JORDANIA 11.11.2010. Kamienie, Amman i Morze Martwe

Dodane dnia 2010.11.26 -- Zaktualizowano dnia 2013.06.13

Wpis dotyczy kraju: JORDANIA

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: JORDANIA

08 i 09.11.2010  DZIEŃ I i II

„WELCOME TO JORDAN!”
Pierwsze wrażenie po przekroczeniu granicy z Syrią było bardzo pozytywne. Sympatyczni urzędnicy celni. Duża, szeroka droga z dobrą nawierzchnią. Ostrożni kierowcy. Kolorowe afisze, plakaty z uśmiechniętym królem oraz jego rodziną, knajpki w zachodnim stylu. Czysto i jakoś ogólnie przyjemnie. Wieczorem zboczyliśmy z ruchliwej głównej drogi i dotarliśmy do wspaniałego gaju oliwnego, w którym rozbiliśmy namioty. Wszystko wskazywało na to, że Haszymidzkie Królestwo Jordanii to bogatsza od sąsiadującej Syrii, królewska, bajkowa kraina.
Niestety już następny dzień miał być zimnym prysznicem. Z samego rana, zaskoczył nas właściciel gaju, który wściekle wymachując laską groził, że pobije każdego, kto wkroczy na jego teren. Byliśmy niezwykle zdumieni tą sytuacja, ponieważ jak dotąd, w całej podróży, nigdy nie przytrafił się nam taki incydent. Rozpieszczeni przez bezproblemowych Libańczyków, przegościnnych Turków oraz Syryjczyków, nie spodziewaliśmy się, że ktoś mógłby tak na naszą obecność. Nie wiedzieliśmy, że to dopiero początek przygód z Jordańczykami. Wkrótce mieli dostarczyć  nam jeszcze więcej emocji. Po śniadaniu, skierowaliśmy się w stronę zamku Ajloun.  Po paru malowniczych podjazdach dotarliśmy do pierwszego miasteczka. Okazało się, że jest to dzień wyborów. Na niewielkim placyku stał wysuszony dziadek, który z charyzmą wykrzykiwał przez megafon jakieś hasła. Zebrany wokół tłumek był tak zasłuchany, że nikt nawet nie zwrócił uwagi na dziwny rowerowy korowód. Po jeszcze niemal pustych ulicach walały się już setki pomiętych ulotek. Od milczących, betonowych domów odbijał się ryk haseł wyborczych puszczanych z megafonów zamontowanych na busikach oblepionych plakatami z uśmiechniętym obliczem ulubionego kandydata. Ryk ten zlewał się w jeden bełkot, z którego choć nic nie mogliśmy pojąć, cała atmosfera, cała otoczka powodowała, że jak najszybciej chcieliśmy opuścić to miasteczko.
W południe, po stromym podjeździe, dotarliśmy na wzgórze, na którym leży zamek Aljoun. Choć sam zabytek, nie był wart tej mozolnej wspinaczki, fajnie było popodziwiać roztaczające się wokół widoki. Przy dobrej widoczności, można stąd dostrzec Izrael oddalony zaledwie o 100km!
Słońce świeciło, humory nam dopisywały. Nacieszywszy się widokami, zjedliśmy wspaniały posiłek, wypraliśmy w zamkowej ubikacji ciuchy, umyliśmy się i ruszyliśmy z górki w stronę Jarash.
Nie ujechaliśmy zbyt daleko gdy drogę zastąpiły nam pierwsze Jordańskie dzieci. Powitały nas okrzykami „Fuck your morher”, „Fuck your sister”. Nie mogliśmy uwierzyć własnym uszom! Wszak w świecie arabskim znieważanie matki czy siostry jest absolutnym tabu! Pomyśleliśmy więc, że ktoś wrobił te biedne dzieci i powiedział im, że te obsceniczne wyzwiska znaczą po angielsku „dzień dobry” lub coś w tym stylu. Dalsza część dnia pokazała nam jednak, że prawie wszystkie dzieci, w ten właśnie sposób witją gości. W niemalże każdej wiosce dzieciaki biegły za nami z okrzykami „money, money”, „fuck your mother”, „fuck your sister” i ciskały w nas kamieniami. Dorośli patrzyli przeważnie na to zachowanie obojętnym wzrokiem po czym pytali „How do you like Jordan? Jordan good?”, albo mimo tego,  że widzieli jak lecą za nami kamienie krzyczeli „Welcome, welcome to Jordan!”
Pod wieczór w większości miasteczek wyborcza atmosfera i z wiązana z nią ekscytacja sięgneły zenitu. Kamieniami rzucały już nie tylko dzieci ale też i młodziki. Po tym gdy kilka kamieni i bryłek ziemi dotarło do celu, nasze nerwy zostały już dość silnie napięte. Najwięcej obrywało się biednemu Joshowi. Nie wiem czy dlatego, że ma rude włosy, czy dlatego, że jechał przeważnie na końcu. W ogóle nie rozumiem tego, dlaczego tak nas tu traktują? Czy dlatego, że jesteśmy obcy? To chyba do końca nie tłumaczy tego fenomenu. W końcu we wszytkich przejechanych krajach byliśmy obcy a jednak kontakty z miejscowymi były bardzo przyjazne....
Drugi nocleg w Jordanii spędziliśmy ukryci za hałdą śmieci, do późnej nocy wsłuchani w radosne powyborcze okrzyki. Ciekawe czy wygrał uśmiechnięty pan z dużym wąsem i arafatką na głowie czy ten z jeszcze większym uśmiechem i jeszcze większym wąsem?

