podchmielony ziomek z polską flagą powiewająca na długim kiju! Okazało się, że jest to uczestnik jakiejś kościelnej wycieczki. Zaraz się z rodakami dogadaliśmy i już cały plan ominięcia jordańskich stawek był gotowy:-)) Jako, że Polacy mieli zwiedzać Petrę tylko 1 dzień, poprosiliśmy aby cztery osoby, zamiast biletu jedno- kupiły dwudniowy, a my zwrócimy różnicę (5 JOD). Dziś czekaliśmy na Polaków pod bramą. Gdy skończyli zwiedzać, umówione cztery osoby przekazały nam bilety. Choć bilety są imienne, nikt na to nie zwraca uwagi. I tak zamiast za 50 Euro, zwiedzimy Petrę jutro za 5:-) 

16.11.2010 DZIEŃ IX
PETRA

Dziś ruszyliśmy z samego rana na zwiedzanie Petry – ruin nabatejskiego miasta wykutego w skale. Niektórzy opowiadali nam, że Petrę można zwiedzać 2 – 3 dni. Słyszeliśmy o tym jaka jest piękna i niezwykła. Oczywiście nie sposób nie docenić kunsztu wykonania niezwykłych świątyń oraz nie zachwycić się pięknymi kolorami skał, w których Nabatejczycy wykuli swoje miasto – twierdzę.  Na mnie jednak, choć może zabrzmi to dziwnie, Petra nie zrobiła nadzwyczajnego  wrażenia. Z kilku powodów – po pierwsze: męcząca atmosfera – tłumy turystów, tłumy straganiarzy z pamiątkami, tłumy naganiaczy na wielbłądach, koniach i osłach. Ogólna komercyjna atmosfera. Po drugie: nie warta tak wygórowanej ceny (no chyba, że za 5 Euro:-). Po trzecie: widzieliśmy już również wykutą w skałach turecką Kapadocję. Choć kunsztem wykonania zupełnie nie dorównującą  Petrze,   brak kunsztu nadrabiającą wspaniałymi mieszkańcami i wspaniałą atmosferą. Po czwarte: padał deszcz i nic nam się nie chciało. Rafał z Joshem zwiedzili prawie wszystko, my z Krzychem większość zwiedzania ograniczyliśmy do leżenia na skale i patrzenia na przelewającą się pod nami rzekę turystów. Dodatkowym minusem Petry są  jej mieszkańcy. Okropni, paskudni naciągacze i oszuści. Przykre. Jedno z najbardziej szemranych miejsc, gdzie całe szajki polują na naiwnych turystów. W ciągu godziny dostaliśmy kilka ofert dostania się do Petry za pół ceny, od "zaplecza", przez skalne przesmyki. Potem dowiedzieliśmy się, że przy tych "tajnych" przejściach czekają na naciągniętych turystów strażnicy, doskonale wiedzący o całym procederze.  Ogólnie, subiektywnie, nie polecam! Szczególnie nie za tą cenę i szczególnie jeśli ktoś już widział turecką Kapadocję. Jedynym naprawdę fajnym akcentem tamtego dnia było to, że jeden baduin dał mi się przejechać na swoim pięknym arabie. (Co nie oznacza, że sam beduin był miły i nie próbował  naciągnąć mnie później na jakies szemrane interesy, proponując wycieczkę tylko we dwoje w góry, obiecując bardzo korzystną cenę pod warunkiem, że pojedziemy bez chłopaków!?)

ŚWIĘTO ID
Dziś rozpoczyna się najważniejsze muzułmańskie święto: Id al-Isra (tur. Kurban Bayram). Święto Ofiarowania, upamiętniające ofiarę Abrahama. Każdy pokorny muzułmanin powinien w ramach tego święta, na wzór Abrahama, zarżnąć własnoręcznie owcę, kozę, barana, wielbłąda czy krowę (zależnie od zamożności) a następnie 1/3 oddać potrzebującym, 1/3 krewnym, a pozostałą 1/3 spożywa się na rodzinnej uczcie. W dużych miastach, wytyczane są wielkie place, na których  dokonuje się masowej rzezi. Pan Mehmed czy Ahmed, który na co dzień jest garniturowym biznesmenem, przywozi na taki plac w wypasionej furze związanego , beczącego barana, płaci rzeźnikowi a ten w jego i mieniu i koniecznie na jego oczach szlachtuje zwierza w sposób rytualny. Już na wiele dni przed rozpoczęciem święta, niczym u nas choinkami przed Wigilią, tu przy drogach kwitnie handel owcami, kozami i krowami.
Chłopcy bardzo się jarali wizją zobaczenia święta Id. Na szczęście główne atrakcje nas ominęły gdy zajęci byliśmy zwiedzaniem Petry. Jakoś nie miałam ochoty słuchać setek beczących baranów zarzynanych na każdym podwórku.
W drodze powrotnej do hotelu, natknęliśmy się jednak na dowody wciąż żywej tradycji. Po ulicy krążyli umazani krwią mężczyźni i dzieci, prawie przed każdym domostwem rozlana była kałuża krwi a kontenery na śmieci przepełnione były jelitami i innymi szczątkami zwierząt. Co kraj to obyczaj.