ETIOPIA - Pierwszy dzien

Dodane dnia 2011.02.02 -- Zaktualizowano dnia 2014.04.15

Wpis dotyczy kraju: ETIOPIA

Zobacz wszystkie wpisy Adeli z kraju: ETIOPIA

ETIOPIA

1.02.2011, DZIEŃ PIERWSZY
Do EtiGallabat - Matema. Przejscie graniczneopii wjechaliśmy dziś przez przejście graniczne z Sudanem, Gallabat - Matema. Jeszcze po stronie sudańskiej poczuliśmy wyraźnie, że tu kończy się świat arabski ze śpiewającym z wieży co rano muezinem, z pozakrywanymi kobietami, z niekradnącymi i niespożywającymi alkoholu  ludźmi. Gdy dojeżdżaliśmy wczoraj do Gallabat – miejscowości przygranicznej po stronie sudańskiej, planowaliśmy, że zrobimy sobie tam zakupy, skorzystamy z internetu oraz wyślemy pocztówki do domu. Jakimże zaskoczeniem i szokiem było dla nas, gdy pędem, ze stromej góry wjechaliśmy do Gallabat, a naszym oczom ukazało się nie miasteczko, a jakiś brudne targowisko, kilka słomianych chat, kilka bud zbitych z blachy, parę namiotów, kilka murowanych budynków oraz most (który okazał się być przejściem granicznym). Mimo że zapadała już noc, zostaliśmy skierowani do jakiegoś urzędasa, który oznajmił nam, że mamy oddać nasze travel permity – pozwolenia na podróż po Sudanie. Urzędas powiedział, że jak już raz wjechaliśmy do Gallabat, nie możemy go opuśMatema. Przejcie granicznecić i mamy albo od razu przekroczyć granicę, albo spędzić noc w Gallabat i z rana wjechać do Etiopii. Żaden z tych scenariuszy nam się nie uśmiechał. Choć do tej pory czuliśmy się w Sudanie bardzo bezpiecznie, Gallabat przyprawiało nas jednak o ciarki. Było przeraźliwie brudno, wokół kręciło się sporo podejrzanych, podpitych typków, wszyscy byli jacyś szpetni, w poszarpanych, podartych ubraniach, pokraczni, patrzący jakby jednym tylko, przymrużonym okiem. Powiało lekko grozą. Czy tak będzie wyglądała Etiopia....??? Stwierdziliśmy, że nie ma takiej możliwości, żebyśmy o zmroku przekraczali granicę i tym bardziej, żebyśmy spędzili noc w tym obskurnym miejscu. Urzędas nie chciał jednak oddać nam travel permitów, tym samym uniemożliwiając nam wyjazd z Gallabat – bez pozwolenia na podróż nie możemy poruszać się po Sudanie. Dla policji, ten dokument jest ważniejszy niż wiza. Byliśmy jednak tak zdesperowani, żeby nie spędzić nocy w Gallabat, że zdecydowaliśmy się na dość Ciezka robota!ryzykowny krok. Podczas gdy ja z Krzychem zagadywaliśmy urzędasa, Rafał wykradł z jego biurka nasze papiery. Wskoczyliśmy na rowery i co tchu udaliśmy się pod stromą górę, byle dalej od tego przeklętego miejsca! Ponieważ obawialiśmy się trochę, że mogą wysłać za nami jakiś pościg,  postanowiliśmy ukryć się dobrze. Za schronienie posłużył nam tunel, który umożliwia rzece przepłynięcie pod szosą. Ponieważ wody nie było, a tunel był wystarczająco wysoki, rozbiliśmy w nim nasze obozowisko. Szosa była jedynie 1 m nad naszymi głowami, tak blisko drogi jeszcze nie spaliśmy:-)
Rano, udaliśmy się ponownie do Gallabat. Zaraz doczepił się do nas Etiopczyk, podpity typek, który oznajmił,Mototaxi na granicy że pracuje dla rządu i za zadanie ma pomoc turystom w przekroczeniu granicy. Logiczne – pomyśleliśmy. Nie każdemu może być łatwo odnaleźć się na tak nietypowym przejściu, gdzie trudno przepchnąć się pomiędzy osłami, a odprawa odbywa się w namiocie. Pochodziliśmy z typkiem tu i tam, podpisując różne papiery i wypełniając różne formularze. Po jakichś 2 godzinach, gdy wszystko było już załatwione, magiczny sznurek na moście uniósł się w górę – wkroczyliśmy na teren Federalnej Republiki Etiopii. Pozostało jeszcze wymienić walutę i tu etiopski typek wyskoczył z tekstem - „Don't forget about my comission”. Okazało się, że nie pracuje Panie z parasolamidla rządu a jest jedynie samozwańczym pomagierem – natrętem, który prowadzi turystów przez formalności graniczne a gdy dochodzi do wyciągnięcia pieniędzy pod bankiem, zaczyna się dopominać swojej działki. Oczywiście nie zamierzaliśmy dać mu ani grosza, bo poradzilibyśmy sobie doskonale bez niego a poza tym było to jawne naciągactwo. Ostatecznie koleś musiał zadowolić się jednym funtem sudańskim, który został jeszcze Krzychowi w kieszeni.
