DUBAJ - Urodziny Krzycha. Jednodniowe lądowanie.

Dodane dnia 2012.03.09 -- Zaktualizowano dnia 2013.06.13

 

09.03.2012, Dubaj
Dziś urodziny Krzycha. Drugie, które obchodzi w drodze. Poprzednie świętowaliśmy w cieniu akacji na etiopskich sawannach, popijając roztopione ciastka wrzątkiem z rozgrzanych bidonów.  Nigdy byśmy się nie domyślili, że kolejne będziemy świętować w Dubaju!!!
Ponieważ lot z Cape Town do Buenos Aires „na około” okazał się 4 razy tańszy niż bezpośredni, mieliśmy z RPA polecieć do Dubaju w Emiratach Arabskich, tam przesiąść się do Rio de Janeiro w Brazylii, aby złapać ostatni już samolot do Argentyny, do Buenos Aires. Przy trzech zmianach samolotu, bardzo obawiałam się, że coś się opóźni, że zgubią nam rowery, że coś zniszczą.... Wczoraj zapakowaliśmy wszystko, zafoliowaliśmy, opisaliśmy z każdej możliwej strony i pozostało nam już tylko się modlić, aby wszystko poszło zgodnie z planem. No i oczywiście nie poszło....Ale nie mogło zdarzyć się lepiej! Nasz wczorajszy wylot z RPA opóźnił się o dwie godziny. Wpierw obsługa przez godzinę nie mogła poradzić sobie z zapakowaniem niepełnosprawnego na wózku na rampę , która miała go wwindować do samolotu. Zaraz po tym gdy ostatecznie ogłoszono sukces, dziadek siedzący za naszymi plecami zaczął wymiotować. Stewardzi z przyklejonymi do twarzy uśmiechami próbowali jakoś zatuszować cała sprawę, ale gdy dziadek podał im drugą torbę pełną wymiocin, jasne było, że szybko nie wylecimy. Ostatecznie na całym zajściu skorzystał i dziadek i my. Dziadek lot spędził w łóżku, w luksusowej kabinie pierwszej klasy, a my dzięki opóźnieniu samolotu nie zdążyliśmy przesiąść się do Rio. Opuszczając pokład w Dubaju, nie byliśmy pewni swoich dalszych losów. Nie wiedzieliśmy kiedy jest następny lot, czy przyjdzie nam czekać kilkanaście godzin na plastikowych siedzeniach na lotnisku, czy też linie lotnicze poczują się w obowiązku zaoferowania nam jakichś godziwych warunków. Zaraz za rękawem czekała na nas uśmiechnięta pani, która oznajmiła, że z powodu opóźnienia, linie lotnicze fundują nam hotel z całodobowym wyżywieniem oraz jednodniową wizę na zwiedzie Dubaju. Czyż mogło zdarzyć się lepiej!? Zamiast 2 godzin, dostaliśmy szansę na spędzenie w Dubaju całej doby, zwiedzając miasto na koszt linii lotniczych!
Jeszcze wczoraj byliśmy w Afryce, a dziś cały dzień spędziliśmy w najbardziej futurystycznym mieście świata, przechadzając się w lesie biurowców wznoszących się niemal ponad chmury. Kontrast niesamowity! Tam drewno, glina i słoma, tu stal, żelazo i szkoło. Dobrze, że przylecieliśmy ze zeuropeizowanego Kapsztadu a nie gdzieś z Etiopii czy Mozambiku bo moglibyśmy mieć lęki przed wyjściem na ulicę. Futurystyczny, sztuczny twór, stalowy rak na pustyni. Miasto rekordów Guinnessa – wszystko naj – najwyższe, najszybsze, najdłuższe, najdroższe...
Ponieważ czasu nie mieliśmy wiele, po krótkiej drzemce w hotelu, wskoczyliśmy w metro bez kierowcy (takie widziałam wcześniej tylko w Londynie) i udaliśmy się do Dubai Marina. Tam zastał nas las drapaczy chmur niesamowitych kształtów. Istna orgia architektoniczna, w której projektanci mogli spełnić wszystkie, nawet najbardziej wybujałe fantazje. Szkło mieniło się w słońcu, oślepiając i oszołamiając nas zupełnie. Nad brzegiem zacumowane stały liczne jachty i motorówki a po wodzie sunęły małe stateczki. Do mojej świadomości ledwo docierał fakt, że jesteśmy na pustyni! Że to wszystko sztuczny twór!
Zrobiliśmy parę fotek z flagą Wojnowa i ruszyliśmy nabrzeżem przed siebie. Już po 30 minutach marszu myślałam, że urwie mi się głowa od ciągłego jej zadzierania. Dubaj ogląda się bowiem z oczami wiecznie skierowanymi w niebo. Nie głupio by było do zwiedzania tego miasta wprowadzić rowery poziome, na których leży się na plecach. Pozwoliłoby to na bardzo komfortowe oglądanie tej niezwykłej metropolii :-)