10.11.2010 DZIEŃ III
 „HOW DO YOU LIKE JORDAN?”

Wczesnym rankiem minęliśmy ruiny Jarash i skierowaliśmy się w stronę Ammanu. Ponieważ podjazd był niezwykle męczący, w południe, wyczerpani zatrzymaliśmy się na lunch pod jakąś piekarnią. Pracownicy podarowali nam trochę ciastek. Cieszyliśmy się, że spotkał nas miły gest ze strony miejscowych. Zaczęliśmy rozkoszować się ciastkami rozmawiając o tym, że może jednak nie wszyscy Jordańczycy są nieprzyjemni i że może teraz będzie lepiej. Naszą rozmowę przerwał jeden z dobroczyńców uporczywie przykładający mi do ucha słuchawkę. W słuchawce kobiecy głos łamaną angielszczyzną zapytał „How do you like Jordan?”, „Jordan good?”, „Jordan people good?”. Zgodnie z prawdą odparłam, że jak dotąd nie mieliśmy zbyt przyjaznych spotkań z ludnością. Na to głos w słuchawce z naciskiem odparł „But what do you think about this people who gave you cakes. They are nice, yes? They are very nice! Jordan people nice!” Wnet pojęliśmy, że te ciastka nie były za darmo. Okazało się bowiem,  że w ramach zapłaty, zobowiązani byliśmy przyznać, że Jordańczycy są bardzo miłym narodem, a ich kraj jest piękny...

 „AMMAN – MIASTO SIEDMIU WZGÓRZ”
Zniesmaczeni całą sytuacją, ruszyliśmy dalej w stronę stolicy. Gdy dotarliśmy do miasta, zaczęliśmy pytać miejscowych o centrum. Okazało się, że Amman nie posiada centrum, jest bowiem położony na siedmiu wzgórzach! Zrezygnowaliśmy więc z eksplorowania miasta. Skorzystaliśmy z netu w pierwszym napotkanym centrum handlowym i ruszyliśmy w dalszą drogę.

