ARGENTYNA

Dodane dnia 2013.02.14 -- Zaktualizowano dnia 2014.04.09

Wpis dotyczy kraju: ARGENTYNA

Zobacz wszystkie wpisy Krisa z kraju: ARGENTYNA

 

ARGENTYNA
I. BUENOS AIRES, TANDIL , MAR DEL PLATA
Lądowanie w Buenos Aires wydało się dość miękkie.
Przelatując nad Atlantykiem znalazłem się 
w bliżej mi znanej kulturze europejskiej.
Ubrania, kawiarnie, europejska architektura.
Wokół same białe twarze. Potomkowie Włochów i Hiszpanów. 
Ich dziadkowie przywieźli z Europy ze sobą niemalże wszystko.
Język, kuchnię, architekturę, zwyczaje, religię. Zdominowali tamtejszą 
ludność i na bazie swych dorobków cywilizacyjnych, powstała Argentyna.
Tryb życia na pierwszy rzut oka nie różni się od południowo
europejskiego. Począwszy od buziaków na powitanie,
sjesty, po nocne jedzenie i spotkania towarzyskie.
Jednakże istnieje tu latynoska inność.
Zarówno stolica jak i cały kraj nie wygląda modernistycznie.
Nie ma szklanych wieżowców ani nowoczesnych środków 
transportu. Dominują tam stare piękne kamienice, na przemian
z szarymi betonowymi mieszkaniami, wybudowanymi
za komunistycznych rządów. 
Odniosłem wrażenie, że  czas w Argentynie zatrzymał się w końcu XX wieku.
Bez szaleństwa, wyścigu szczurów, i gnaniem za pieniędzmi.
Ograniczenia w imporcie spowodowały, 
że na ulicach królowały stare, dostojne, pordzewiałe 
samochody. Były one nieodłącznym elementem 
każdego miasta, miasteczka czy wsi.
Przechadzając się ulicami mijałem stoiska
z  książkami, księgarnie i teatry.
Stare kawiarenki przyciągały swoim starym stylem.
Wystrój z poprzedniej epoki nadawał niesamowitego klimatu.
Na skrzyżowaniach większych i mniejszych
ulic, swymi umiejętnościami żonglerskimi
popisywali się cyrkowcy amatorzy.
Późnymi wieczorami wałęsając się ulicami 
Buenos Aires dało się słyszeć niezwykłą,
oryginalną, rytmiczną muzykę, która dobiegała
z rozświetlonych ciepłymi kolorami wnętrz kamienic.
Tango. To niebywałe jak ten taniec jest tam popularny. 
Młodzi i starzy spotykają się w małych klubikach,
kawiarenkach, domach prywatnych na tango milonga.
Czasem wystarczyło, że rozbrzmiały pierwsze nuty tanga,
gdzieś na ulicy, przed domem, przed kamienicą 
a momentalnie pojawiały się tańczące pary.
W Argentynie przedmiotami kultu są trzy wszechobecne zjawiska. 
Fascynacja piłką nożną, picie yerba mate oraz oddawanie czci lokalnemu 
bohaterowi Gauczo Gilowi, któremu stawiane są przydrożne kapliczki.
We wnętrzach znajdują się jego podobizny oraz składane mu dary:
wino, papierosy, pieniądze, kwiaty, przestarzałe dokumenty czy kosmki włosów.
Po Buenos Aires, Tandil i Mar del Plata
wędrowaliśmy śladami Witolda Gombrowicza
robiąc zdjęcia dla muzeum we Wsoli, odwiedzaliśmy
miejsca w których przebywał Witold G.
To było niezwykłe uczucie przenieść się do pięćdziesiątych lat.
Do dziś żyją ludzie, którzy go pamiętają i z nostalgią wspominają  
miejsca w których wciąż wymienia się nazwisko 
polskiego pisarza, wymawiane „Gongrowicz”.
II. WSCHODNIM WYBRZEŻEM ATLANTYKU NA KONIEC ŚWIATA
By zdążyć przed nadchodzącą do Patagonii zimą, 
zapakowaliśmy rowery na przyczepę tira. 
Drogą numer 3 wzdłuż wybrzeża Atlantyku,
dojechaliśmy aż do Ziemi Ognistej.
