CHILE

Dodane dnia 2014.04.11 -- Zaktualizowano dnia 2014.04.13

Wpis dotyczy kraju: CHILE

Zobacz wszystkie wpisy Krisa z kraju: CHILE

CHILE  Kwiecień, Maj, Czerwiec, Lipiec, Sierpień 2012

ZIEMIA OGNISTA I PUERTO NATALES.
Koniec kwietnia, początek maja

Początkiem kwietnia przekroczyliśmy Cieśninę Magellana.
Minęliśmy po drodze tylko kilka domów, które znajdowały się na
pustynnych pampach, gdzie kępy traw falowały pod wpływem wiatru.
Czasem pojawiały się stada owiec, guanako, strusi a nawet lisy.

Pierwszym miasteczkiem było Puerto Natales.  Położone daleko
na południu Chile. Schowane przed wiatrem w zatoce, która głęboko
wcina się w ląd. Z brzegu rozciąga się przepiękny widok na
Park Narodowy Torres del Paine.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Na południowe krańce świata dociera niewielu turystów.
Głównie plecakowicze - miłośnicy górskich wędrówek.
Niektórzy twierdzą, że w Parku Torres del Paine są jedne
z najpiękniejszych szlaków świata. Z portu można wyruszyć w rejs statkiem,
który przepływając między fiordami daje możliwość podziwiania
lodowców,  wielorybów,  pingwinów, fok i lwów morskich.

Mieszkańcy  Puerto Natales spodziewali się rychłego nadejścia zimy.
Słupki rtęci wskazywały już minusową temperaturę w nocy.
Prognoza na najbliższy tydzień zapowiadała pierwsze opady
śniegu. My za to mogliśmy podziwiać niezwykłe obrazy
stworzone przez mróz. Mieniły się one na wewnętrznych
ścianach naszego namiotu.

Dni były bardzo krótkie i słoneczne. Na tle błękitnego nieba piękne wyglądały
białe szczyty gór okalających zatokę.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W samym miasteczku panowała wspaniała atmosfera.
Drewniane, kolorowe domki wypuszczające pachnący drewnem dym
z kominów. Amatorzy górskich wycieczek robiący zakupy przed
wyprawą. Witryny sklepów z akcesoriami turystycznymi, które swymi
kolorowymi produktami zapraszały do środka.

Przechadzając się chodnikami co chwilę mijaliśmy
bardzo przytulne kawiarnie, w których ludzie popijając
gorącą czekoladę snuli plany swoich wycieczek.

Gdy w nocy słupek rtęci przesuną się do – 9 C, przygarnęła nas do swojego
domowego hotelu Ciocia Bernardita. Siedzieliśmy w przytulnej kuchni
u naszej zbawczyni. Jedliśmy ryż z jajkami sadzonymi, kiszoną kapustą,
i ostrym sosem paprykowym. Głos z malutkiego radia oznajmił,
że śnieg już na dobre zawitał  nad przylądkiem Horn.

Tego samego wieczoru popijaliśmy mate i grzane wino z pomarańczami,
zasłuchując się w opowieści gospodarzy o ich wyprawach za góry.
Wypatrywaliśmy wiosny i zieleni. Szykowaliśmy się by po raz trzeci
Przekroczyć Andy i tym samym wrócić na argentyńskie pampy.

CARRETERA AUSTRAL. Czerwiec.

Mroźne patagońskie wiatry dały nam mocno w kość.
Znów zbliżyliśmy się do andyjskiego, górskiego pasma.
Chilijską granicę przekroczyliśmy w Chile Chico,
które przywitało nas wiosenną pogodą.
Po raz pierwszy od tygodni nie wiało.

Chile Chico to małe miasteczko położone nad jeziorem General Carrera,
nad którym panuje specyficzny mikroklimat. W powietrzu dało się wyczuć
zapachy roślin oraz wilgoć. Jesienne kolory liści na drzewach
pięknie malowały krajobraz. Wieczorami robiło się zimno i pojawiała się gęsta mgła.

Przed wschodem słońca wjechaliśmy na prom by z Chile Chico
przepłynąć pod same podnóża  szczytu Cerro Castillo i by wreszcie znaleźć się
na już niemal legendarnej, bo przewijającej się w wielu opowieściach,
 i od dawna wyczekiwanej Carreterze Austral.

