BOTSWANA

Dodane dnia 2012.05.29 -- Zaktualizowano dnia 2014.04.09

Wpis dotyczy kraju: BOTSWANA

Zobacz wszystkie wpisy Krisa z kraju: BOTSWANA

 BOTSWANA 10.11.11 – 24.01.12

 

Botswana to największe, pozytywne zaskoczenie tej podróży!
Przytaczam przykład tego kraju, gdy ktoś mnie zanudza polityką.
Gdy jest mi zimno i pada deszcz, tęsknię.
Tam usłyszałem ciszę. Zauważyłem kolory szarego buszu.
Spacerując po krzakach przeniosłem się w czwarty wymiar,słuchając śpiewu ptaków.

 Bagna Okowango i Makgadikgadi są rajem dla dzikich zwierząt.
Występują tam wszystkie typowe zwierzęta afrykańskie:
żyrafy, słonie, hipopotamy, lwy i gepardy.
Niegdyś żyły one na całym obszarze kotliny Kalahari.

Dziś w większości tereny te są pogrodzone drutami wyznaczającymi pastwiska.
W Botswanie hoduje się bydło. Dwie trzecie powierzchni kraju
to pastwiska. Państwo liczy zaledwie dwa miliony
mieszkańców. Dwa większe miasta: Francistown i Gabarone,
które jest stolicą, są małymi przyjemnymi miasteczkami.

Do Botswany wjechaliśmy na wysokości Francistown.
Przejście graniczne było bardzo spokojne i zadbane.
Nowa, szeroka szosa wiodła w głąb kraju. Mijały nas
jedynie duże jeepy. Wokół rozciągał się suchy busz.

Jeszcze na granicy spotkaliśmy Gregga. Był on organizatorem
rowerowego rajdu terenowego, na który nas zaprosił.
Dwa dni później spotkaliśmy się z nim i jego wspaniałą rodziną
aby stawić się na starcie rowerowego wyścigu.

 

Trasa była bardzo dobrze przygotowana i oznaczona. Znajdowały się na niej
punkty kontrolne z wodą i wskazówkami dotyczącymi dalszych odcinków.
Tak by wszyscy niezależnie od wieku (a udział brali nawet siedmiolatkowie)
trafili do mety. Już po dwóch pierwszych kilometrach zgubiłem się:)

Po wyścigu ruszyliśmy dalej. Do stolicy prowadziła tylko
jedna droga, więc nie było problemów nawigacyjnych.
Żar lał się z nieba. Wzdłuż szosy, kilometrami ciągnął się płot.
Płaski teren roztaczał się po horyzont. Krajobraz był bardzo monotonny.
Trudno było znaleźć drzewo, które rzucało gęsty cień.

Był koniec pory suchej, słońce paliło skórę.
Zasychały wargi od gorącego powietrza.
Co pewien czas, między krzakami widzieliśmy
tumany kurzu unoszące się za stadami krów,
które maszerowały w poszukiwaniu wody i suchej trawy.

Pewnej nocy rozbiliśmy namiot przy punkcie weterynaryjnym
dla bydła. Mili gospodarze poczęstowali nas kolacją i
zaproponowali prysznic. Osobiście nie lubię zimnej wody
ale po tak gorącym dniu wylałem na siebie parę wiader,
które nie mogły ostudzić mojego ciała. Dopiero po północy
ochłodziło się na tyle, że można było wypocząć.
Nad ranem ziemia wciąż była ciepła.

Mijaliśmy małe miasteczka. Nie mogłem dopatrzyć się glinianych chat,
charakterystycznych dla większości obszarów tego kontynentu.
Czasem domy miały okrągły kształt w afrykańskim stylu z tą różnicą,
że zbudowane zostały z betonu. Pomalowane były na piaskowo,
jasno brzoskwiniowo lub delikatny brąz. Wzdłuż ulic ciągnęły się chodniki,
które ostatni raz widziałem w Harare, w Zimbabwe.

Ludzie w Botswanie są bardzo zrelaksowani, spokojni i pogodni.
Dużo się śmieją, lubią pogadać o wszystkim i o niczym.
Dysponują wydawałoby się nieograniczonym zasobem czasu.
To bogactwo czyni ich szczęśliwymi.

Pewnego dnia wybrałem się na pocztę po znaczki.
W budynku znajdowało się kilkanaście osób. Czynne było
6 okienek plus 2 specjalne na paczki i międzynarodowe przesyłki.
Stanąłem więc w kolejce, która zaczynała się wzdłuż białej linii.
Tę granicę można było przekroczyć tyko gdy
zostało się wezwanym przez panią z okienka.