Po drodze mijaliśmy niekończące się trawiaste pampy,
tylko kilka miasteczek, stada guanako i nandu.
Po żółtych równinach hulał silny wiatr.
Krajobraz prawie się nie zmieniał. Znad wybrzeży odpłynęły
wieloryby. Było dość chłodno i zawsze wiało.
Nawet mewą ciężko było utrzymać się w powietrzu.
Cieśninę Magellana przekroczyliśmy w kwietniu 
i tym samym znaleźliśmy się na Ziemi Ognistej.
Ferdynand M., morski podróżnik, nazwał tak owy 
archipelag, gdy z pokładu statku ujrzał nagich 
ludzi, którzy ogrzewali się przy rozświetlających 
tamtą ziemię niezliczonych ogniskach.
Ja Ziemię Ognistą ujrzałem rozpaloną czerwonymi,
pomarańczowymi i złotymi liśćmi, pokrywającymi wzgórza.
Poczucie bliskości Antarktydy i oddalenia od równika,
sprawiały wrażenie, że znalazłem się na końcu świata.
III. Z ZIEMI OGNISTEJ POD WIATR I PAMPY
Końcem kwietnia ruszyliśmy na północ.
Nadejście zimy zapowiadały chłodniejsze
podmuchy wiatru oraz kilka dni wcześniej 
prószący śnieg. Był to znak żeby się pospieszyć.
W maju po raz pierwszy wjechaliśmy na legendarną Ruta 40.
Ma ona ponad 5 000 km. Zaczyna się w Rio Gallegos nad Oceanem Atlantyckim,
wiedzie przez 20 Parków Narodowych, 18 największych rzek w Argentynie,
27 przełęczy w Andach i wznosi się na ponad 5 000 m. n.p.m. w okolicach Salty. 
Podróżuje po niej wielu rowerzystów, którzy z północy dojeżdżają aż do Ushuaii. 
Podczas gdy oni kończyli swą przygodę, nasza dopiero się zaczynała.
Ostatnich wędrowców spotkaliśmy na początku maja.
Spieszyli by zdążyć przed zimą nadchodzącą na południowe krańce Ameryki.
My w przeciwnym kierunku, pod wiatr jechaliśmy na północ.
Patagonia okazała się tajemniczą, olbrzymią i piękną krainą.
Podróżowanie po niej było niezwykle wymagające. 
Stało się dla mnie wędrówką w głąb siebie.
Wokół żółte trawy w których szumiał wiatr. Świadomość 
odległości, ogromu i bezkresu pobudzała myśli o małości.
W nocy mróz. Pustynia zimna. Rankiem, piękne wielokolorowe
chmury, przybierały różnorodne formy.
Miło było zapatrzeć się w nie o wschodzie słońca.
Po drodze odwiedziliśmy ogromny lodowiec Perito Moreno.
Błękitna bryła lodu co chwilę trzeszczała. Z hukiem odłamywały się
kolejne kawałki, które spadały do wody. Siła natury objawiła się 
w postaci niebieskiego, wielkiego, lodowatego jęzora.
Na północy Narodowego Parku Lodowców położone jest małe,
malownicze miasteczko El Chalten. Góruje nad nim jeden 
z najtrudniejszych szczytów wspinaczkowych świata, srogi Fitz Roy.
Pionowa granitowa ściana często przykryta jest chmurami.
El Chalten w języku Indian Tehuelecze znaczy dymiąca góra.
W tamtym pięknym miasteczku znajdują się przefantstyczne 
szlaki. Raj dla miłośników wędrówek górskich.
Jednym z tych szlaków chcieliśmy przedostać się do Chile,
by uciec przed zimą i bardzo srogim klimatem po stronie Argentyńskiej .
Niestety w górach spadło tyle śniegu, że przeprawa przez przełęcz
stała się niemożliwa. Zmuszeni zostaliśmy kontynuować 
podróż rowerową po bezkresach Patagonii. Prognozy pogodowe
zapowiadały się koszmarnie. Zimno i silny wiatr w porywach 
do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. 
Czekaliśmy jeszcze kilka dni na ewentualne zmiany.
Sprawdzaliśmy kierunki wiatru by wyruszyć mając wiatr za 