 „WYNOŚCIE SIĘ STĄD, ALBO WEZWĘ POLICJĘ!”
Gdy skończyliśmy załatwiać sprawy internetowe, zaczęło zmierzchać. W zupełnych już ciemnościach dotarliśmy do obrzeży miasta gdzie, na polu, nieopodal ogrodzonych murem willi,  znaleźliśmy całkiem dobre miejsce na nocleg. Szczęśliwie tak się złożyło, że chwilę później podjechał właściciel ziemi, który wyraził zgodę na rozbicie obozu. Zmęczeni długim dniem, szybko zalegliśmy w naszych namiotach. Nie minęła godzina (dochodziła już 22-ga), gdy tuż pod ściany naszych namiotów podjechało terenowe auto. Kierowca włączył długie światła, zaczął trąbić i krzyczeć, że mamy się stąd wynosić albo wezwie policję. Stwierdziliśmy, że to jakieś nieporozumienie więc nawet nie wychyliliśmy się z namiotów. Przecież mieliśmy zgodę właściciela na pobyt na tej działce. Po kolejnej godzinie okazało się, że mężczyzna dotrzymał obietnicy i wezwał policję! Nie mogliśmy w tą farsę uwierzyć! Policjanci sprawdziwszy nasze paszporty i zrozumiawszy, że nie zamierzamy się nigdzie ruszać, zaczęli uspokajać zaniepokojonego naszą obecnością właściciela pobliskiej willi. Gościu jeszcze długo się handryczył, po czym nie mając wyjścia, odpuścił. Nie minęła kolejna godzina, gdy do naszego obozu zawitał kolejny oddział policji, tym razem turystycznej (znów nasłanej przez tego samego gościa). Nasze paszporty ponownie zostały przewertowane. Na widelec wzięli głównie mnie i Krzycha, upewniając się parę razy, czy skoro śpimy w jednym namiocie, jesteśmy małżeństwem. Gdy już się upewnili, że jesteśmy (Tarkowska i Józefowski – bardzo podobne nazwiska:-) i gdy się dowiedzieli, że właściciel ziemi zgodził się na nasz pobyt, zaczęli dyplomatycznie się tłumaczyć, że ich rolą jest ochrona i pomoc turystom i że przyjechali tylko się upewnić, czy mogą coś dla nas zrobić. Odparliśmy, że owszem, mogą, mogą zabrać wreszcie uciążliwego sąsiada do domu! Gdy  sąsiad wreszcie poszedł a policja odjechała, była już północ. Wkurzeni zaszyliśmy się w namiotach, gdy nagle rozległ się głos Josha (podróżującego z nami Anglika) - „Hey you! What are you doing there?!” Jakiś mały człowieczek grzebał przy naszych garnkach! Wystraszony chłopiec przycupnął ale nie ruszył się z miejsca. Okazało się, że był to synek właściciela – przyszedł osłodzić nam gorzkie doświadczenia – na tacy przyniósł szklaneczki i czajnik gorącej, słodkiej herbaty. Byliśmy poruszeni i niezmiernie zaskoczeni. Pogawędziliśmy z chłopcem na migi, pośmialiśmy się z sąsiada i gdy zwyczajowa, trzecia kolejka herbaty miała się ku końcowi, ruszyliśmy po raz kolejny w stronę naszych „łóżek”. Okazało się, że niespodzianek tego wieczoru, był jeszcze nie koniec. Chłopiec zjawił się po chwili ponownie, tym razem na swoim rumaku. Zapytał czy chcę się przejechać. Nie mogłam w to uwierzyć! Wskoczyłam na rączego konika i w towarzystwie jego małego właściciela odbyłam uroczą nocną przejażdżkę:-) Co za dzień!