Szybko wyszło na jaw, że czas na poczcie jak i w całym kraju
płynie wolniej. Kolejka długo nie przesunęła się
nawet o centymetr. Wręcz przeciwnie, wydłużyła się
o kilka osób. Okazało się, że przede mną stoją dwie panie,
które właśnie wróciły z zakupów, starszy pan, który
przed budynkiem handlował rękodziełem i co jakiś czas
zaglądał przez drzwi pilnując swojego miejsca.

Chwilę później delikatnie klepnęła mnie w ramię matka z dzieckiem,
które opatulone w kolorową chustę zawieszoną na plecach, drzemało sobie smacznie.
Pani poprosiła mnie o użyczenie długopisu, jednocześnie oznajmiając,
że stoi w kolejce jako trzecia, przed panem od rękodzieła.

Pod ścianą, przy oknie stała bardzo długa ławka.
Siedziało na niej sporo osób. Starsi, młodsi, kobiety, mężczyźni.
Ze słuchawkami na uszach, iPhonami w rękach bądź
małymi komputerami na kolanach. Oczywiście wszyscy
również w kolejce. Ławka służy jako miejsce do regeneracji sił,
bo przecież stoi się długo i każdy ma prawo do odpoczynku.

Panował ogólny spokój i harmonia. Można było sobie usiąść
na ławce, posłuchać muzyki lub wyskoczyć na zakupy bez stresu.
W zasadzie to trochę się zmartwiłem, że nie mam nic innego do
załatwienia, ani nawet muzyki do posłuchania. Jednak nie miałem
okazji się nudzić. Botswańczycy uwielbiają pogawędki.

Wokół toczyły się dysputy o jakościach produktów spożywczych.
Jeden chłopak umówił się na randkę z dziewczyną dopiero
co poznaną na pocztowej ławce.

Ze względu na to, że byłem jedynym cudzoziemcem,
cieszyłem się szerokim zainteresowaniem. Niezmiernie
mili i sympatyczni ludzie wypytywali mnie o mój rower,
podróż, o Polskę, o śnieg, góry i wysokie drzewa.

Temat rozmowy zszedł na politykę. Ludzie zaczęli z dumą wypowiadać się
o swoim wodzu, przywódcy i prezydencie Seretse Khamie.
To niesłychane, że w tak pochlebny sposób można opowiadać
o polityku. Bez zastraszania, przekupywania i bez pobudek religijnych.

Botswańczycy zupełnie sami z siebie mówili o Khamie i jego ojcu w samych superlatywach.
Stałem zdumiony i słuchałem tych politycznych wywodów.
Po raz pierwszy z zaciekawieniem, bez nerwów i żalu.

Kolejka nieco się przesunęła a na ścianie ukazał się czarno biały
obraz Seretse Ian Khama, syna Seretse Khamy, pierwszego prezydenta
i szefa rządu niepodległej Botswany. Ujrzałem Go jako szczerze uśmiechniętego króla.

Faktycznie dało się zauważyć, że mieszkańcom Botswany żyje się
dobrze. Jak później sprawdziłem, wzrost PKB na jedną osobę jest jednym z najwyższych na świecie.
To wszystko stało się za sprawą odkrycia diamentów tuż po
odzyskaniu niepodległości spod brytyjskiego protektoratu w 1966.
A przede wszystkim, dzięki wyjątkowo mądrej polityce.

Edukacja na wysokim poziomie. Państwo płaci za
naukę od przedszkola po studia. Darmowe mundurki, książki
i przybory. Nowoczesne szkoły z najnowszym systemem nauczania.
Opłacane studia za granicą. Przelot, mieszkanie, czesne.

Przyglądając się herbowi Botswany, można zauważyć wiele elementów,
charakteryzujących ten wyjątkowy kraj.
Na środku tradycyjna wschodnioafrykańska tarcza.
Obok niej dwie zebry. Paski czerni i bieli przeplatają się,
występują obok siebie tworząc jeden organizm.

Botswańczycy mówią - „nasz prezydent powtarza, że tak jak biel i czerń na
zebrze tworzy jedność, tak biali i czarni ludzie powinni żyć w zgodzie.”

Na górze tarczy trzy zębate koła – przemysł.
Trzy fale – woda. Deficyt w kraju.
Na dole tarczy głowa byka – symbolizuje wagę wypasu bydła.
Na błękitnej wstędze pod herbem widnieje dewiza.
Jedno słowo. PULA - co znaczy deszcz.

Pula to również waluta. Sięgnąłem więc do kieszeni
by sprawdzić czy wystarczy mi na znaczki, bo znalazłem
się przed białą linią jako pierwszy w kolejce.

Dziadek za mną powiedział - „Wolno się przesuwa
ale nie martw się. My Botswańczycy, jesteśmy z natury leniwi,
jak chodzimy to szuramy nogami, bo nie chce się nam nawet nóg
wysoko podnosić. Mamy za to najniższy na świecie procent
ataków serca no i nigdy nie mieliśmy wojny z sąsiadami, no bo
za leniwi jesteśmy.” - i zaczął się śmiać.