swego sprzymierzeńca. Pierwsze osiemdziesiąt kilometrów przejechaliśmy 
w dwie godziny. Później nasz kierunek zmienił się. Kierunek wiatru nie.
W pierwszych dniach pogoda nam dopisywała. Było słonecznie i wiało bardzo delikatnie.
Jednak wewnątrz czułem niepokój. To dziwne oczekiwanie na zmianę
warunków na niesprzyjające. Na szczęście było tylko chłodno.
Czasem ciszę przerywał szum deszczu. Robiło się nieprzyjemnie mokro.
Jednak podjeżdżając pod kolejne wzgórza organizm rozgrzewał się. 
Gdy wysokość zmieniała się znacznie deszcz zamieniał się w prószący śnieg.
Biel mieszała się z żółcią, niebo ciemniało. Robiło się zimno.
Ciepłe posiłki gotowaliśmy dwa razy dziennie. Rano
kaszę kukurydzianą lub mannę z rodzynkami, orzechami,
suszonymi owocami, słodkim mlekiem kondensowanym i kakaem.
Wieczorem ryż z soczewica i wszelakimi dodatkami. 
Przyrządzanie porannych i wieczornych posiłków 
nieodłącznie łączyło się z chuchaniem w dłonie oraz 
rozgrzewającym skakaniem. Ciepły posiłek przyjemnie rozgrzewał 
organizm. Pełni szczęścia dostarczał jednak łyk yerba mate.
Sucha prycza przy piecu to doskonałe miejsce wypoczynku.
Swym domem, ciepłem, zupą i przede wszystkim
yerbą mate częstowali nas gauczo, mieszkańcy tamtych ziem.
Argentyńska gościna. Bezcenna.
Jakże wspaniale radować się drobnostkami. Niezastąpione 
uczucie odmrażających się palców przy rozpalonym piecyku.
Poczucie krążenia krwi w ciele.
Najsmaczniejsza zupa po ciężkim dniu, to taka która 
rozgrzewała zmarznięty nos, z którego 
wcześniej wiatr wywiewał gile, rozmazując je po twarzy.
Gauczo zarządzają olbrzymimi gospodarstwami. 
Przemieszczając się konno patrolują i zaganiają tysięczne 
stada owiec. Choć nie są właścicielami tamtych terenów, 
to wraz z wiatrem są ich panami.
Mimo życia w tak ciężkich warunkach, to po trudach każdego dnia, 
gauczo zasiadają przy ogniu, smażą mięso, popijają yerbę
i śpiewają pieśni o kobietach, koniach, samotnym i wolnym życiu.
Ich kultura i sposób życia, odchodzi w zapomnienie. 
Młodzi już nie zostają na farmach.
Zamieniają konie na quady, przestrzeń na miasto,
trudy i zmagania, na przyjemne seanse telewizyjne.
Jednak yerba i piłka nożna pozostaną tu na zawsze.
Żyzne gleby nie mogą być uprawiane ze względu na zimny klimat.
Południe Ameryki odkryto na nowo gdy bogate w ropę i gaz ziemie 
stały się cenne na wagę złota. 
Bez względu na to co zrobi człowiek 
i tak będzie królował tam wiatr. 
Na południu dużo mówiło się o dziurze ozonowej.
Słońce paliło skórę nawet w pochmurny dzień, gdy było zimno.
Ludzie skarżyli się na zmiany skórne oraz, że owce umierają na raka skóry.
Nadeszła długo wyczekiwana chwila. 27 Maja przedostaliśmy się przez Andy
do Chile. Nad Pacyfikiem panuje zupełnie inny klimat. Bujna roślinność,
wyższa temperatura, a przede wszystkim brak wiatru.
IV. ARAUKARIE
Droga po chilijskiej stronie nie pozwalała kontynuować podróży
bez użycia promów. Przekroczyliśmy więc pasmo górskie po raz czwarty.
Argentyńska strona przywitała nas tym razem iglastymi drzewami.
Do Bariloche dojechaliśmy na otwarcie sezonu narciarskiego.
Miasto przykrył śnieg. Ulicami przechadzali się szczęśliwi 