Mimo, że już po stronie sudańskiej kręciło się pełno Etiopczyków, to wrażenie po przekroczeniu „granicy” (przejechaniu pod sznurkiem) było niesamowite! Nagle zrobiło się tłoczno, gwarno, zaroiło się od osiołków, mototaxi, czarnego ludu i dzieciarni z wytatuowanymi chrześcijańskimi krzyżami na czołach. Zaraz do naszych uszu dobiegły pierwsze okrzyki  - „You, you, you – give me money!” Zewsząd atakowały ręcznie malowane reklamy piwa i jego różnej klasy pijalni. Było to sporym szokiem po tylu miesiącPierwsza wioskaach spędzonych w krajach arabskich, w których panuje surowa prohibicja. Poza harmidrem i brudem, naszą uwagę przykuły też niezwykłej urody kobiety, spieszące raźnym krokiem z parasolem w ręku. Widok dość kuriozalny –  upał, tradycyjny strój, bose stopy i elegancki parasol. Ewidentna pozostałość po białych, przyswojona na swój nietypowy, afrykański sposób. Miło było zawiesić oko na tych pięknych paniach, tym bardziej, że pierwszy raz od wielu, wielu miesięcy mogliśmy znów zobaczyć kobiety bez chust na głowach i bez zakrytej całej reszty ciała.
Powoli, niepewnie, ruszyliśmy pod górę, z nadzieją, że jak najszybciej uda nam się wydostać z Matemy. Wrażenie po dotarciu do pierwszej wioski było NIESMONEEEYYYY!!!AMOWITE!!!! Czysto, przyjemnie, wszędzie drewniane chaty pokryte słomianą strzechą, a przed chatami Etiopczycy zajęci swoimi sprawami, od których odrywali się aby nas pozdrowić uśmiechem i pomachać. Z każdej chaty, niczym szarańcza, wylatywały też niezliczone ilości małych dzieciaczków, które machając energicznie obiema rękami krzyczały w amoku „You, you, you!!!” Szybko zorientowaliśmy się, że początkowo niezbyt miło brzmiące „you” jest po prostu ich formą powitania. Starsza dzieciarnia oprócz „jujowania”, uskuteczniała też bieg za rowerami przez całą wioskę. Nastraszeni informacjami z internetu i opowieściami innych rowerzystów, dotyczącymi tego, że dzieciaki w Etiopii żebrzą, rzucają kamieniami, kradną z sakw i wkładają patyki w szprychy, czuliśmy się początkowo nieswojo z tą eskortą. Dziś jednak, oprócz sporadycznych okrzyków „You, give me money!”, nie mieliśmy ze strony dzieciaków żadnych nieprzyjemności. Mieliśmy raczej odczucie, że ten ich bieg za nami, choć momentami uciążliwy, jest wyrazem sympatii i gościnności.
Najsilniejszych wrażeń dostarczyła nam jednak końcówka dnia. W ostatniej wMezczyzniiosce, kiedy to już wydawało mi się, że w miarę zaczynam ogarniać otaczającą mnie, nową rzeczywistość, moim oczom ukazał się mężczyzna z pociętą jakby nożem twarzą, cały zalany krwią. Szedł słaniając się na nogach, podpierany przez swojego druha. Wyglądali zupełnie jak Wikingowie wracający do wioski po długim boju. Ciekawe było to, że nikt oprócz nas, nie zwracał na tych facetów uwagi. Zaraz na wyjeździe z tej samej wioski, naszym oczom ukazał się jeszcze oryginalTradycyjny strojniejszy obrazek.  Na asfalcie leżała rozkraczona, goła baba, która masturbowała się w najlepsze! Nie przeszkadzało jej to, że mijają ją piesi, auta i ciężarówki. Miejscowym przechodniom kobieta też najwyraźniej nie przeszkadzała, bo podobnie jak w przypadku zakrwawionego gościa, nikt nie zwracał na nią uwagi. Wiedząc o tym, że w Etiopii jest pełno prostytutek, zastanawialiśmy się, czy była to ciekawa forma reklamy swoich usług? Czy też może na rozgrzanym asfalcie było tak miło, że babka wracając z pola, nie mogła się oprzeć pokusie:-)? Przyznam, że chwilę mi zajęło, zanim naprawdę dotarło do mnie, co przed chwilą widziałam.
Nocleg znaleźliśmy w lasku, na popękanej ziemi z głębokimi szczelinami. Krzycho rozpalił ognisko, przy którym patrząc się długo w płomienie, mogłam ochłonąć z wrażeń jakich dostarczyła nam pierwszego dnia Etiopia.

 
Piekne, czyste wioski
Panie z parasolami
Piekne, czyste wioski
Fan club
Dzieciarnia
Dzieciak