Jedno z okienek zwolniło się. Energicznym krokiem ruszyłem w jego stronę.
W tym samym czasie kasjerka powoli uniosła się z krzesła i odeszła z papierami.
Wróciłem więc przed linię. Przez szyby obserwowałem,
jak młoda kobieta powoli przesuwa się za plecami swoich
koleżanek i kolegów z pracy, szurając tak jak
przed chwilą opowiadał dziadek z kolejki.

Gdy już doszła niemalże do końca korytarza gdzie znajdowały
się szafki na dokumenty, zza rogu wyszedł jej kolega i tak
ot się spotkawszy nie mogło obyć się bez pogawędki.
Wyglądało na to, że dawno się nie widzieli bo rozmowa
i śmiechy trwały i trwały, aż przyjemnie było patrzeć.

Nagle pożegnali się i każdy z nich zawrócił do swojego
stanowiska. Zarumieniona i jeszcze roześmiana kasjerka
idąc już z powrotem, szurając butami, dotarła na wysokość krzesła.
Aby skrócić dystans ruszyłem w stronę okienka, jednak
w tym samym momencie dziewczyna przypomniała sobie,
że przecież nie odniosła tych dokumentów, które wciąż
dzierżyła pod pachą. Oboje zawróciliśmy.

Po drodze nastąpiła jeszcze tylko krótka wymiana
zdań z koleżanką spod szóstki. Udane ulokowanie dokumentów
oraz szczęśliwy powrót. Tym razem spotkaliśmy się przy
okienku. Powiedziałem, że chciałem kupić znaczki.
A ona na to:”Oj, znaczki to tylko w kasie numer jeden,
do której jest osobna kolejka”:)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W Gabarone jest dużo publicznych i prywatnych szkół,
o bardzo wysokim poziomie nauczania.
Postanowiliśmy więc podzielić się naszymi doświadczeniami
oraz nasza przygodą z uczniami.

Był to też sposób na zasilenie naszej kieszeni na dalszą drogę,
a przede wszystkim niezwykłe doświadczenie i radość z możliwości dzielenia się
naszymi historiami. Rozmawialiśmy o różnych kulturach, religiach,
sposobach mieszkania, zwyczajach i odmiennych punktach patrzenia na świat.

Mądrość dzieci i ich sposób zadawania pytań były zaskakujące.
Niektóre pytania padły po raz pierwszy od początku naszej rowerowej przygody,
a pytania dotyczące naszej podróży słyszymy codziennie od
różnych osób, z różnych krajów i w różnych sytuacjach.

Dzieci zaciekawione były np. w jaki sposób przygotowywaliśmy się do
danych odcinków podróży, jak przejechać pustynię.
Pytały o ubrania, sprzęt, wodę, kilometraż, jak wyglądają oazy.
Jeśli napotykaliśmy trudności, to jak sobie z nimi radziliśmy?

W jednej ze szkół system nauczania był niezwykle interesujący. 
Nie ma w niej przedmiotów, zastępują je zagadnienia. Przykładowo temat wody
rozpatrywany jest pod kątem fizycznym, chemicznym,
ochrony środowiska, wpływu na człowieka, problemów naszej planety.

Możliwość łączenia, porównywania faktów i zestawiania wielu aspektów
niezwykle pobudza umysł i rozwija sposób rozumowania.
Nauczyciele pracujący w botswańskich szkołach pochodzą
z różnych stron świata: USA, UK, RPA, Zimbabwe,Australii, Kanady a nawet z Polski.

Mieliśmy dużą przyjemność poznać wielu z nich.
Asia - Polka - przyjęła nas ciepło i przygarnęła do
swego domu na parę dni. Wraz z nią i jej mężem Jonatanem oraz jego
kuzynem Mathew spędziliśmy wspólnie święta. Na czas zimowych,
a w Botswanie letnich wakacji, otrzymaliśmy propozycję nie do odrzucenia.

Mary, nauczycielka z Zimbabwe, zapytała nas czy na
okres Świąt i Nowego Roku albo nawet do początku stycznia,
nie zechcielibyśmy zatrzymać się w Gabarone, w jej mieszkaniu
i zaopiekować się jej kotem, gdyż ona wyjeżdża do RPA.

Propozycja wspaniała. Jednak decyzja ciężka do podjęcia, ponieważ
chwilę wcześniej inna nauczycielka z Australii zaoferowała nam
swój dom pod opiekę, ponieważ również wyjeżdżała na wakacje.

Biorąc pod uwagę trudność podjęcia decyzji oraz fakt, że mieszkania
znajdowały się w tym samym kompleksie, zaopiekowaliśmy się obydwoma.