miłośnicy białego szaleństwa. Uchachani, z nartami na ramieniu
wyruszali na stoki. My zaś musieliśmy czekać dziesięć na odśnieżenie 
przełęczy przez którą chcieliśmy uciec od zimy do Chile.
W tamtym czasie poznaliśmy niezwykłych ludzi, od których 
usłyszeliśmy kawałek historii Argentyny. Złej historii.
O hiszpańskich mordach Indian. O Anglikach zatruwających wieloryby,
które były przysmakiem tamtejszej ludności. O chciwych poszukiwaczach
złota i podstępnych chrześcijanach nawracających krzyżem i krwią.
Przez byłe ziemie Indian Mapucze ruszyliśmy do Chile.
Piękne araukarie pachniały nawet pod płaszczykiem śniegu.
Mijaliśmy duże czyste i zimne jeziora, w lustrze których 
odbijały się zaśnieżone, strzeliste szczyty malowniczej krainy.
W oddali pojawił się biały wierzchołek wulkanu Puyehue, 
który ostatni raz wybuchł 4 czerwca 2011. Popiół dotarł
setki kilometrów w głąb Argentyny. 
Ptaki odleciały, zwierzęta poumierały, drzewa pod ciężarem 
łamały się w pół. Przejeżdżaliśmy tamtędy rok po erupcji.
Jeziora i drzewa wciąż pokryte były grubą warstwą pumeksu i popiołu.
Na przełęczy drogi były odśnieżone. Jednakże warstwa śniegu na poboczu,
sięgała powyżej naszych głów. Podjazd był tak wyczerpujący, że nie zdążyliśmy
przed zmrokiem zjechać z przełęczy. Ostatnia noc spędziliśmy w hangarze
dla maszyn, spychaczy. Było sucho i bezwietrznie.
V. WINO, OLIWKI, SER I  DINOZAURY
Do Argentyny wróciliśmy miesiąc później, tysiąc kilometrów 
dalej na północ. Po raz szósty przekroczyliśmy Kordyliery.
Tym razem w miejscu gdzie rosną winogrona.
Andy zmieniły kolor z pięknego lodowatego turkusu
na pomarańczowy i bordowy. Za plecami znikały lodowce.
Pojawiły się niezwykłe kaniony. Rzeźby skał były niesamowite.
Zachwycającą czerwień skał 
wzbogacały ogromne kaktusy.
Wśród kanionów dawno temu żyły dinozaury. Do dziś można
odnaleźć jakąś kostkę gada, bądź kamienne groty strzał Indian.
Oprócz tajemnic przeszłości w górach kryją się również 
tajemnice teraźniejszości. Bogate w minerały zbocza są eksploatowane 
przez największe firmy kopalniane na świecie. Amerykańskie, 
kanadyjskie, chińskie i inne wielkie korporacje, podczas
wysadzania gór dynamitami, grabią kruszce, zatruwają
rzeki ciężkimi metalami takimi jak np. rtęć 
Woda zatruwa zwierzęta, ludzi i rośliny. W okolicach San Juan
ponad sześćdziesiąt procent noworodków ma raka.
Buntują się również winiarze z okolic Mendozy, których
winnice znajdują się na wysadzanych zboczach. 
W górskiej wiosce Famatima, ludzie już ponad rok blokują drogę 
prowadzącą w góry. Nie chcą dopuścić by koparki i buldożery
zniszczyły środowisko i ich przestrzeń. W sąsiedniej wiosce, firmy 
kopalniane przekupują już wieśniaków, zatrudniając ich w jeszcze nie 
istniejących kopalniach.
W miarę przemieszczania się na północ ocieplał się klimat.
Napotykaliśmy indiańskie twarze i coraz bardziej kolorowe góry.
Pojawiły się zdrowe winnice z pysznym, tradycyjnie wyrabianym
winem. Oliwki, kozi ser, i wino.
Ze smutkiem opuściłem piękne Andy, wspaniałych Argentyńczyków.
Niesamowity i jeden z najciekawszych krajów w podróży.
Gościnność, sposób bycia, kultura i krajobrazy...
Ku nowej przygodzie. Przez suche tereny Chaco do Paragwaju.