Wynurzające się zza horyzontu słońce rozpaliło białe szczyty gór.
Zbocza po wschodniej stronie wyglądały bardzo srogo.
Granitowe szpice ledwo wystawały spod śnieżnej pokrywy.
Gdy dobijaliśmy do brzegu, oczom naszym ukazał się
piękny, pachnący iglasty las.

Wspinaliśmy się ku przełęczy. Zapach dawno nie obecnych
iglaków napawał optymizmem i wspomnieniami z dzieciństwa.
Pod koniec dnia zaczął padać deszcz, więc rozbiliśmy namiot
w stodole u bardzo miłego dziadka. Sianko, ciepło i dach nad namiotem.

Rano gdy wyszedłem z namiotu, zastałem zdumiewający widok.
Śniegu zalegało już po kostki a olbrzymie płatki wciąż spadały z nieba.
Otworzyły się drzwi chatki dziadka, który z siekierką wyszedł
po kolejną porcję drwa. Po drodze wymownym gestem zaprosił
nas na ciepłą yerba mate.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zasypani śniegiem zostaliśmy u naszego gospodarza trzy noce.
Popijaliśmy mate, gotowaliśmy grochówkę i słuchaliśmy radia,
z którego dobiegały melancholijne pieśni tamtejszych kowbojów
opowiadające o koniach, miłości, złamanych sercach, kobietach,
 ogniskach pod gwiazdami, oraz wędrówce, o której wszyscy myśleliśmy
 wpatrując się w zaśnieżone okno.

Trzeciego dnia spychacz odśnieżył drogę i umożliwił nam wyjazd.
Rowery obładowane bagażami o dziwo nie ślizgały się na wciąż
białej nawierzchni. Dopiero gdy dojechaliśmy do przełęczy
poczułem ból w rękach od kurczowego ściskania kierownicy.

Zjazd w stronę Pacyfiku był bardzo zaskakujący. Krajobraz zmieniał
się niewiarygodnie szybko. Na przestrzeni kilku kilometrów znikła biel
i pojawiły się liściaste drzewa, zielone trawy, jeziora, jabłonie i dzikie róże.
Wspaniałe soczyste kolory i ciepłe powietrze.

Nareszcie wjechaliśmy na Carreterę Austral. Opowieści
o niej okazały się nieprzesadzone. Poczułem się jak odkrywca
bajkowej krainy zza gór, zza lasów i zza rzek. Było to miejsce, gdzie
w malutkich domach mieszkają niziutcy ludzie, nieśmiali, małomówni, zdystansowani.

Mieszkańcy tamtych stron świata mają swoje małe gospodarstwa.
Własne krowy, kury, kaczki, gęsi, konie, sady owocowe, lasy.
Wszędzie wokół było setki strumieni i małych wodospadówi jezior.
Przy drodze rosły gigantyczne liście paproci i innych roślin,
których jeszcze nigdy przedtem nie widziałem. 

Wegetacja wiecznie zielonej krainy jest tak bujna,
że nawet w zimie, gdy przymrozki skuwają lodem
wszystko dookoła,  pod przezroczystą warstwą
zmarzliny widać pąki kwiatów i liści wyczekujące na
pierwsze promienie słońca. Wraz z ich nadejściem znów
stopi się lód ożywiając cały ekosystem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Po południu wszystko odmarza. Z drzew spadają krople jak
podczas deszczu. Znika szadź z łąk, pająki czyszczą z kropel
wody swe pajęczyny, a sople lodu zdobiące skały przy uskokach
wartkich strumieni powoli się rozpuszczają.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ten cykl powtarza się dzień w dzień,  każdej zimy
Porośnięte lianami, bambusami i paprociami wiecznie zielone lasy przyzwyczaiły się do tego rytuału przez tysiące lat. Kory drzew są zielone i puszyste od grubej warstwy mchu. Wewnątrz lasu jest tak wilgotno, że ciężko zdążyć ze zrobieniem ostrego zdjęcie przed zaparowaniem obiektywu.