I tak oto zostaliśmy w stolicy Botswany prawie dwa miesiące.
Wykorzystaliśmy czas na odpoczynek, pisanie, pływanie,
bieganie, czytanie i spacerowanie po zacisznym Gabs.

Mary, po powrocie z wakacji zabrała nas na wyjątkową wycieczkę.
Pojechaliśmy do jej znajomego, który mieszka w domu za wzgórzu,
w samym środku parku krajobrazowego. Pojechaliśmy tam by wraz z innymi miłośnikami
przyrody obserwować ptaki. Przyznam, że wzbogaciło to mnie o niezwykłą,
niesamowitą, zupełnie nową umiejętność obserwowania, a raczej
wsłuchiwania się w tajemnice świata fauny.

Zaczęło się zupełnie zwyczajnie. Pierwszego popołudnia wraz z Mary i jej przyjacielem
poszliśmy wytyczyć trasę, którą następnego dnia mieliśmy się udać z miłośnikami ptaków,
by obserwować jakieś niezwykłe gatunki. Szliśmy przez busz - zwykły, pospolity,
taki jaki mijaliśmy każdego dnia. Z tym wyjątkiem, że koniec pory deszczowej uczynił
go bardziej zielonym, żywym i bardziej kolczastym. Spacer sam w sobie był bardzo przyjemny,
bo każde bytowanie z przyrodą wzbudza poczucie przynależności do tego świata.


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Podczas owej przechadzki najbardziej interesowało mnie wypatrzenie nosorożca,
bądź żyrafy, które w tym parku sobie zwyczajnie bytowały.
Było to ekscytujące, że podczas przeciskania się pomiędzy
gałęziami kujących krzaków mogliśmy natknąć się na tak dużego zwierza.

Tamto popołudnie zaowocowało jednak jedynie w kilka zaschniętych kup
oraz unoszący się w powietrzu zapach zwierzaków. Byłem i tak bardzo zadowolony.


Wieczorem siedzieliśmy na tarasie domu położonego na wzgórzu.
Toczyły się przyjemne rozmowy. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi.
Przed nami roztaczał się widok na korony lasu akacjowego.
Adelka wypatrzyła ponad nimi trzy wędrujące głowy. Żyrafy.
Niezapomniany widok i czas.

Wczesnym rankiem zjechało się wielu gości, obserwatorów
ptactwa. Zjedliśmy wspólnie śniadanie i ruszyliśmy w poszukiwaniu
zupełnie mi nie znanych gatunków ptaków. Zauważyłem parę przelatujących
wróblowatych i stwierdziłem, że jednak ciekawszy będzie dla mnie
spacer w poszukiwaniu tych trzech żyraf, które przechodziły nieopodal
poprzedniego wieczora.

Zatrzymaliśmy się pod starym drzewem. Mary mówiła, że w pobliżu
są jakieś ciekawe okazy. Rozglądałem się wokół ale nie mogłem się
dopatrzeć niczego. Nagle ktoś zagwizdał naśladując głos jednego z ptaków.
Podświadomie zamknąłem oczy i udało mi się je namierzyć .

Faktycznie są! Jeden po prawej, a drugi z tyłu. Rozmawiają.
Mary mówiła, że rozmawiają o nas bo są zaniepokojone naszą obecnością.
Wtedy wyostrzyłem słuch, namierzyłem w wyobraźni gagatka,
otworzyłem oczy i udało mi się go w końcu zobaczyć.
Piękny niebieski ptaszek. Zamknąwszy znów oczy i przeniosłem
się pierwszy raz w czwarty wymiar buszu!

Ostatnie dni spędziliśmy razem z Mary w jej domu.
Bardzo trudno było nam znów wyruszyć w drogę po tak długiej przerwie.
Niepozorne Gabarone wchłonęło nas. Ta magiczna cisza i popołudniowy spokój miasta.
Zieleń i śpiew ptaków w samym centrum. Kolorowy targ owocowy na deptaku.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdy definitywnie skończyła się pora deszczowa, ruszyliśmy w dalszą podróż.
Drzewa zazieleniły się i pojawiło się mnóstwo kwiatów.
Łąki przypominały Polskę wiosną. Przyleciały nowe gatunki ptaków.
Żegnałem się z zupełnie inną Botswaną. Inną niż postrzegałem ją na początku.

 

EKRANIZAJA WSPOMNIEŃ >>>

 

 

Komentarze

bardzo ładnie opowiedziane,

bardzo ładnie opowiedziane, gratuluję! tylko kawałeczek gdzieś wcieło, tuz przed wizytą w szkole. bardzo proszę o dodanie!

Czarowna poezja tropików

Czarowna poezja tropików okiem antropologa kultury. Rerlaksująca opowieść.