ARGENTYNA 2012

I. BUENOS AIRES, TANDIL , MAR DEL PLATA

Lądowanie w Buenos Aires wydało się dość miękkie.
Przelatując nad Atlantykiem znalazłem się
w bliżej mi znanej kulturze europejskiej.
Ubrania, kawiarnie, europejska architektura.

Wokół same białe twarze. Potomkowie Włochów i Hiszpanów.
Ich dziadkowie przywieźli z Europy ze sobą niemalże wszystko.
Język, kuchnię, architekturę, zwyczaje, religię. Zdominowali tamtejszą
ludność i na bazie ich dorobków cywilizacyjnych, powstała Argentyna.

Tryb życia na pierwszy rzut oka nie różni się od południowo
europejskiego. Począwszy od buziaków na powitanie,
sjesty, po nocne jedzenie i spotkania towarzyskie.
Jednakże istnieje tu latynoska inność.

Zarówno stolica jak i cały kraj nie wygląda modernistycznie.
Nie ma szklanych wieżowców ani nowoczesnych środków
transportu. Dominują tam stare piękne kamienice, na przemian
z szarymi betonowymi mieszkaniami, wybudowanymi
za poprzednich rządów. 

Odniosłem wrażenie, że  czas w Argentynie zatrzymał się w końcu XX wieku.
Bez szaleństwa, wyścigu szczurów, i gnaniem za pieniędzmi.

Ograniczenia w imporcie spowodowały,
że na ulicach królowały stare, dostojne, pordzewiałe
samochody. Były one nieodłącznym elementem
każdego miasta, miasteczka czy wsi.

Przechadzając się ulicami mijałem stoiska
z  książkami, księgarnie i teatry.
Stare kawiarenki przyciągały swoim starym stylem.
Wystrój z poprzedniej epoki nadawał niesamowitego klimatu.

Na skrzyżowaniach większych i mniejszych
ulic, swymi umiejętnościami żonglerskimi
popisywali się cyrkowcy amatorzy.

Późnymi wieczorami wałęsając się ulicami
Buenos Aires dało się słyszeć niezwykłą,
oryginalną, rytmiczną muzykę, która dobiegała
z rozświetlonych ciepłymi kolorami wnętrz kamienic.
Tango. To niebywałe jak ten taniec jest tam popularny. 

Młodzi i starzy spotykają się w małych klubikach,
kawiarenkach, domach prywatnych na tango milonga.
Czasem wystarczyło, że rozbrzmiały pierwsze nuty tanga,
gdzieś na ulicy, przed domem, przed kamienicą
a momentalnie pojawiały się tańczące pary.

W Argentynie przedmiotami kultu są trzy wszechobecne zjawiska.
Fascynacja piłką nożną, picie yerba mate oraz oddawanie czci lokalnemu
bohaterowi Gauczo Gilowi, któremu stawiane są przydrożne kapliczki.
We wnętrzach znajdują się jego podobizny oraz składane mu dary:
wino, papierosy, pieniądze, kwiaty, przestarzałe dokumenty czy kosmki włosów.

Po Buenos Aires, Tandil i Mar del Plata
wędrowaliśmy śladami Witolda Gombrowicza
robiąc zdjęcia dla muzeum we Wsoli, odwiedzaliśmy
miejsca w których przebywał Witold G.

To było niezwykłe uczucie przenieść się do pięćdziesiątych lat.
Do dziś żyją ludzie, którzy go pamiętają i z nostalgią wspominają  
miejsca w których wciąż wymienia się nazwisko
polskiego pisarza, wymawiane „Gongrowicz”.

II. WSCHODNIM WYBRZEŻEM ATLANTYKU NA KONIEC ŚWIATA

By zdążyć przed nadchodzącą do Patagonii zimą,
zapakowaliśmy rowery na przyczepę tira.
Drogą numer 3 wzdłuż wybrzeża Atlantyku,
dojechaliśmy aż do Ziemi Ognistej.

Po drodze mijaliśmy niekończące się trawiaste pampy,
tylko kilka miasteczek, stada guanako i nandu.
Po żółtych równinach hulał silny wiatr.