Niesamowite uczucie wpaść tak niespodzianie na jeden dzień do kultury arabskiej. Znów mogłam zobaczyć panów w bieli ciągnących za sobą panie w czerni. Znów pojawił się już niemal zapomniany przez miesiące w Afryce, zapach sziszy. Wszystko jednak w zupełnie innej niż wcześniej oprawie. Panowie w bieli nie z koranem pod pachą a z nowoczesna komórka w dłoni. Panie w czerni nie z siatami w obydwu rękach i na głowie, a z elegancką torebką i w drogich, modnych butach. Mężczyźni z sziszą nie przy małym zakurzonym stoliku pośród huku tysiąca motorków, taksówek i tuktuków, a wygodnie usadowieni w wiklinowych fotelach, z widokiem na port z mieniącymi się nad nim wieżowcami. 
Nie minęło wiele czasu, gdy powoli zaczął nastawać zmierzch. Coś mi bardzo nie pasowało. Spojrzałam na zegarek - jak to możliwe, że już o 14-stej słońce zaczyna powoli zachodzić? Przecież w Kapsztadzie zachodziło ok. 19-stej. Dopiero po dłuższej chwili odrętwienia dotarło do mnie, że po ponad roku pobytu po drugiej stronie równika, znów znaleźliśmy się na północnej półkuli! Że przecież tu, w przeciwieństwie do południa Afryki, panuje jeszcze kalendarzowa zima, a więc i krótki dzień, oraz to że „moja” 14-sta to w lokalnym czasie 16-sta. ! Ogólnie mętlik w głowie i w organizmie. Nigdy jeszcze nie przebyłam samolotem tak dużej odległości, więc zmiana półkuli i pory roku w parę godzin jest dla mnie czymś zupełnie nowym.
Mając już niewiele dnia do wykorzystania wskoczyliśmy w taksówkę i pognaliśmy na sławetną Jumeirah Island – sztuczną wyspę w kształcie palmy, skonstruowaną na morzu na tonach nawiezionych kamieni. Kolejne „zwycięstwo” człowieka nad przyrodą. Wyspę pokrywają luksusowe apartamenty przeznaczone dla jej bogatych mieszkańców, a w jej sercu stoi przeogromny, przypominający zdobieniami meczet, hotel Atlantis. Nie tylko my przyjechaliśmy podziwiać ten cud współczesnej architektury. Na deptaku przed hotelem przechadzały się z aparatami w ręku piątkowe tłumy arabskich rodzin. Słońce miało się już ku zachodowi, a ja patrzyłam jak powoli zaczyna zbliżać się do tafli Morza Arabskiego. Stałam oszołomiona a w moich myślach przewijała się cała nasza dotychczasowa podróż. Nie mogłam uwierzyć, że dopiero co byłam w Afryce nad Oceanem Atlantyckim a teraz stoję na sztucznej wyspie i patrzę na Zatokę Perską. Ale przelot! 
W drodze powrotnej do hotelu zahaczyliśmy jeszcze o Burj Khalifa – najwyższy budynek świata - strzelistą wieżę, wznoszącą się na 828 metrów ponad poziom morza. Kolejny dubajski rekord Guinessa oraz cud inżynierski. Budynek mający prawie KILOMETR wysokości! 
Zmęczenie zaczęło dopadać nas okrutne, czas więc było wracać, zdrzemnąć się trochę przed kolejnym lotem. Jakaż szkoda, że tak szybko zleciał ten jeden, jedyny dany nam dzień w Dubaju! A jeszcze można by było zwiedzić największe na świecie akwarium, wjechać na najwyższy na świecie taras widokowy na 124 piętrze Burj Khalify, obejrzeć z bliska Burj al-Arab – hotel w kształcie żagla, zrobić bezcłowe zakupy, nabyć złoto po korzystnych cenach, poślizgać się na największym na świecie lodowisku oraz pozjeżdżać na nartach na jedynym na naszej planecie sztucznym stoku narciarskim stworzonym na pustyni. Co za niezwykłe, zupełnie wariackie miasto, w zasadzie zbudowane na filarach ludzkiej pychy i próżności! A wszystko to fundowane z kieszeni bogatych szejków, magnatów naftowych. Ciekawe co będzie gdy kurek z ropą się zakręci? Czy spełni się niejeden scenariusz filmu science fiction i Dubaj zamieni się w opuszczoną ruinę, po której przewalać się będą gangi wojujące o pitną wodę? Ale czy to teraz ważne? Widocznie w Emiratach Arabskich mało kto przejmuje się tym, że planety nie odziedziczyliśmy po przodkach a pożyczyliśmy od swoich dzieci. 
Jesteśmy już w hotelu, za nami dzień pełen wrażeń. Szczęśliwi ale też i bardzo zmęczeni oraz.... przejedzeni:-) Okazało się, że serwują tu wszystkie nasze ulubione dania poznane podczas podróżny poprzez kraje arabskie. Nadal nie możemy uwierzyć, że tak się Krzychowi same ułożyły najwspanialsze urodziny w życiu:-) 
Za parę godzin znów będziemy w samolocie, znów będziemy lecieć nad Afryką, żegnając się z nią już na dobre i witając nową, latynoamerykańską przygodę.