11.11.2010 DZIEŃ IV
MORZE MARTWE

Z samego rana, przy pakowaniu namiotu, czekała nas kolejna niespodzianka, mieliśmy nieproszonego gościa! Choć gość ten, był wielkości  pudełka od zapałek, zapewniam, że zrobił wrażenie! Zaraz po śniadaniu, ruszyliśmy w dół, aby pogrążyć się w największej na świecie depresji:-) Zjechaliśmy do Morza Martwego (390 m poniżej poziomu morza!). Zrobiło się niezmiernie gorąco, a  nasze ciała obległ niezliczony rój much! Po dłuższych poszukiwaniach znaleźliśmy miejsce, w którym za darmo można było się wykąpać. Gdyby nie hałdy śmieci, byłoby to jedno z najbardziej uroczych miejsc, jakie do tej pory widziałam! Czerwone, strome skały,  a w skalnych załomach oazki z palmami. Nad samym brzegiem morza, wśród śmieci biły wspaniałe, gorące źródła, które formowały swego rodzaju baseny, w których można był się opłukać z soli po kąpieli w najbardziej zasolonym morzu świata. Sama kąpiel jest przeżyciem trudnym do opisania! Zanurzając się w wodach Morza Martwego, ma się wrażenie, że ciało pogrąża się w jakiejś dziwnej magmie, w roztworze, trudnym dla umysłu do zaklasyfikowania, do porównania z wcześniejszymi doświadczeniami. Woda jest gęsta, jakby śliska. Jej zasolenie powoduje, że nie sposób nawet zanurzyć w niej głowy, a każda kropla, która spłynie do oczu parzy bezlitośnie! Kąpiąc się w tych dziwnych wodach, można swobodnie przyjąć pozycję niczym na fotelu bądź jak na leżaku i zająć się miła lekturą (co zresztą uczyniłam:-). Po wyjściu natomiast, już po paru sekundach czuć jak na skórze zaczyna tworzyć się solna skorupa, parząca ciało swym stężeniem. I tu z pomocą przychodzą  gorące źródła! Czyż przyroda nie jest wspaniała w swoim równoważeniu żywiołów?! Najbardziej zasolone morze świata a nad jego brzegiem, źródła słodkiej, ciepłej wody:-).

IZRAEL NA WYCIĄGNIĘCIE RĘKI
Po kąpieli, zatrzymaliśmy się jeszcze w przydrożnym straganie na herbatkę. Z powodu nieznośnego roju much, próbującego dostać się do każdego otworu w ciele, postanowiliśmy pojechać jeszcze 2 godziny po zmroku. Po naszej prawej stronie, zachodziło piękne, okrągłe, pomarańczowe słońce, oświetlające brzegi Izraela. Zawsze wydawało mi się, że Izrael to jakaś niezwykle odległa od Polski, pustynna  kraina. A teraz oto, miałam ją na wyciągnięcie ręki! Dotarłam tu na rowerze, już tak blisko....Niestety rozstawieni na wzgórzach po lewej stronie żołnierze, skryci za działkami wymierzonymi prosto w drugi brzeg, swą obecnością przypominali, że przejścia na drugą stronę nie ma....

 

ZNÓW POŚRÓD POLICJI
W nocy dotarliśmy do mostu, za którym znajdował się szlaban oraz posterunek policji. Tym razem stróżowie prawa, okazali się pomocni. Poczęstowali nas kolacją i herbatą, dali nam wodę oraz pozwolili wziąć prysznic. Kapitan, udzielił nam bardzo szczegółowej lekcji arabskiego. Choć policjanci byli sympatyczni, serwując herbatę,  naciskali abyśmy powiedzieli, że podoba nam się w Jordanii, i że Jordańczycy są mili. Zastanawia nas ta forma gościnności. Kapitan oznajmił nam - "You are our guests now. If you were Arab people, we wouldn't have been so nice, but we want to show you our hospitality and respect for others." Zdumiewające stwierdzenie....Czyli - dla swoich nie jesteśmy tacy mili ani gościnni, ale dla was robimy wszytsko na pokaz, żebyście myśleli, że jednak mili i gościnni jesteśmy?  Na koniec padła propozycja, żebyśmy rozbili się na trawie nieopodal posterunku. Było nam bardzo miło, pomyśleliśmy, że w tym miejscu będzie nam się dobrze spało. Okazało się  to być trochę nieprzemyślana decyzją, ponieważ młodzi policjanci podekscytowani naszą obecnością, wykrzykiwali nasze imiona i puszczali z radiowozu, przez megafony, na całość rozkręconą muzykę, która głośnym echem odbijała się od skał i przelatując nad naszymi głowami, niosła się daleko nad wodami Morza Martwego.

 

Komentarze

Jesteście niezwykle dzielni !

Jesteście niezwykle dzielni ! Trzymam kciuki.Pozdrawiam wraz z młodymi Nakoniecznymi. Ula