Krajobraz prawie się nie zmieniał. Znad wybrzeży odpłynęły
wieloryby. Było dość chłodno i zawsze wiało.
Nawet mewom ciężko było utrzymać się w powietrzu.

Cieśninę Magellana przekroczyliśmy w kwietniu
i tym samym znaleźliśmy się na Ziemi Ognistej.
Ferdynand M., morski podróżnik, nazwał tak owy
archipelag, gdy z pokładu statku ujrzał nagich
ludzi, którzy ogrzewali się przy rozświetlających
tamtą ziemię niezliczonych ogniskach.

Ja Ziemię Ognistą ujrzałem rozpaloną czerwonymi,
pomarańczowymi i złotymi liśćmi, pokrywającymi wzgórza.
Poczucie bliskości Antarktydy i oddalenia od równika,
sprawiały wrażenie, że znalazłem się na końcu świata.

III. Z ZIEMI OGNISTEJ POD WIATR I PRZEZ PAMPY

Końcem kwietnia ruszyliśmy na północ.
Nadejście zimy zapowiadały chłodniejsze
podmuchy wiatru oraz kilka dni wcześniej
prószący śnieg. Był to znak żeby się pospieszyć.

W maju po raz pierwszy wjechaliśmy na drogę nr 40, zwaną legendarną Ruta 40.
Ma ona ponad 5 000 km. Zaczyna się w Rio Gallegos nad Oceanem Atlantyckim,
wiedzie przez 20 Parków Narodowych, 18 największych rzek w Argentynie,
27 przełęczy w Andach i wznosi się na ponad 5 000 m. n.p.m. w okolicach Salty. 

Podróżuje po niej wielu rowerzystów, którzy z północy dojeżdżają aż do Ziemi Ognistej.
Podczas gdy oni kończyli swą przygodę, nasza dopiero się zaczynała.
Ostatnich wędrowców spotkaliśmy na początku maja.
Spieszyli by zdążyć przed zimą nadchodzącą na południowe krańce Ameryki.
My w przeciwnym kierunku, pod wiatr jechaliśmy na północ.

Patagonia okazała się tajemniczą, olbrzymią i piękną krainą.
Podróżowanie po niej było niezwykle wymagające.
Stało się dla mnie wędrówką w głąb siebie.

Wokół żółte trawy w których szumiał wiatr. Świadomość
odległości, ogromu i bezkresu pobudzała myśli o małości.
W nocy mróz. Pustynia zimna. Rankiem, piękne wielokolorowe
chmury, przybierały różnorodne formy.
Miło było zapatrzeć się w nie o wschodzie słońca.

Po drodze odwiedziliśmy ogromny lodowiec Perito Moreno.
Błękitna bryła lodu co chwilę trzeszczała. Z hukiem odłamywały się
kolejne kawałki, które spadały do wody. Siła natury objawiła się
w postaci niebieskiego, wielkiego, lodowatego jęzora.

Na północy Narodowego Parku Lodowców położone jest małe,
malownicze miasteczko El Chalten. Góruje nad nim jeden
z najtrudniejszych szczytów wspinaczkowych świata, srogi Fitz Roy.
Pionowa granitowa ściana często przykryta jest chmurami.
El Chalten w języku Indian Tehuelecze znaczy dymiąca góra.

W tamtym pięknym miasteczku znajdują się przefantstyczne
szlaki. Raj dla miłośników wędrówek górskich.
Jednym z tych szlaków chcieliśmy przedostać się do Chile,
by uciec przed zimą i bardzo srogim klimatem po stronie Argentyńskiej .

Niestety w górach spadło tyle śniegu, że przeprawa przez przełęcz
stała się niemożliwa. Zmuszeni zostaliśmy kontynuować
podróż rowerową po bezkresach Patagonii. Prognozy pogodowe
zapowiadały się koszmarnie. Zimno i silny wiatr w porywach
do dziewięćdziesięciu kilometrów na godzinę. 

Czekaliśmy jeszcze kilka dni na ewentualne zmiany.
Sprawdzaliśmy kierunki wiatru by wyruszyć mając wiatr za
swego sprzymierzeńca. Pierwsze osiemdziesiąt kilometrów przejechaliśmy
w dwie godziny. Później nasz kierunek zmienił się. Kierunek wiatru nie.