09.03.2012, Dubaj

Dziś urodziny Krzycha. Drugie, które obchodzi w drodze. Poprzednie świętowaliśmy w cieniu akacji na etiopskich sawannach, popijając roztopione ciastka wrzątkiem z rozgrzanych bidonów.  Nigdy byśmy się nie domyślili, że kolejne będziemy świętować w Dubaju!!!

Opuszczamy Afrykę

Ponieważ lot z Cape Town do Buenos Aires „na około” okazał się 4 razy tańszy niż bezpośredni, mieliśmy z RPA polecieć do Dubaju w Emiratach Arabskich, tam przesiąść się do Rio de Janeiro w Brazylii, aby złapać ostatni już samolot do Argentyny, do Buenos Aires. Przy trzech zmianach samolotu, bardzo obawiałam się, że coś się opóźni, że zgubią nam rowery, że coś zniszczą.... Wczoraj zapakowaliśmy wszystko, zafoliowaliśmy, opisaliśmy z każdej możliwej strony i pozostało nam już tylko się modlić, aby wszystko poszło zgodnie z planem. No i oczywiście nie poszło....Ale nie mogło zdarzyć się lepiej! Nasz wczorajszy wylot z RPA opóźnił się o dwie godziny. Wpierw obsługa przez godzinę nie mogła poradzić sobie z zapakowaniem niepełnosprawnego na wózku na rampę , która miała go wwindować do samolotu. Zaraz po tym gdy ostatecznie ogłoszono sukces, dziadek siedzący za naszymi plecami zaczął wymiotować. Stewardzi z przyklejonymi do twarzy uśmiechami próbowali jakoś zatuszować cała sprawę, ale gdy dziadek podał im drugą torbę pełną wymiocin, jasne było, że szybko nie wylecimy. Ostatecznie na całym zajściu skorzystał i dziadek i my. Dziadek lot spędził w łóżku, w luksusowej kabinie pierwszej klasy, a my dzięki opóźnieniu samolotu nie zdążyliśmy przesiąść się do Rio.