Nasza droga stale wznosiła się i opadała. Wiodła przez niezliczone
pagórki otoczone górami. Mijaliśmy lasy i piękne parki krajobrazowe,
w których zniewalała magia kolorów. Cała gama zieleni,
a w niej zanurzone różowe owoce krzewów, fioletowe grzyby,
ptaki z czerwonymi brzuchami, białe kwiaty, krystalicznie czyste lodowcowe rzeki
i same lodowce, których turkusowy kolor wydawał się nienaturalny.

Promienie słońca przedzierające się przez bambusowy las
tworzyły żółtą ciepłą aurę. Podczas zachodów pomarańczowymi kolorami
oświetlały wznoszące się wokół, pokryte śniegiem szczyty.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Małe wioski oddalone były od siebie o niecały dzień drogi.
Malowniczo położone; to gdzieś nad zatoką, do której czasem
wpływają delfiny, to gdzieś za lasem, nad rzeką lub między górami.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Owe wioski podczas deszczu lub gęstej mgły stawały się dla nas wspaniałymi oazami,
w których można było napić się yerby mate lub lekkiego wina
jabłkowego a czasem nawet zjeść ciepłe bułeczki
z ciasta dyniowego, z cebulą pomidorem i ostrym sosem.

W tej części Chile deszcze padają niezmiernie często.
Rozbijaliśmy wtedy swój namiot w stodołach prosząc  gospodarzy
o schronienie na czas niesprzyjającej pogody. Ludzie nigdy nam nie odmawiali.
Ze względu na to, że na ogół  są nieśmiali, to przekonywali
się do nas dopiero podczas wspólnego sączenia yerba mate.

Zapraszali nas wtedy do środka domu. Sadzali nas przy piecu
i przy dźwięku turkoczącej pokrywki od gara stojącego na piecu
oraz przy zapachu zupy unoszącym się po izbie,  gaworzyliśmy
i wspólnie jedliśmy kolację.

Pewnego dnia w mieście Santa Lucia do swego domu zaprosił nas przesympatyczny
człowiek. Miał na imię Lucio. Przeprowadził się do owego miasteczka
by jego córka mogła chodzić do szkoły. Jego rodzinny dom był bardzo daleko stamtąd.
Dokładnie nie wiadomo ile kilometrów bo w tamtych okolicach odległości mierzy się
w dniach jazdy konnej. Więc jego chata znajdowała się cztery dni drogi z miasta.

Na swoje włości zaprosił nas Lucio. Pojechaliśmy samochodem zabierając ze
Sobą prowiant na parę dni. Dojechaliśmy do momentu w którym skończyła się droga.
Następnie, ze względu na podmokły teren szliśmy na piechotę,
niosąc nad głową nasze zasoby jedzenia na kilka dni.

Dotarliśmy do małego domku schowanego za zagajnikiem.
Przywitały nas psy i pasące się wolno konie. Lucio oprowadził
nas po swojej posiadłości, która ciągnęła się od gór do gór.

Jakież to było wspaniałe uczucie znaleźć się w takim miejscu.
Bez niczego. Bez prądu, zasięgu, ludzi, hałasu i zarazem
ze wszystkim; wolnością, swobodą, spokojem,
własnymi myślami, czasem i przestrzenią.

W ciągu dnia Adelka uczyła mnie utrzymywać się na koniu.
Już po kilku godzinach, w towarzystwie psów ruszyliśmy w teren.
W tamtych okolicach rzeki nie mają nazw ale swoje numery, więc
pojechaliśmy odwiedzić sąsiada, który mieszkał za piątą rzeką.

Spotkaliśmy go przed chatą zbierającego kamienie, które wrzucał
na wóz ciągnięty przez dwa wielkie woły. Kamienie miały służyć
jako podkład na drogę, bo ostatnie deszcze zamieniły wszystko w błotną papkę.
Porozmawialiśmy chwilkę o zupełnie odmiennym życiu jakie toczy się za piątą rzeką.

Sąsiad był jedynym mężczyzną w okolicy, który mieszkał z żoną.
Pozostałe kobiety już dawno wyprowadziły się do miasta.
Z prostej przyczyny. W mieście jest wszystko pod ręką.
Sklepy, ciepła woda, telewizja, koleżanki, szkoła dla dzieci.