W pierwszych dniach pogoda nam dopisywała. Było słonecznie i wiało bardzo delikatnie.
Jednak wewnątrz czułem niepokój. To dziwne oczekiwanie na zmianę
warunków na niesprzyjające. Na szczęście było tylko chłodno.

Czasem ciszę przerywał szum deszczu. Robiło się nieprzyjemnie mokro.
Jednak podjeżdżając pod kolejne wzgórza organizm rozgrzewał się.
Gdy wysokość zmieniała się znacznie deszcz zamieniał się w prószący śnieg.
Biel mieszała się z żółcią, niebo ciemniało. Robiło się zimno.

Ciepłe posiłki gotowaliśmy dwa razy dziennie. Rano
kaszę kukurydzianą lub mannę z rodzynkami, orzechami,
suszonymi owocami, słodkim mlekiem kondensowanym i kakaem.
Wieczorem ryż z soczewica i wszelakimi dodatkami. 

Przyrządzanie porannych i wieczornych posiłków
nieodłącznie łączyło się z chuchaniem w dłonie oraz
rozgrzewającym skakaniem. Ciepły posiłek przyjemnie rozgrzewał
organizm. Pełni szczęścia dostarczał jednak łyk yerba mate.

Sucha prycza przy piecu to doskonałe miejsce wypoczynku.
Swym domem, ciepłem, zupą i przede wszystkim
yerbą mate częstowali nas gauczo, mieszkańcy tamtych ziem.
Argentyńska gościna. Bezcenna.

Jakże wspaniale radować się drobnostkami. Niezastąpione
uczucie odmrażających się palców przy rozpalonym piecyku.
Poczucie krążenia krwi w ciele.

Najsmaczniejsza zupa po ciężkim dniu, to taka która
rozgrzewała zmarznięty nos, z którego
wcześniej wiatr wywiewał gile, rozmazując je po twarzy.

Gauczo zarządzają olbrzymimi gospodarstwami.
Przemieszczając się konno patrolują i zaganiają tysięczne
stada owiec. Choć nie są właścicielami tamtych terenów,
to wraz z wiatrem są ich panami.

Mimo życia w tak ciężkich warunkach, to po trudach każdego dnia,
gauczo zasiadają przy ogniu, smażą mięso, popijają yerbę
i śpiewają pieśni o kobietach, koniach, samotnym i wolnym życiu.

Ich kultura i sposób życia, odchodzi w zapomnienie.
Młodzi już nie zostają na farmach.
Zamieniają konie na quady, przestrzeń na miasto,
trudy i zmagania, na przyjemne seanse telewizyjne.
Jednak yerba i piłka nożna pozostaną tu na zawsze.

Żyzne gleby nie mogą być uprawiane ze względu na zimny klimat.
Południe Ameryki odkryto na nowo gdy bogate w ropę i gaz ziemie
stały się cenne na wagę złota. Bez względu na to co zrobi człowiek
i tak będzie królował tam wiatr. 

Na południu dużo mówiło się o dziurze ozonowej.
Słońce paliło skórę nawet w pochmurny dzień, gdy było zimno.
Ludzie skarżyli się na zmiany skórne oraz, że owce umierają na raka skóry.

Nadeszła długo wyczekiwana chwila. 27 Maja przedostaliśmy się przez Andy
do Chile. Nad Pacyfikiem panuje zupełnie inny klimat. Bujna roślinność,
wyższa temperatura, a przede wszystkim brak wiatru.

IV. ARAUKARIE

Droga po chilijskiej stronie nie pozwalała kontynuować podróży
bez użycia promów. Przekroczyliśmy więc pasmo górskie po raz czwarty.
Argentyńska strona przywitała nas tym razem iglastymi drzewami.

Do Bariloche dojechaliśmy na otwarcie sezonu narciarskiego.
Miasto przykrył śnieg. Ulicami przechadzali się szczęśliwi
miłośnicy białego szaleństwa. Uchachani, z nartami na ramieniu
wyruszali na stoki. My zaś musieliśmy czekać dziesięć na odśnieżenie
przełęczy przez którą chcieliśmy uciec od zimy do Chile.