Opuszczając pokład w Dubaju, nie byliśmy pewni swoich dalszych losów. Nie wiedzieliśmy kiedy jest następny lot, czy przyjdzie nam czekać kilkanaście godzin na plastikowych siedzeniach na lotnisku, czy też linie lotnicze poczują się w obowiązku zaoferowania nam jakichś godziwych warunków. Zaraz za rękawem czekała na nas uśmiechnięta pani, która oznajmiła, że z powodu opóźnienia, linie lotnicze fundują nam hotel z całodobowym wyżywieniem oraz jednodniową wizę na zwiedzie Dubaju. Czyż mogło zdarzyć się lepiej!? Zamiast 2 godzin, dostaliśmy szansę na spędzenie w Dubaju całej doby, zwiedzając miasto na koszt linii lotniczych!

Jeszcze wczoraj byliśmy w Afryce, a dziś cały dzień spędziliśmy w najbardziej futurystycznym mieście świata, przechadzając się w lesie biurowców wznoszących się niemal ponad chmury. Kontrast niesamowity! Tam drewno, glina i słoma, tu stal, żelazo i szkoło. Dobrze, że przylecieliśmy ze zeuropeizowanego Kapsztadu a nie gdzieś z Etiopii czy Mozambiku bo moglibyśmy mieć lęki przed wyjściem na ulicę. Futurystyczny, sztuczny twór, stalowy rak na pustyni. Miasto rekordów Guinnessa – wszystko naj – najwyższe, najszybsze, najdłuższe, najdroższe...

Sheikh Zayed road

Ponieważ czasu nie mieliśmy wiele, po krótkiej drzemce w hotelu, wskoczyliśmy w metro bez kierowcy (takie widziałam wcześniej tylko w Londynie) i udaliśmy się do Dubai Marina. Tam zastał nas las drapaczy chmur niesamowitych kształtów. Istna orgia architektoniczna, w której projektanci mogli spełnić wszystkie, nawet najbardziej wybujałe fantazje. Szkło mieniło się w słońcu, oślepiając i oszołamiając nas zupełnie. Nad brzegiem zacumowane stały liczne jachty i motorówki a po wodzie sunęły małe stateczki. Do mojej świadomości ledwo docierał fakt, że jesteśmy na pustyni! Że to wszystko sztuczny twór!

Dubai Marina

Zrobiliśmy parę fotek z flagą Wojnowa i ruszyliśmy nabrzeżem przed siebie. Już po 30 minutach marszu myślałam, że urwie mi się głowa od ciągłego jej zadzierania. Dubaj ogląda się bowiem z oczami wiecznie skierowanymi w niebo. Nie głupio by było do zwiedzania tego miasta wprowadzić rowery poziome, na których leży się na plecach. Pozwoliłoby to na bardzo komfortowe oglądanie tej niezwykłej metropolii :-)

Dubaj ogląda się z zadartą głową

Niesamowite uczucie wpaść tak niespodzianie na jeden dzień do kultury arabskiej. Znów mogłam zobaczyć panów w bieli i panie w czerni. Znów pojawił się już niemal zapomniany przez miesiące w Afryce, zapach sziszy. Wszystko jednak w zupełnie innej niż wcześniej oprawie. Panowie w bieli nie z koranem pod pachą a z nowoczesna komórka w dłoni. Panie w czerni nie z siatami w obydwu rękach i na głowie, a z elegancką torebką i w drogich, modnych butach. Mężczyźni z sziszą nie przy małym zakurzonym stoliku pośród huku tysiąca motorków, taksówek i tuktuków, a wygodnie usadowieni w wiklinowych fotelach, z widokiem na port z mieniącymi się nad nim wieżowcami. 

Szisza w nowym wydaniu

Nie minęło wiele czasu, gdy powoli zaczął nastawać zmierzch. Coś mi bardzo nie pasowało. Spojrzałam na zegarek - jak to możliwe, że już o 14-stej słońce zaczyna powoli zachodzić? Przecież w Kapsztadzie zachodziło ok. 19-stej. Dopiero po dłuższej chwili odrętwienia dotarło do mnie, że po ponad roku pobytu po drugiej stronie równika, znów znaleźliśmy się na północnej półkuli! Że przecież tu, w przeciwieństwie do południa Afryki, panuje jeszcze kalendarzowa zima, a więc i krótki dzień, oraz to że „moja” 14-sta to w lokalnym czasie 16-sta. ! Ogólnie mętlik w głowie i w organizmie. Nigdy jeszcze nie przebyłam samolotem tak dużej odległości, więc zmiana półkuli i pory roku w parę godzin jest dla mnie czymś zupełnie nowym. 