Brat Lucia, który mieszka za rzeką dziewiątą, opowiadał nam o swoim
samotnym życiu. Nie o samotności ale o szczęściu. Raz na parę miesięcy
przyjeżdża do miasta by sprzedać swoje bydło. Kupuje wtedy produkty na kolejne
miesiące. Mąkę, yerba mate, ryż, sól, drożdże, suszone owoce i baterie do odbiornika radiowego.

Spędza kilka dni w swoim małym domku w Santa Lucia, odwiedza brata
i wraca za dziewiątą rzekę, na swoją ziemię, bo jak mówi, w mieście nie
czuje się najlepiej. Opowiadał, że już za jego górą nikt nie mieszka
i dopiero tam może swobodnie odetchnąć.  Poczuć powietrze, smak wody, życie.

Niektórzy przenieśli się do miasteczka, najpierw wycieli i sprzedali drzewa,
by kupić samochód. Następnie sprzedali bydło aby zasilać auto benzyną, potem kawałek ziemi, żeby kupić dom w miasteczku, później kolejne hektary by wyedukować dzieci,
kolejno resztę bydła, by się utrzymać.

Dziś siedzą przed telewizorem w stale zaludniającym się miasteczku,
stając się niewolnikami swego małego kawałka ziemi, samochodu i innych dóbr,
których utrzymanie wymaga pobrania pożyczki z banku.

Możliwe, że ich dzieci wyjadą na studia do Santiago, wynajmą małą kawalerkę,
znajdą pracę i może na starość dorobią się i będą chcieli kupić kawałek ziemi
za miastem.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Siedzieliśmy wieczorem w chatce u Lucia.
Gnietliśmy ciasto na chleb siedząc przy świetle świec. Długo rozmawialiśmy
o trudach mieszkania w takim miejscu, jednocześnie wspominaliśmy sobie widok
odjeżdżającego z miasta Santa Lucia, gauczo. Konie z przewieszonymi worami
z jedzeniem w towarzystwie psów powoli znikały w oddali. Na czele jechał
król swych włości, człowiek który zdradził nam sekret swojej wolności.

SANTIAGO. Lipiec, sierpień

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ogromne miasto. Nowoczesne i zorganizowane.
Pierwsze dni spędziliśmy u Maćka, naszego rodaka, który ugościł
nas po królewsku. Każdego poranka w powietrzu unosił się zapach
lata. W ogrodach egzotyczne rośliny uświadamiały mi, że chłody
Patagonii stały się już tylko wspaniałym wspomnieniem.

Wieczory spędzaliśmy na długich dyskusjach. To był wartościowy czas.
Pewnego razu obserwowaliśmy zachód słońca z tarasu. Czerwona kula
znikała gdzieś w Pacyfiku rozświetlając dolinę, w której znajduje się
Santiago. Promienie padały również na sześciotysięczniki otaczające miasto
od wschodu. Tam gdzieś, pomiędzy nimi kryła się nasza droga.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ostatnie dni w stolicy Chile spędziliśmy we wspaniałym  towarzystwie
Moniki i Claudia. Polskiej korespondentki radiowej 3 i nauczyciela
języka angielskiego. Dzięki nim poznaliśmy życie jakie toczyło się
w sercu Santiago. Centrum miasta tworzyły ruchliwe uliczki, targ owocowy,
wydarzenia kulturalne, występy grup tanecznych. W nocy bary z lokalnym jedzeniem
swym zapachem zapraszały i kusiły zmysły. Wszystko ozdobione piękną architekturą.

Nasz czas w tym ciągnącym się niemalże od Antarktydy
aż po pustynię Atakama kraju, dobiegł końca. Wzbogaceni nowymi
doświadczeniami ruszyliśmy dalej, by po raz szósty przekroczyć andyjską
przełęcz i kontynuować wyprawę znów po argentyńskiej stronie gór.

 

EKRANIZACJA WSPOMNIEŃ >>>

 

Komentarze

Kwitnący aloes - przepiękny!

:)

Najlepszy wpis

Spośród wszystkich wpisów ten najbardziej mi się podoba. Bardzo fajne jest to, że sposób w jaki piszesz powoduje, że czuję się jakbym był Tobą i przeżywał to tak jak Ty. Momentami czuje się jakbym czytał dobrą książkę przygodową. Może uda Ci się to wszystko kiedyś spisać.