W tamtym czasie poznaliśmy niezwykłych ludzi!

Czytaliśmy o historii Argentyny. Złej historii.
O hiszpańskich mordach Indian. O Anglikach zatruwających wieloryby,
które były przysmakiem tamtejszej ludności. O chciwych poszukiwaczach
złota i podstępnych chrześcijanach nawracających krzyżem i krwią.

Przez byłe ziemie Indian Mapucze ruszyliśmy do Chile.
Piękne araukarie pachniały nawet pod płaszczykiem śniegu.
Mijaliśmy duże czyste i zimne jeziora, w lustrze których
odbijały się zaśnieżone, strzeliste szczyty malowniczej krainy.

W oddali pojawił się biały wierzchołek wulkanu Puyehue,
który ostatni raz wybuchł 4 czerwca 2011. Popiół dotarł
setki kilometrów w głąb Argentyny. 

Ptaki odleciały, zwierzęta poumierały, drzewa pod ciężarem
łamały się w pół. Przejeżdżaliśmy tamtędy rok po erupcji.
Jeziora i drzewa wciąż pokryte były grubą warstwą pumeksu i popiołu.

Na przełęczy drogi były odśnieżone. Jednakże warstwa śniegu na poboczu,
sięgała powyżej naszych głów. Podjazd był tak wyczerpujący, że nie zdążyliśmy
przed zmrokiem zjechać z przełęczy. Ostatnia noc spędziliśmy w hangarze
dla maszyn, spychaczy. Było sucho i bezwietrznie.

V. WINO, OLIWKI, SER I  DINOZAURY

Do Argentyny wróciliśmy miesiąc później, tysiąc kilometrów
dalej na północ. Po raz szósty przekroczyliśmy Andy.
Tym razem w miejscu gdzie rosną winogrona.

Andy zmieniły kolor z pięknego lodowatego turkusu
na pomarańczowy i bordowy. Za plecami znikały lodowce.
Pojawiły się niezwykłe kaniony. Rzeźby skał były niesamowite.
Zachwycającą czerwień skał wzbogacały ogromne kaktusy.

Wśród kanionów dawno temu żyły dinozaury. Do dziś można
odnaleźć jakąś kostkę gada, bądź kamienne groty strzał Indian.

Oprócz tajemnic przeszłości w górach kryją się również
tajemnice teraźniejszości. Bogate w minerały zbocza są eksploatowane
przez największe firmy kopalniane na świecie. Amerykańskie,
kanadyjskie, chińskie i inne wielkie korporacje, podczas
wysadzania gór dynamitami, grabią kruszce, zatruwają
rzeki ciężkimi metalami takimi jak np. rtęć 

Woda zatruwa zwierzęta, ludzi i rośliny. W okolicach San Juan
ponad sześćdziesiąt procent noworodków ma raka.
Buntują się również winiarze z okolic Mendozy, których
winnice znajdują się na wysadzanych zboczach. 

W górskiej wiosce Famatima, ludzie już ponad rok blokują drogę
prowadzącą w góry. Nie chcą dopuścić by koparki i buldożery
zniszczyły środowisko i ich przestrzeń. W sąsiedniej wiosce, firmy
kopalniane przekupują już wieśniaków, zatrudniając ich w jeszcze nie
istniejących kopalniach.

W miarę przemieszczania się na północ ocieplał się klimat.
Napotykaliśmy indiańskie twarze i coraz bardziej kolorowe góry.
Pojawiły się zdrowe winnice z pysznym, tradycyjnie wyrabianym
winem. Oliwki, kozi ser, i wino.

Ze smutkiem opuściłem piękne Andy, wspaniałych Argentyńczyków.
Niesamowity i jeden z najciekawszych krajów w dotychczasowej podróży.
Gościnność, sposób bycia, kultura i krajobrazy...
Czas było jednak ruszyć ku nowej przygodzie. Przez suche tereny argentyńskiego Chaco do Paragwaju.

 

EKRANIZACJA WSPOMNIEŃ >>>

 

 

 

Komentarze

komentarz

Bardzo ciekawy,zwięzły i zajmujący opis wypraw rowerowych.Super!