Mając już niewiele dnia do wykorzystania wskoczyliśmy w taksówkę i pognaliśmy na sławetną Jumeirah Island – sztuczną wyspę w kształcie palmy, skonstruowaną na morzu na tonach nawiezionych kamieni. Kolejne „zwycięstwo” człowieka nad przyrodą. Wyspę pokrywają luksusowe apartamenty przeznaczone dla jej bogatych mieszkańców, a w jej sercu stoi przeogromny, przypominający zdobieniami meczet, hotel Atlantis.

Hotel Atlantis

Nie tylko my przyjechaliśmy podziwiać ten cud współczesnej architektury. Na deptaku przed hotelem przechadzały się z aparatami w ręku piątkowe tłumy arabskich rodzin. Słońce miało się już ku zachodowi, a ja patrzyłam jak powoli zaczyna zbliżać się do tafli Morza Arabskiego. Stałam oszołomiona a w moich myślach przewijała się cała nasza dotychczasowa podróż. Nie mogłam uwierzyć, że dopiero co byłam w Afryce nad Oceanem Atlantyckim a teraz stoję na sztucznej wyspie i patrzę na Zatokę Perską. Ale przelot! 

W drodze powrotnej do hotelu zahaczyliśmy jeszcze o Burj Khalifa – najwyższy budynek świata - strzelistą wieżę, wznoszącą się na 828 metrów ponad poziom morza. Kolejny dubajski rekord Guinessa oraz cud inżynierski. Budynek mający prawie KILOMETR wysokości! 

Burj Khalifa

Zmęczenie zaczęło dopadać nas okrutne, czas więc było wracać, zdrzemnąć się trochę przed kolejnym lotem. Jakaż szkoda, że tak szybko zleciał ten jeden, jedyny dany nam dzień w Dubaju! A jeszcze można by było zwiedzić największe na świecie akwarium, wjechać na najwyższy na świecie taras widokowy na 124 piętrze Burj Khalify, obejrzeć z bliska Burj al-Arab – hotel w kształcie żagla, zrobić bezcłowe zakupy, nabyć złoto po korzystnych cenach, poślizgać się na największym na świecie lodowisku oraz pozjeżdżać na nartach na jedynym na naszej planecie sztucznym stoku narciarskim stworzonym na pustyni. Co za niezwykłe, zupełnie wariackie miasto, w zasadzie zbudowane na filarach ludzkiej pychy i próżności! A wszystko to fundowane z kieszeni bogatych szejków, magnatów naftowych. Ciekawe co będzie gdy kurek z ropą się zakręci? Czy spełni się niejeden scenariusz filmu science fiction i Dubaj zamieni się w opuszczoną ruinę, po której przewalać się będą gangi wojujące o pitną wodę? Ale czy to teraz ważne? Widocznie w Emiratach Arabskich mało kto przejmuje się tym, że planety nie odziedziczyliśmy po przodkach a pożyczyliśmy od swoich dzieci. 

Dubaj z lotu ptaka

Jesteśmy już w hotelu, za nami dzień pełen wrażeń. Szczęśliwi ale też i bardzo zmęczeni oraz.... przejedzeni:-) Okazało się, że serwują tu wszystkie nasze ulubione dania poznane podczas podróżny poprzez kraje arabskie. Nadal nie możemy uwierzyć, że tak się Krzychowi same ułożyły najwspanialsze urodziny w życiu:-) 

Najlepsze urodziny w życiu:-)

Za parę godzin znów będziemy w samolocie, znów będziemy lecieć nad Afryką, żegnając się z nią już na dobre i witając nową, latynoamerykańską przygodę.

Niebawem pożegnamy Afrykę na dobre

 
Dubai Marina
Dubai Marina
Dubaj
Znów znaleźliśmy się w kulturze arabskiej
Las drapaczy chmur z Burj Khalifą w tle
Jumeirah Island -wyspa w kształcie palmy i hotel Burj al-Arab - hotel w kształcie żagla
Burj Khalifa nocą - najwyższy budynek świata